Coaching przez lata koncentrował się na brakach i wadach. Słowem: na dołkach do zasypania w drodze ku lepszemu. W nowocześniejszym podejściu coraz częściej odchodzi się od tego typu “wydobywania potencjału”. 

WIDEO

player placeholder

I nie chodzi tu wcale o to, że łatwiej jest pracować nad tym, co wychodzi nam w sposób naturalny, bo wynika z naszych predyspozycji. Raczej o świadomość, gdzie odpuścić, zamiast się samobiczować, i jak nauczyć się dostrzegać (nawet jeśli nikłe) plusy wynikające z braków. Jak w tej modlitwie z prośbą o odwagę w zmianie tego, co zmienić można i mądrość w rozróżnianiu tych aspektów od niezmienialnych. 

Nawyki? Nie z cyklem dobowym te numery

Jeśli miałabym powiedzieć, dlaczego nawet nie zamierzam próbować “powolnych poranków”, to właśnie dlatego. To znaczy, o ile ujmiemy problem w ramy powiedzmy-że-filozoficzne. W praktyce, moja niewiara w poranki wynika z wieloletnich prób dopasowania się do świata rządzonego przez skowronki. Zrozumienie, że poranki nie tylko nie są dla mnie, ale i nigdy nie będą, zajęło mi jedyne 30 lat. 

Zobacz także:

Niesłodzenie herbaty, a potem i kawy? Półtora miesiąca i po sprawie. Oduczyłam się obgryzania paznokci, kupowania przetworzonej żywności, nauczyłam się za to czytania składów ubrań i odcinania się od social mediów bez FOMO, jeśli czułam, że tego właśnie potrzebuję. Ograniczyłam mięso, palenie, przestałam kupować o pół rozmiaru za małe spodnie.

Mogłabym wymieniać jeszcze długo, pokazując, że i owszem – wierzę w siłę nawyku (bo nie siłę woli – od tego pojęcia odchodzi już nawet psychologia, uznając, że wola jest zasobem, który kurczy się tym szybciej, im bardziej się szarpiemy).  

W tym jednym, zdawać by się mogło, że podstawowym aspekcie, jakim jest wstawanie rano, ponosiłam porażkę za porażką. Ilu osobom zdarza się nie usłyszeć trzech budzików? Mnie zdarzało się to średnio raz na dwa miesiące i z wiekiem niewiele się w tej kwestii zmieniło, mimo że zaczęłam w końcu spać przepisowe 8 godzin.

Rady co do rytmu dobowego? Znam i stosowałam je wszystkie. Przewietrzone pomieszczenie (zapobiegawczo śpię z otwartym lufcikiem nawet w lutym)? Brak niebieskiego światła przed snem? Unikanie kawy, a nawet herbaty późnym popołudniem? Been there, done that. Oczywiście badałam też krew – moja poranna ledwo-żywość i problemy ze wstawaniem nie były kwestią niedoborów. 

Panie Janie, panie Janie...

Godziny, w których większość z nas dziś pracuje – start w ramach 8-9 i koniec 16-17 - nie był podyktowany badaniami nad produktywnością, ale światłem. Pierwotnie miało to ręce i nogi – skoro nie było sztucznego oświetlenia, pozostawało wykorzystać to naturalne najbardziej, jak się dało, ale wraz z industrializacją nałożyła się na to potrzeba zysku. Robotnik niekoniecznie pracował wydajniej o świcie – ale wtedy pracodawca mógł dokładać możliwie najmniej do oświetlenia. 

Pomijając już mój problem ze wstawaniem, w slow morning nie podoba mi się szereg innych rzeczy. Przede wszystkim, dlaczego miałabym odzyskiwać “czas dla siebie” akurat o 5 rano? Czy nie da się go mieć o 19 albo i o 23? 

Nie wiem też, w jaki sposób łagodne i powolne wejście w poranek ma być relaksujące, skoro wiąże się z pilnowaniem zegarka. Z godziny dla siebie nie wykroimy 45 minut na jogę i 40 na czytanie. A może podział godziny na cztery różne czynności i alarm co kwadrans? 

Sorry, już bardziej relaksujące wydaje mi się scrollowanie Instagramu albo czytanie Party.pl – i pal sześć demotywujący strzał bezwysiłkowej dopaminy z rana. 

Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś takiego, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem skłonna zauważyć jakieś plusy (sic!) poranku w biegu. Wykonujesz automatycznie kolejne czynności, wyrywasz dla siebie dodatkowe 30 minut snu, a balansowanie na granicy spóźnienia stawia cię do pionu szybciej niż kawa. W dodatku po dotarciu do pracy możesz, cóż – odetchnąć – w końcu fragment dnia na największym przyspieszeniu właśnie dobiegł końca. 

Entuzjasta poranków byłby w stanie przywołać tu pewnie szereg badań przemawiających za wczesnym wstawaniem. 

Imię: Marek, nazwisko: Nocny

Na obronę swoją, a także braci i sióstr sów, mogę powiedzieć tylko, że podział na osoby funkcjonujące lepiej rano i wieczorem został potwierdzony przez szereg badań. Co prawda, to raczej spektrum, a nie linia demarkacyjna, gdzie z jednej strony mamy osoby, które wstają o 8 nawet w weekendy, a z drugiej tych, którzy potrafią siedzieć do 3 bez jednego ziewnięcia (i bez jednego drinka). Różnice w porach największej senności i czuwania widać nie tylko w kwestionariuszach, ale też w markerach melatoniny czy danych z monitorów aktywności mózgu. 

Problemem są tu nie godziny preferowanej pobudki, ale robienie moralnej hierarchii z czegoś, co jest cechą osobniczą. Ranny ptaszek jest w tej dychotomii człowiekiem cnót wszelkich, za to sowa, wiadomo, “powinna się wreszcie ogarnąć”. Nie spotkałam się jeszcze z tym, żeby osobie ziewającej na spotkaniu o 21 ktoś robił wyrzuty. Ona jest po prostu zmęczona. Ale być zmęczonym rano? Wolne żarty. 

Skowronki dostały język przymiotów: dyscyplina, świeżość, sprawczość. Sowom zostało nieustanne tłumaczenie się i przekraczanie norm spożycia kofeiny. Z biologicznej różnicy zrobiliśmy test moralny. Nie chcę już do niego podchodzić i udowadniać, że o 6 rano potrafię być lepszą wersją siebie. Najlepsza wersja mnie wtedy śpi. 


Czytaj także: