Rozpoczęła się jesień, zatem rozpoczął się także „sezon kajdanek”. Wydawać się może, że to kolejny viralowy trend, który narodził się wraz z mediami społecznościowymi, ale w rzeczywistości to zjawisko sięga już lat 90. To właśnie wtedy tzw. cuffing season pojawiał się po raz pierwszy w tekstach hip-hopowych. Później zyskał popularność w 2010 roku i tak osiągnął globalną sławę. Od tego czasu wraca co roku w sezonie jesienno-zimowym. A co dokładnie oznacza i dlaczego wbrew pozorom nie jest to przyjemny trend? 

WIDEO…

player placeholder

„Zimą samotność jest bardziej słyszalna”

Październik. Jeszcze kilka tygodni temu można było po pracy wyjść na spacer, koncert, spotkać znajomych. Dziś o godzinie 18 robi się ciemno, nikomu nie chce się wychylić nosa z domu. Po pracy wracamy do pustego mieszkania, odgrzewamy wczorajszy obiad, siadamy przed telewizorem... Każdy dzień wygląda tak samo, a my coraz bardziej czujemy się samotni. Tu pojawia się telefon, aplikacja randkowa i myśl… a może by tak napisać do kogoś? 

Wysyłamy wiadomość do osoby, do której latem na pewno byśmy się nie odezwali – bo po co, w jakim celu? A może w skrzynce znajdujemy wiadomość, na którą jeszcze tydzień temu byśmy nie odpisali? Desperacko szukamy relacji na siłę… Ale właśnie, czy chodzi o miłość, czy może poczucie, że ktoś jest obok i nie jesteśmy już w tej „depresieni” sami? 

Zobacz także:

I właśnie na tym schemacie opiera się „sezon kajdanek”. Jego nazwa pochodzi od angielskiego słowa „cuffs” i opisuje jesienno-zimową tendencję do szukania relacji, która daje towarzystwo i bliskość na chłodniejsze miesiące. 

- Zimą samotność nie zawsze jest większa, ale często staje się bardziej słyszalna. Latem świat jest bardziej „na zewnątrz” – więcej światła, ruchu, spontanicznych spotkań, wyjazdów, aktywności. Jesienią życie przenosi się do domów. I wtedy znacznie mocniej widzimy, kto obok nas jest, a kogo nie ma. Dochodzi do tego biologia. Mniejsza ilość światła wpływa na rytm dobowy, sen, energię i u części osób również na nastrój. Jesień i zima mogą zmniejszać nasze zasoby psychiczne. A kiedy zasobów jest mniej, brak bliskości odczuwamy mocniej – tłumaczy psycholożka Karolina Klecka. – Jest jeszcze jeden bardzo ciekawy aspekt: kontrast społeczny. Samotny wieczór w lipcu może oznaczać: „mam wieczór dla siebie”. Samotny wieczór 23 grudnia zaczyna znaczyć: „wszyscy kogoś mają, tylko ja nie”. To już nie jest wyłącznie samotność. To samotność zestawiona z kulturowym obrazem tego, jak „powinno” wyglądać nasze życie.

Sezon kajdanek to kolejny twór popkulturowy 

Wiosna i lato to pory roku, gdy bardziej wierzymy we własne możliwości. Częściej wychodzimy do ludzi, spotykamy się ze znajomymi, dużo dzieje się na mieście. Jesień i zima z kolei popkulturowo pokazują nam, że we dwoje jest raźniej. Filmy świąteczne to z reguły komedie romantyczne. Książki o tematyce jesiennej też często opierają się na historiach miłosnych, które mają sprawić, że cieplej zrobi nam się na serduszku. Ale też zatęsknimy za byciem z kimś – nawet jeśli na co dzień tego nie potrzebujemy. 

- Organizm jesienią nie woła „znajdź partnera”. Raczej mówi: potrzebuję więcej bezpieczeństwa, kontaktu, ciepła i regulacji. My możemy tę potrzebę zinterpretować jako potrzebę związku – podkreśla psycholożka. – Popkultura nie stworzyła potrzeby więzi, ale stworzyła bardzo konkretną scenografię szczęścia. Największym problemem nie jest więc film romantyczny. Problemem jest pytanie, które pojawia się po jego obejrzeniu: „a dlaczego moje życie tak nie wygląda?”.

Sama często łapię się na tym, że jesienią i zimą zamieniam się w burrito zawinięte w koc, nie mam ochoty nigdzie wychodzić i najchętniej wracałabym do filmów i seriali z lat 90. A tam romantyczne relacje w niczym nieprzypominające prawdziwego życia. I dobrze wiem, że gdybym była singielką, zapewne w tej chwili zapragnęłabym takiej relacji. Problemem jest jednak to, że w tym okresie bardzo łatwo pomylić potrzebę miłości z potrzebą bliskości. A niestety oba te uczucia często nie idą w parze. 

- Czasami nie zakochujemy się w człowieku, tylko w tym, jak przestajemy się przy nim czuć. Jeżeli ktoś długo czuł pustkę, samotność czy odrzucenie, pojawienie się osoby, która pisze codziennie, dotyka, interesuje się nami i daje poczucie przynależności, może wywołać ogromną ulgę. A ulgę łatwo pomylić z miłością. Miłość poznajemy jednak nie po intensywności pierwszych emocji, ale po tym, co zostaje, kiedy znika głód – podkreśla psycholożka. – Zadałabym sobie jedno proste pytanie: gdybym nie bała się samotności, czy nadal wybrałabym właśnie tę osobę? Warto też zobaczyć, co dzieje się między spotkaniami. Czy tęsknię za konkretnym człowiekiem – jego sposobem myślenia, humorem, wartościami, obecnością – czy przede wszystkim źle znoszę ciszę, gdy go nie ma? Zdrowa relacja nie polega na tym, że druga osoba usuwa nasze poczucie pustki. Raczej sprawia, że życie, które już mamy, chcemy z nią dzielić. I jeszcze jeden sygnał: miłość zwykle pozwala nam widzieć człowieka coraz wyraźniej. Lęk przed samotnością przeciwnie – bardzo często każe nam go idealizować.

Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie racjonalnie podejść do potrzeby bliskości i nie wpaść w pułapkę. Bo nie bez powodu zaraz po świętach i Nowym Roku rozpoczyna się sezon na rozstania. W kancelaria adwokackich to właśnie początek roku, a także okres po wakacjach są najbardziej gorące, jeśli chodzi o sprawy rozwodowe. Wszystko dlatego, że w sezonie kajdanek łatwo wpaść w pułapkę „nieważne z kim, byle nie sama”. 

- Samotność potrafi negocjować nasze standardy. Człowiek, który bardzo boi się pustki, zaczyna czasem akceptować rzeczy, których w innym stanie emocjonalnym nie zaakceptowałby nigdy. Czerwone flagi stają się „niedoskonałościami”, brak zaangażowania „potrzebą czasu”, a emocjonalna niedostępność „trudnym charakterem”. I wtedy partner przestaje być wyborem, a zaczyna być środkiem przeciwbólowym. Problem polega na tym, że środek przeciwbólowy ma przede wszystkim zmniejszyć ból – nie musi nam służyć długoterminowo. Dlatego dużo bardziej niebezpieczne od zdania „chcę być w związku” jest zdanie: „nieważne z kim, byle nie sama” – podkreśla psycholożka. 

Natomiast po zimie nadchodzi wiosna i znów widzimy jeden schemat – ponownie łatwiej być singlem niż tkwić w relacji, która nie była oparta na miłości, a na potrzebie bycia z kimś w sezonie jesienno-zimowym. 

Wiosna topi nie tylko śnieg, ale też fałszywe uczucia

Jeżeli relacja stworzona w sezonie jesienno-zimowym była tylko wypełniaczem, a w rzeczywistości jest daleka od naszych wyobrażeń związanych z prawdziwą miłością, prędzej czy później posypie się jak domek z kart. Fałszywe uczucia zawsze wychodzą na powierzchnię w momencie, gdy zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę lepiej czujemy się w samotności niż u boku tej osoby. 

- Święta są świetnym środowiskiem do budowania wyobrażenia o relacji, ale niekoniecznie do jej sprawdzania. Lampki, wyjazdy, prezenty, sylwester, więcej czasu razem – wszystko to podnosi emocjonalną temperaturę. Możemy bardzo szybko stworzyć poczucie: „to jest wyjątkowe”. A potem przychodzi zwykły wtorek w lutym. Nie ma już jarmarku, świątecznej muzyki ani sylwestrowych planów. Jest praca, zmęczenie, obowiązki, rachunki i zwykła codzienność. I wtedy po raz pierwszy naprawdę sprawdzamy, czy łączyło nas życie, czy sceneria – dodaje Karolina Klecka. 

Potrzeba bliskości jest naturalną ludzką potrzebą. Każdy z nas ją ma i czasem odczuwa ją mocniej, a czasem słabiej. Najważniejsze jednak, żeby uświadomić sobie, czego tak naprawdę oczekujemy od życia i partnera. Bo szukanie drugiej osoby na siłę tylko dlatego, żeby przez kilka miesięcy w roku nie czuć się samotnym, może być zgubne i krzywdzące – zarówno dla nas, jak i dla tej osoby. 


Czytaj także: