"Świetnie, ale... co teraz?" Monika Frydrych o cenie sukcesu, który przyszedł szybciej, niż się spodziewała

W historii Moniki nie ma momentu olśnienia, żadnego "wiedziałam, że to się uda". Był za to kredyt hipoteczny, dwóch małych synów i kobieta, która – jak sama przyznaje – do dziś włącza kierunkowskaz na pustym, podziemnym parkingu. Gdzieś między lękiem a decyzją, żeby mimo wszystko zrobić krok – powstała marka, która niespełna osiemnaście miesięcy po debiucie trafiła do trzynastu perfumerii Sephora w Polsce i Czechach.

WIDEO

player placeholder

Dwie listy marzeń i pytanie "co teraz?"

Zakładając firmę, M. Frydrych zrobiła coś, co brzmi jak ćwiczenie z warsztatu motywacyjnego, ale w jej wykonaniu miało bardzo konkretny, praktyczny wymiar: spisała dwie listy marzeń – na pierwszy rok i na pięć lat. Na szczycie tej drugiej było wejście do Sephory. – Nawet w najśmielszej wersji tego marzenia myślałam raczej o obecności online – przyznaje. – Nie przyszłoby mi do głowy, że niespełna 18 miesięcy po debiucie będziemy dostępni również stacjonarnie, w trzynastu perfumeriach Sephora w Polsce i Czechach, w dodatku jako pierwszy polski startup beauty w kategorii pielęgnacji włosów.

Monika Frydrych
Katarzyna Hołopiak
Zobacz także:

Kiedy marzenie spisane drżącą ręką ziszcza się kilka razy szybciej niż się planowało, człowiek nie zawsze czuje czystą euforię. M. Frydrych pamięta dokładnie ten moment. – Podpisując kontrakt, czułam oczywiście ogromne szczęście i satysfakcję. Chyba po raz pierwszy tak wyraźnie pomyślałam: "To naprawdę jest mój sukces". A chwilę później pojawiło się: "Świetnie, ale... co teraz?" – opowiada, po czym sama znajduje trafne porównanie: – Trochę jak wtedy, gdy po narodzinach pierwszego syna wróciliśmy z mężem do domu, położyliśmy go w łóżeczku i spojrzeliśmy na siebie z dokładnie tym samym pytaniem.

Rok, w którym nie było pensji

Zanim jednak padło hasło "Sephora", była decyzja dużo trudniejsza – odejście z Zalando, gdzie M. Frydrych przez blisko trzy lata prowadziła zespół PR na całą Europę Środkowo-Wschodnią i kraje Beneluksu. Na papierze – dream job. W rzeczywistości – etap, który przestał do niej pasować. – Zawsze czułam, że nie pasuję do korporacyjnego świata. Macierzyństwo dodatkowo zmieniło moje priorytety. Doświadczyłam też wypalenia zawodowego i wiedziałam, że po prostu potrzebuję zmiany – mówi wprost.

Frydrych zastrzega jednak, że jej historia to nie opowieść o spektakularnym skoku w próżnię. – Nie romantyzuję rzucania pracy z dnia na dzień. Jeśli ktoś rozwija własny biznes, radzę jak najdłużej budować go równolegle z etatem – sama próbowałam tak robić – zaznacza. Przez pół roku pracowała nad Luãre wieczorami, szukając dostawców i budując koncept marki, zanim jeszcze złożyła wypowiedzenie. Mimo to sam moment odejścia zapamiętała jako jeden z najlepszych w karierze – nie dlatego, że miała już gotowy plan, ale dlatego, że przestała czekać na moment idealny. – W pewnym momencie zrozumiałam, że czekanie na idealny moment stało się tylko elegancką nazwą dla odkładania decyzji, którą już podjęłam – mówi.

Tego samego dnia wymyśliła też nazwę marki – połączenie dwóch portugalskich słów: "lua" (księżyc) i "mar" (ocean). – Symbol wewnętrznego blasku i spokoju. Dokładnie tak się wtedy czułam – wspomina.

Na własny dochód musiała jednak poczekać jedenaście miesięcy. – To była decyzja ryzykowna, ale nie beztroska – podkreśla. – Policzyliśmy z mężem, na co możemy sobie pozwolić. Ogromne znaczenie miało jego wsparcie. Powtarzał mi: "Damy radę, ale Ty NAPRAWDĘ musisz już odejść".

Kierunkowskaz na pustym parkingu

Definicję sukcesu M. Frydrych zmieniała razem z sobą. – Kiedyś sukces oznaczał dla mnie prestiż, międzynarodowe projekty, podróże, zespół, coraz większą odpowiedzialność – mówi. – Z czasem coraz ważniejsza stawała się wolność: możliwość tworzenia czegoś po swojemu, ale też ta bardzo zwyczajna – żeby czasem odebrać dzieci z przedszkola wcześniej i pójść z nimi na lody o 13:00. Myślę, że można osiągnąć dokładnie to, o czym kiedyś się marzyło, i odkryć, że to marzenie już do nas nie pasuje.

To zdanie tłumaczy też, skąd u z natury ostrożnej osoby wzięła się odwaga do rzucenia stabilności. Bo M. Frydrych sama siebie opisuje jako kogoś, kto lubi mieć wszystko policzone i zabezpieczone. – Kilka dni temu zauważyłam, że nadal włączam kierunkowskaz na pustym, podziemnym parkingu, więc aż tak bardzo się nie zmieniłam, mimo że w podejmowaniu ryzyka zrobiłam duży progres – śmieje się. – Odwaga nie przyszła dlatego, że nagle przestałam się bać i pomyślałam "niech się dzieje". Dzisiaj odwaga nie kojarzy mi się z brakiem lęku. To raczej moment, w którym przestajemy pozwalać, żeby lęk podejmował za nas wszystkie decyzje.

Biurko w sypialni, które nauczyło jej całej firmy

Przez pierwsze półtora roku Luãre to była właściwie sama Monika – pakowanie zamówień, cashflow, grafiki, wszystko przy 60-centymetrowym biurku wciśniętym w kąt sypialni. Mogłoby się wydawać, że to najtrudniejszy etap do wspominania. Ona mówi o nim inaczej. – Tamten czas dał mi coś bezcennego: zrozumienie całego mechanizmu firmy. Wiem, jak pozornie mała decyzja dotycząca opakowania wpływa na marżę, jak sekwencja mailowa zmienia doświadczenie klientki i co zrobić, kiedy sklep internetowy nagle przestaje działać – wylicza.

Ograniczony budżet, jak sama przyznaje, okazał się nie przekleństwem, ale filtrem. – Kiedy każdy wydatek pochodzi z własnych oszczędności, szybko zaczynasz odróżniać to, co realnie buduje markę i sprzedaż, od tego, co tylko dobrze wygląda w prezentacji – mówi. – Myślę też, że właśnie dlatego Luãre od początku było tak spójne. Ta sama osoba nadawała ton produktom, estetyce, komunikacji i obsłudze klienta.

Excel mówił "nie". Intuicja mówiła co innego

Największym testem tej intuicji była decyzja o stworzeniu flagowego produktu marki – luksusowej szczotki The Coastal Brush® 1892, wykonywanej ręcznie w szwajcarskiej manufakturze, pracującej na co dzień dla domów mody pokroju Celine. – Excel mówił: "Kiepsko to widzę". Intuicja i wyczucie rynku odpowiadały: "Jeśli mamy to zrobić, to tylko w ten sposób" – opowiada Frydrych.

Marka Luãre produkuje m.in. ręcznie robione szczotki
Katarzyna Hołopiak

Mogła wybrać bezpieczniejszą drogę – gotowy model z katalogu, niższy koszt wejścia, ostrożne testowanie zainteresowania kategorią. Zamiast tego, mając markę, która nie istniała jeszcze nawet rok, zdecydowała się wprowadzić na polski rynek szczotkę za 980 złotych. Nawet sama manufaktura, przyzwyczajona do współpracy z najbardziej luksusowymi domami mody świata, dawała temu projektowi zaledwie pięć procent szans na powodzenie. – Tylko że wiedziałam, że przeciętnym produktem mogłabym przetestować wyłącznie zainteresowanie przeciętnym produktem – tłumaczy Frydrych. Pierwsze 300 sztuk, które zamówiła z myślą o pięciu latach sprzedaży, rozeszło się w sześć tygodni.

Co zostaje za drzwiami korporacji

Nie wszystko, co się traci, odchodząc z korporacyjnego świata, da się odzyskać wraz z sukcesem nowej marki. M. Frydrych, która od dziecka obserwowała matkę prowadzącą własną klinikę stomatologiczną, nigdy nie miała złudzeń co do tego, czym jest własny biznes. – Wiedziałam, że firma oznacza nie tylko wolność, ale też nienormowane godziny pracy i odpowiedzialność, która potrafi usiąść z Tobą przy kolacji – mówi.

Czego jej dziś najbardziej brakuje? – Wyraźnej granicy między pracą a resztą życia. Brakuje mi też pozycji, którą na starcie daje logo dużej organizacji – przyznaje. – Kiedy tworzysz markę od zera, miejsce przy stole nie jest Ci dane, musisz je sobie wypracować. Pamiętam, że manufaktura, która dziś produkuje nasze szczotki, początkowo nie chciała nawet przyjąć Luãre jako klienta. Pojechałam więc do nich osobiście, właściwie jako nieproszony gość, żeby przekonać ich do rozmowy. Dziś bardzo lubię tę historię, bo przypomina mi, że własne miejsce przy stole daje więcej satysfakcji niż to, które otrzymuje się razem ze stanowiskiem.

Sukces nie daje odporności na wypalenie

Wydawałoby się, że kobieta, która zna smak korporacyjnego wypalenia, powinna być na nie uodporniona we własnym biznesie. M. Frydrych szczerze przyznaje, że jest odwrotnie. – Niestety własna firma nie daje odporności na taki mechanizm. Chyba nawet wręcz przeciwnie – bo kiedy budujesz coś swojego, zawsze istnieje jeszcze jedna rzecz, którą można poprawić – mówi. Zauważyła u siebie tendencję do zamieniania każdego sukcesu w kolejne zadanie. – Pamiętam, że po podpisaniu kontraktu z Sephora pomyślałam: "super, etap pierwszy za nami, ale teraz trzeba to dowieźć". Świętowałam dopiero, gdy zobaczyłam nasze produkty na półkach – i to bez szaleństw, po prostu kolacją z siostrą, przyjaciółką i mężem.

Dziś świadomie broni się przed tym mechanizmem. – Planuję tygodnie w blokach: osobno czas na marketing, sprzedaż, strategię i inspiracje. Raz w miesiącu rezerwuję sobie "inspiracyjny piątek" – idę do muzeum albo nowo otwartych ciekawych miejsc, na długi spacer, przeglądam albumy, obserwuję ludzi z kawiarni – opowiada. – Nie chodzi o to, żeby wszystko kontrolować, ale żeby nie mylić rozwoju z nieustannym przyspieszaniem.

Ta sama dyscyplina towarzyszy jej dziś w podejmowaniu decyzji biznesowych. – Stałam się znacznie bardziej selektywna. Coraz częściej mówię "nie" niż "tak" – mówi. – Przed każdym projektem zadaję sobie trzy pytania: czy długoterminowo wzmacnia Luãre, czy daje realną wartość naszym klientkom, czy wspiera nasze partnerstwo z Sephorą. Jeżeli nie ma ani jednego "tak", projekt idzie do kosza. Luãre powstało z przekonania, że kobiety nie potrzebują dziesięciu przypadkowych produktów, tylko kilku naprawdę dobrych. Dziś stosuję tę samą zasadę do prowadzenia firmy: nie potrzebujemy dziesięciu efektownych inicjatyw naraz, ale kilku właściwych, zrealizowanych naprawdę dobrze.

Zwątpienie przyszło wcześniej, niż się spodziewała

Można by oczekiwać, że w historii pełnej ryzyka gdzieś musiał pojawić się moment, w którym M. Frydrych była bliska rezygnacji. Ona sama przyznaje, że to oczekiwanie – choć filmowe – mija się z prawdą. – Najuczciwsza, choć być może najmniej filmowa odpowiedź brzmi: odkąd Luãre wystartowało, nie miałam ani jednej minuty, w której chciałam zrezygnować. Największe zwątpienie pojawiło się wcześniej – zanim zaczęłam. Kiedy wreszcie zrobiłam pierwszy krok, droga stała się dla mnie bardzo jasna – mówi.

Luãre to to pierwsza polska marka luksusowych kosmetyków do włosów
Katarzyna Hołopiak

Częściowo tłumaczy to swoim charakterem. – Jestem z natury niezwykle uparta. Kiedy wyznaczę sobie cel i naprawdę w niego uwierzę, bardzo trudno przekonać mnie, żebym zawróciła. To nie zawsze jest zaleta – mój mąż odczuwa skutki tej cechy na co dzień – żartuje. Zastrzega jednak, że najtrudniejszy test dopiero przed nią. – Mam świadomość, że prawdziwy kryzys prawdopodobnie jeszcze przede mną. Nie wierzę, że można zbudować dużą firmę, nie przechodząc po drodze przez momenty, w których trzeba zakwestionować własne decyzje.

Rada dla siebie sprzed lat

Na koniec rozmowy M. Frydrych wraca myślami do wersji siebie sparaliżowanej strachem, niezdolnej wdrożyć decyzję, którą już właściwie podjęła. Co by jej dziś powiedziała? – Że stanie w miejscu również jest decyzją. Często wydaje nam się najbezpieczniejszą z możliwych, ale jeśli nie ruszamy naprzód, to jest to tak naprawdę regres – mówi bez wahania. – Powiedziałabym też, że idealny moment nie przyjdzie, a odwagi nie trzeba poczuć przed pierwszym krokiem – często pojawia się dopiero po jego zrobieniu.

Cytuje przy tym słowa Melindy Gates, które – jak mówi – przeczytała niedawno i natychmiast rozpoznała w nich samą siebie sprzed lat: – "Potrzeba odwagi, żeby stworzyć dla siebie nowe życie. Ale kiedy zmieniasz drogę, nagle okazuje się, że otwiera się przed tobą ogromna przestrzeń". To dokładnie ten cytat, którego wtedy potrzebowałam.


Może zainteresuje Cię także:


Kobieta sukcesu niejedno ma imię. Odrzuć cudze standardy i stwórz własną definicję spełnienia