Kto z nas nie myślał kiedyś o napisaniu powieści osadzonej w świecie ulubionego bohatera? Ja jako mała dziewczynka czytałam wiele książek i marzyłam o tym, aby znaleźć się w świecie postaci, które znajdowały się na ich stronach. Również jako dziewczynka o wysokiej wrażliwości i aspiracjach dziennikarskich fantazjowałam o byciu autorką tych niesamowitych opowieści. Nie ukrywam, że do dziś raz na jakiś czas do głowy przychodzi mi myśl o napisaniu książki. Ale nie o mnie jest ta historia, a o Magdalenie Buraczewskiej-Świątek, która niedawno wydała na świat książkę pt. „Kto zabił, Anno Shirley?”. I jeżeli od razu skojarzyłaś nazwisko z tytułu z „Anią z Zielonego Wzgórza”, jesteś na dobrym tropie. 

WIDEO…

player placeholder

„Ania z Zielonego Wzgórza” w wersji crime

Dziewczyna z pokolenia „Harry’ego Pottera” na co dzień czuła się niezrozumiana ze względu na swoją wyjątkową wrażliwość. Ale zamiast czytać o czarodziejach czy też modnych później wampirach jak większość jej rówieśników, wracała regularnie na Zielone Wzgórze – do powieści Lucy Maud Montgomery. 

W końcu Magdalena Różycka, bo tak nazywa się główna bohaterka tej powieści, trafiła na Zielone Wzgórze, ale nie na łamach książki. Wygrała esej na temat jej idolki, który zapewnił jej wizytę w baśniowym świecie „Ani z Zielonego Wzgórza". I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie… morderstwo – jak na dobry kryminał przystało. W dodatku okazuje się, że to właśnie nasza bohaterka była ostatnią osobą, która widziała ofiarę żywą. 

Zobacz także:

Początek tej opowieści jest bardzo baśniowy – w stylu „Ani z Zielonego Wzgórza”. Poznajemy bliżej bohaterkę, dowiadujemy się więcej na temat jej wrażliwości, a także wielkiej miłości do powieści Lucy Maud Montgomery. To właśnie autorka „Ani z Zielonego Wzgórza” jest dla niej pewnym autorytetem, a sama bohaterka powieści najlepszą przyjaciółką. Widać, że również Magdalena Buraczewska-Świątek ma niemałą słabość do Ani z Avonlea. A w dalszej części powieści widać także jej inne literackie inspiracje.

Czytałam jednym tchem

Gdy powieść nabiera dynamizmu, zaczyna przypominać strukturą nieco klasyki Agathy Christie. Kolejna postać, kolejny potencjalny podejrzany… Oczywiście nie jest to przypadkowe. Gdy podczas lektury pierwszy raz pomyślałam o mistrzyni kryminałów, już kilka stron później jej nazwisko po raz pierwszy pojawiło się w powieści. Widać, że również Christie była dla Buraczewskiej-Świątek ogromną inspiracją w pisaniu. Ale trudno się dziwić – jak czerpać, to od najlepszych. 

Później pojawia się też kilka easter eggów dla fanów produkcji kostiumowych – np. „Downton Abbey”. Widać, że autorka lubuje się w tym gatunku i pisanie sprawia jej radość. A tę swobodę czuć m.in. w języku powieści, formie i stylu. Czytałam „Kto zabił, Anno Shirley?” jednym tchem. Widać, że Buraczewska-Świątek czerpała przyjemność z pisania tej książki, szło jej to płynnie, co naprawdę czuć na każdej stronie. Tak duże zaangażowanie autora zdecydowanie jest czymś, co nadaje barw lekturze i co każdy czytelnik docenia. 

Romantyzowanie kryminału w wersji soft

Jeżeli miałabym się czegoś czepić, to sztucznych wątków kryminalnych i nieco naiwnych sytuacji (np. zdradzania szczegółów sprawy przez detektyw). O ile obyczajowość tej powieści jest w punkt, o tyle wątki kryminalne czuć, że nie są czymś, co przychodzi autorce aż tak naturalnie. Szczególnie jeżeli mamy tu wspomniane już przeze mnie nawiązanie do Agathy Christie. W zestawieniu kryminałów niestety „Kto zabił, Anno Shirley?” wypada słabo. I o ile pewne zabiegi dałoby się obronić, tak „wtopa” ze zdradzaniem poszlak dwóm młodym kobietom, które jeszcze chwilę temu były uznawane za podejrzane – i to w stylu: „ale jak coś to nic nie wiecie” – psuje nam kryminalną stronę tej lektury. 

Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, że jest to książka z półki z tymi, które czyta się sercem, to nadal jestem bardzo na tak. Szczególnie że kategoria literacka, do której się ją przypisuje, to „cozy crime” – opcja idealna na jesienne dni. Czyta się ją przyjemnie, szybko, a do tego możemy faktycznie z łatwością wyobrazić sobie każdą scenę przedstawioną przez autorkę. 

A kto przede wszystkim powinien sięgnąć po tę książkę? Zdecydowanie ci, którzy lubią czytać lektury „dla przyjemności". Mamy tu bowiem przypadek romantyzowania kryminałów i opowieści w wersji soft – bajkowej, nieco podkoloryzowanej, ale z pięknym morałem – jak na prawdziwą bajkę przystało. „My też dziękujemy Ci, Anno Shirley" - zarówno za twoją historię, jak i historie autorów, dla których byłaś inspiracją. Dzięki temu literatura jest piękniejsza. 

Jeżeli zatem masz ochotę na lekką książkę idealną np. na jesienny weekend, ta pozycja będzie dla ciebie idealna. „Kto zabił, Anno Shirley?” pozwala oderwać się od rzeczywistości, wyobrazić sobie znów ulubionych bohaterów z Zielonego Wzgórza i wraz z bohaterką powieści Magdaleny Buraczewskiej-Świątek przeżyć jej podróż śladami Ani Shirley. 


Czytaj także: