Przyznam ci się do czegoś. Do czegoś, co mojego męża często doprowadza do szału. Szczególnie gdy stoi na środku sklepu i nie wie, którą śmietanę wybrać. A decyzję należy podjąć bez zbędnej zwłoki. Otóż... mam na stałe wyciszony telefon. To ja oddzwaniam, to ja piszę, kiedy mam na to przestrzeń. Bo gdy telefon nieustannie plumkał kaskadą dźwięków, informując o promocji na karkówkę i kiełbasę na grilla, tudzież inny asortyment tekstylny – wymiękłam. A zaczęło się dość prozaicznie. Pracuję zdalnie, często z dziećmi na pokładzie (rodzice wiedzą, że to nie jest bułka z masłem), a powiadomienia o super okazjach, ciekawych wydarzeniach, czy wiadomości na klasowych grupach dla rodziców, na których ktoś nieustannie dzieli się przemyśleniami, które niczego nie wnoszą do mojego życia, totalnie mnie rozpraszały. W pewnym momencie miałam dość. Wyciszyłam telefon i już tak zostało. Okazuje się, że wybrałam offline, zanim stało się to modne.
WIDEO…
Bo offline stał się dziś słowem-wytrychem. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „digital detox”, żeby zobaczyć setki artykułów o tym, jak wyłączenie telefonu uzdrawia relacje i czyni nas lepszymi ludźmi. Problem w tym, że coraz częściej łapię się na myśli: robię to, bo mogę. Mój „offline z wyboru” to nie zasługa silnej woli. To zwykły przywilej.
Iluzja równości
Wiesz, co najbardziej irytuje mnie w narracji o cyfrowym detoksie? Udawania, że wszyscy startujemy z tej samej linii. Że wystarczy „chcieć”, żeby „móc”. Otóż nie wystarczy. Bo chociaż teraz mam wyciszony telefon przed 24 h, to w poprzedniej pracy nie mogłabym sobie pozwolić na ten komfort. Bądźmy szczere. Żeby zniknąć z sieci, trzeba mieć kogoś, kto przez ten czas ogarnie dzieci, rodzica wymagającego opieki, klientów, a w przypadku pracy w mediach, nie mieć wymogu „bycia na posterunku” siedem dni w tygodniu, na wypadek, gdyby jakiś celebryta zrobił coś godnego nagłośnienia. Trzeba wreszcie czuć komfort, żeby nie sprawdzać z niepokojem telefonu co pół godziny. A to ponoć nie jest wcale takie proste.
I myśląc teraz o tym wszystkim, przypomina mi się koncepcja dystynkcji Pierra Bourdieu. Twierdził on, że nasze gusta i style spędzania wolnego czasu, odczuwane jako czysto osobiste wybory, są w rzeczywistości odbiciem naszej pozycji społecznej. W tym kontekście rezygnacja z dostępności do sieci stała się nową formą dystynkcji, czyli sposobem na odróżnienie się od tych, którzy „muszą” trzymać telefon w kieszeni, bo od tego zależy ich życie. Im wyższa pozycja społeczna, tym łatwiej zamienić nieobecność w sieci w symbol statusu. Im niższa – tym trudniej ją sobie w ogóle wyobrazić.
Być może to skrzywienie zawodowe, ale momentalnie na myśl przychodzą mi antropologiczne teorie dotyczących rytuałów przejścia Arnolda van Gennepa i Victora Turnera. Nie będę tu analizowała struktury rites de passage, bo o tym już pisałam przy okazji slow change. Jednak kluczowa jest puenta. Wyjście poza schemat codzienności zawsze wymaga odpowiednich zasobów: czasu, pieniędzy, wsparcia wspólnoty, kogoś, kto przejmie nasze obowiązki na czas nieobecności, a te w społeczeństwie nie rozkładają się równo i wzmacniają podziały klasowe. Możliwość powiedzenia „jestem offline” zakłada milcząco, że gdzieś w tle działa cała infrastruktura ludzi gotowych nam pomóc. Bez niej offline nie jest odpoczynkiem. Jest ryzykiem, na które nie każdego stać.
W sieci stereotypów
Z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo „bycie dostępną” jest wpisane w rolę kobiety, rolę matki – nie jako świadomy wybór, tylko jako coś, czego się od nas po cichu oczekuje. Coś, czego same od siebie oczekujemy. Mam wyciszony telefon, jednak gdy moje dzieci są poza domem, w mojej głowie od razu odzywa się głos: a jeśli coś im się stanie? Dlaczego tak długo wraca? Czy na pewno będzie pamiętał, żeby zabrać podręcznik ze szkoły? Ten głos nie bierze się znikąd. Socjolożka Arlie Hochschild nazwała to zjawisko „drugą zmianą” – niewidzialną pracą emocjonalną i organizacyjną, którą kobiety wykonują poza etatem. Pamiętają o wizytach lekarskich dzieci, męża, rodziców i zwierzaków, koordynują logistykę całej rodziny, są punktem kontaktowym dla wszystkich naraz. W tym kontekście telefon przestaje być gadżetem. Staje się narzędziem do zarządzania. I kontroli.
Mogę się założyć o trzy cukierki z nadzieniem czekoladowym, że gdyby to jakiś ojciec na weekend włączyłby sobie tryb offline i zamknął telefon w bagażniku na dwa dni to wiele osób stwierdziłoby, że wyznacza zdrowe granice, że należało mu się przewietrzenie głowy po ciężkiej pracy. Kiedy zrobi to matka, ktoś prędzej czy później rzuci uwagę o nieodpowiedzialności. Ten sam czyn, zupełnie inna ocena społeczna. Talcott Parsons, opisując strukturę ról społecznych, podzielił je na instrumentalne i ekspresyjne – te pierwsze przypisywał tradycyjnie mężczyznom, te drugie kobietom, którym wyznaczał funkcję emocjonalnego spoiwa rodziny. Choć od powstania tej koncepcji minęło ponad pół wieku, ten podział wciąż działa jako niewidzialny wzorzec moralnej oceny. Mężczyzna realizuje swój cel, jest skuteczny, stanowczy, nie ulega presji, umie o siebie zadbać. W przypadku kobiety ocena jest zgoła inna. Samolubna egoistka.
No i aż się prosi, żeby wspomnieć o Ervingu Goffmanie. Jego zdaniem każde nasze zachowanie jest odgrywaniem roli przed widownią, która ma wobec nas zestaw gotowych oczekiwań. A widownia ocenia kobiety surowszym okiem niż mężczyzn. Bycie offline dla kobiet, matek, opiekunek domowego ogniska jest podwójnie trudne. Wymaga złamana nie tylko własnych nawyków i przyzwyczajeń, ale i zakwestionowanie roli, którą napisało społeczeństwo. Zdaniem psychologów społecznych stereotypowe postrzeganie kobiecości jest nieświadomie internalizowane nawet wtedy, gdy formalnie nikt już wprost nie komunikuje takich oczekiwań. Wystarczy, że dorastamy w świecie, w którym taki podział uznaje się za normę.
Co nam daje offline?
Nie chcę jednak, żeby cały tekst sprowadził się do stwierdzenia, że cyfrowy detoks jest zarezerwowany dla śmietanki towarzyskiej. Bo nawet piętnaście minut dziennie bez ekranu daje wymierne korzyści. Zdaniem psychologów, czas spędzony w świecie niewirtualnym przyczynia się do:
- spadku poziomu kortyzolu, bo nasz mózg przestaje być w stanie ciągłej gotowości na bodziec,
- uwolnienia kreatywności,
- zniwelowania lęku związanego z nieustanym porównywaniem do nieistniejącego ideału, który napędzają media społecznościowe,
- zmniejszenia rozproszenie uwagi i poprawienia koncentracji,
- odzyskania i wzmocnienia poczucia sprawczości – to my decydujemy, kiedy jesteśmy dostępni, a nie algorytm.
Poniżej znajdziesz protipy, jak ograniczyć bodźce ze świata online. Część z nich wprowadziłam w swoje życie intuicyjnie, a część pochodzi z fachowej literatury. Oto one:
- Wycisz powiadomienia grupowe i te, które nie dotyczą bezpośrednio ciebie.
- Podczas posiłków trzymaj telefon poza zasięgiem wzroku.
- Zrezygnuj z aplikacji, których nie używasz.
- Zostaw telefon w innym pokoju na noc i kup zwykły budzik.
- Umów się ze sobą na jeden dzień w tygodniu bez mediów społecznościowych, zamiast celować od razu w cały tydzień.
Nie chcę cię przekonywać, że to najlepsze i jedyne rozwiązanie. To opcja. Ostatecznie chodzi mi o coś innego. Przestańmy udawać, że wszyscy mamy równy dostęp do ciszy. Offline z wyboru to dziś nie tyle styl życia, ile wskaźnik przywileju: klasowego, płciowego, ekonomicznego. Zanim znowu przeczytamy artykuł o tym, że „każdy powinien spróbować tygodnia bez telefonu”, warto zapytać, kto tak naprawdę może sobie na to pozwolić. A kto i tak zostanie z telefonem w ręku, bo od tego zależy jego codzienne przetrwanie.
Bibliografia
- Bauman, Z., „Płynna nowoczesność”, Kraków 2006;
- Bourdieu, P., „Dystynkcja. Społeczna krytyka władzy sądzenia”, Warszawa 2005;
- Gennep van, A., „ Obrzędy przejścia”, Warszawa 2006;
- Goffman, E., „Człowiek w teatrze życia codziennego”, Warszawa 2008;
- Hochschild, A. R., „Zarządzanie emocjami. Komercjalizacja ludzkich uczuć”, Warszawa 2009;
- Putnam, R. D., „Samotna gra w kręgle. Upadek i odrodzenie wspólnot lokalnych w Stanach Zjednoczonych”, Warszawa 2008;
- Turner, V., „Proces rytualny. Struktura i antystruktura”, Warszawa 2010.
Czytaj także:
- Budzisz się i sięgasz po telefon? Sama sobie szkodzisz. Czas odzyskać poczucie sprawczości
- Cybermiłość zwiększyła liczbę związków na odległość. Czy kilometry naprawdę niszczą uczucie?
- Nie pamiętasz słów, ale emocje po nich. Dlaczego pamięć nie jest wiernym zapisem rzeczywistości?



























