Jestem wiecznie zabieganą osobą, która na co dzień nie potrafi usiedzieć w miejscu, a kalendarz ma zapełniony na kilka miesięcy do przodu. Uwielbiam żyć w biegu, a regeneruję się w nocy, oddając się w objęcia Morfeusza. Wszyscy, którzy mnie znają, doskonale wiedzą, że rano muszę się wyspać, bo inaczej jestem zła jak osa. Dlatego 7 dni z powolnymi porankami było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Postanowiłam jednak je podjąć, żeby przekonać się, czy te modne slow mornings są dla mnie. I część aspektów mi się spodobała, ale dostrzegłam też minusy. Bo w życiu nie chodzi o to, żeby robić coś na siłę, prawda?

WIDEO

player placeholder

Dzień 1 – powolutku, przecież mam czas

Powiem wam, że trochę się wycwaniłam i swój slow tydzień rozpoczęłam od soboty. Wiedziałam, że będę miała okazję, żeby się wyspać i potem powolutku przejść do wszystkich rytuałów, jakie zaplanowałam sobie na moje powolne poranki. W głowie plan wyglądał idealnie:

  1. Po przebudzeniu szybka toaleta i rutyna pielęgnacyjna – oczywiście pięciostopniowa.
  2. 15 minut z jogą dla zdrowego kręgosłupa. 
  3. Szklanka wody z kolagenem na dobry początek dnia. 
  4. Śniadanie bez pośpiechu. Do tego jakiś przyjemny program w tle lub muzyka. 
  5. Czas na kawę i pół godzinki z książką.
  6. Zabawa z psem – relaks w czystej postaci. 

Oto mój idealny, „instagramowy” poranek. A przynajmniej tak wyobrażałam go sobie, zanim rozpoczęłam wyzwanie. Z tą myślą szłam spać w piątek. Ale schody pojawiły się już w sobotę rano.
Wszystko zaczęło się… zanim otworzyłam oczy. Chciałam się wyspać, ale co chwilę słyszałam szczekanie mojego psiaka-reaktywniaka. Kiedy się uspokoił, usłyszałam… otwieranie drzwi – mąż wrócił z siłowni. I po jego dzień dobry około 9:30 mój slow morning nagle przyspieszył. Szybka kawa w biegu i… idziemy na zakupy. No tak, w całym tym genialnym planie zapomniałam, że przecież mamy jeszcze standardowe zadania weekendowe do ogarnięcia – zakupy, sprzątanie. No dobra, z porannej jogi został squash po południu i zabawa z psem. Ten poranek przegrałam, ale wszystko przede mną. 

Zobacz także:

Wnioski z tego dnia? Slow mornings są dla bezdzietnych singli – zdecydowanie. 

Dzień 2 – niedziela to idealny dzień na powolny poranek 

Ok, w niedzielę udało mi się zrealizować mój plan w całości. Muszę przyznać, że już po trzech pierwszych punktach poczułam się zdecydowanie lepiej. Byłam bardziej pobudzona – i to przed poranną kawą. Do tego miałam poczucie produktywnie spędzonego czasu, choć był on naprawdę powolny. Wszystko dlatego, że w końcu skupiłam się na sobie, a nie tym, co dzieje się wokół i ciągłej gonitwie. Efekt? Win-win i mogę przybić sobie piąteczkę z moją wewnętrzną mindfulnessiarą. 

Wnioski z tego dnia? Slow morning faktycznie ma wpływ na resztę dnia.

Dzień 3 – chyba polubię się z tymi porankami 

Poniedziałek był wyzwaniem. Żeby ze wszystkim zdążyć, musiałam wstać pół godziny wcześniej niż zazwyczaj (no, dobrze, biorąc pod uwagę wieczne przestawianie budzika jeszcze o 5 minut, godzinę wcześniej). Pobudka o 6 rano? Dobijcie mnie… Ale skoro ludzie tak robią, to ja nie dam rady? Dałam! 

Poranna rutyna pielęgnacyjna to coś, co jako redaktorka beauty mam już we krwi – niezależnie od tego, czy moje poranki są slow, czy może fast and furious. Więc ten punkt był łatwy do realizacji. Potem joga – ok, miało być 15 minut, ale znalazłam też opcje w stylu „zdrowy kręgosłup” w 12 minut – zaliczone. Czyli się da. Co prawda połączyłam śniadanie z kawą, żeby zdążyć na 9 do redakcji, a książkę czytałam po drodze w autobusie, ale znalazłam jeszcze chwilę dla psiaka, więc myślę, że 2 godziny to idealny czas, aby faktycznie dobrze rozpocząć poranek, ale czy w rytmie slow? 

Wnioski z tego dnia? Da się, ale czy te poranki na pewno są slow?  

Dzień 4 – jeszcze pół godzinki 

W każdym procesie pojawiają się chwile zwątpienia. U mnie jedna z nich nastąpiła 4. poranka, kiedy otworzyłam jedno oko i zadałam sobie pytanie: „po co ja to robię”. Następnie przestawiłam budzik o kolejne pół godziny. I tak, ucięłam sobie czas na poranną jogę. Zamiast niej, szybka woda z kolagenem, pielęgnacja, śniadanie połączone z kawą. I jeszcze chwilka na zabawę z psem przed wyjściem do pracy – czekał mnie bowiem długi dzień, cały spędzony poza domem i wiedziałam, że chwila z czworonogiem jest moim priorytetem. 

Potem dzień był tak wypełniony zadaniami, że nawet nie miałam czasu myśleć o efektach mojego wyzwania. Czy miałam więcej energii? Być może na początku dnia, gdy dojechałam do pracy. Później dużo się działo, a ja z godziny na godzinę traciłam powietrze – jak przedziurawiona opona. Po powrocie do domu wszystko w biegu i w nerwach (slow life zdecydowanie tu nie miało zastosowania), bo chciałam zdążyć na koncert, na który bilety kupiłam ponad pół roku temu. A na drugi dzień czekał mnie wyjazd służbowy, na który nawet nie byłam spakowana. Już wiedziałam, że kolejny poranek nie będzie slow. 

Wnioski z tego dnia? Żeby żyć slow, trzeba ustalać priorytety. Nie da się sprostać wszystkim zadaniom bez pośpiechu. 

Dzień 5 – wyjdę z siebie i stanę obok 

Środa – dzień wyjazdu służbowego. Budzik o 6, ale wczoraj późno wróciłam, więc poproszę jeszcze o pół godzinki. Potem szybka pielęgnacja, woda, śniadanie z kawką, na książkę przyjdzie czas w pociągu. Obowiązkowo chwila na zabawę z psem, ale halo – muszę się jeszcze spakować! Zaczynamy pośpiech. Wrzuciłam wszystko, co wpadło mi pod rękę do walizki, sprawdziłam, czy to, co muszę mieć ze sobą się zgadza. Check, check, chek – mogę biec. 

Korki sprawiły, że poranek znów zaczął być slow, ale nie myślałam o tym wcale, bo stresowałam się, że nie zdążę. Potem 4 godziny jazdy z Warszawy do Wrocławia i tu faktycznie czas zwolnił. Przy moim trybie życia myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, bo już nie miałam, co ze sobą zrobić. Za to miałam sporo czasu, żeby pomyśleć i np. wkurzyć się na to, że zapomniałam szczoteczki do zębów. Lub zajrzeć kilka razy na maila służbowego i uratować kilka pożarów redakcyjnych, choć w teorii mnie nie było. Taki tam produktywne przedpołudnie w rytmie… baaaaardzo slow. 

Wnioski z tego dnia? Jeśli chcesz mieć slow poranek, przygotuj się do niego wcześniej – naszykuj ubranie, a już na pewno spakuj się, jeśli ruszasz w podróż.  

Dzień 6 – powrót do slow rzeczywistości 

Nie spodziewałam się, że to dopiero podróż służbowa zapewni mi możliwość poranku w rytmie slow. A tu proszę bardzo. Mogłam na spokojnie się naszykować, potem zjeść śniadanie, gawędząc przyjemnie z towarzyszkami podróży. Później spacer nad stawem w otoczeniu zieleni. Tak można żyć. Szkoda że codzienność tak nie wygląda, co? 

Fajnie było na moment się zatrzymać i faktycznie spędzić poranek w stu procentach slow. Tylko ja w tym momencie nie miałam żadnych obowiązków. Te czekały mnie dopiero później i mogłam skupić się na sobie oraz swoich potrzebach. A jak wiemy, nasza codzienność tak nie wygląda.

Wnioski z tego dnia? Poranki slow są nam bardzo potrzebne i warto o nie dbać przynajmniej raz w tygodniu, gdy faktycznie mamy taką możliwość. 

Dzień 7 – muszę się wyspać

Z podróży wróciłam niestety z przeziębionymi zatokami. Zatem 7 dzień mojego wyzwania to spanie aż do momentu otworzenia laptopa służbowego i rozpoczęcia pracy. Ale wiecie co? To był chyba najbardziej slow poranek w całym tym tygodniu. 

Wnioski z tego dnia? Już mam dla was gotowe podsumowanie. 

Slow morning? O tak, ale tylko na moich zasadach

Mój eksperyment potraktujmy trochę z przymrużeniem oka, zwłaszcza że przeprowadziłam go w tygodniu wypełnionym po brzegi zadaniami. Ale być może właśnie to sprawiło, że był prawdziwy. Pokazał nam bowiem kilka cennych lekcji. Przede wszystkim, że instagramowa rzeczywistość to tylko bańka i w życiu trudno każdego dnia w stu procentach trzymać się planu. Bo nasze życie nie jest idealne i nie zależy wyłącznie od nas – dochodzą inne bodźce jak mąż, dzieci, zwierzęta, praca. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować jak w szwajcarskim zegarku. I czy na pewno o to chodzi? 

Gdy realizowałam te punkty każdego poranka (lub przynajmniej się starałam), zdałam sobie sprawę, że tu nie ma mowy o żadnym slow. Przecież ja, żeby ze wszystkim zdążyć (halo, tu już mamy ogromny paradoks), musiałam wstać wcześniej, a potem nie miałam chwili, żeby usiąść sam na sam z własnymi myślami, bo cały czas coś. A przełamanie kultury produktywności jest jeszcze trudniejsze niż powolne poranki. I może to wpłynęło pozytywnie na moją głową i energię w ciągu dnia, ale później wieczorami byłam już naprawdę zmęczona, a uwielbiam spędzać leniwe wieczory na „nicnierobieniu”, zamiast iść spać o 22. Chętnie też poczytałabym książkę przed odpłynięciem w słodkie sny, a po pobudce o 6 rano zasypiałam już po pierwszej stronie.

Myślę, że prawdziwy slow morning i slow life przychodzą wtedy, gdy potrafimy w stu procentach poświęcić się temu, co sprawia nam przyjemność, a nie próbujemy na siłę stworzyć sobie idealny poranek w powolnym rytmie rodem z Instagrama. Podobnie jak w przypadku longevity, które jest super do pierwszej pułapki, tak samo tu łatwo zapętlić się w trend, który na pierwszy rzut oka brzmi dobrze, ale może przynieść efekty odwrotne do zamierzonych. Bo codzienne wstawanie o 6 dla niektórych z nas po prostu jest katorgą i zacznie nas wkurzać, zamiast relaksować. A nie oszukujmy się – nie każdy codziennie może pozwolić sobie na spanie do 10, czy nawet do 9:30. 


Czytaj także: