Tiulowe spódnice Majki Jeżowskiej, skórzane stroje Małgorzaty Ostrowskiej i garnitury Izabeli Trojanowskiej stały się pretekstem do wspominania czasów, kiedy wyglądanie jak gwiazda estrady, nie zaś uboga krewna zza żelaznej kurtyny było wyzwaniem. Wystawa "Meluzyny z wielkiej płyty. Moda i muzyka w latach 80." w warszawskim Domu Spotkań z Historią zachęca, żeby przyjrzeć się i temu, ile trzeba było zrobić, żeby w Polsce lat 80. ubierać się tak, jak się chciało.
WIDEO…
Meluzyny z wielkiej płyty
Bohaterkami wystawy stały się: Kora, Majka Jeżowska, Anna Jurksztowicz, Wanda Kwietniewska (Wanda i Banda), Małgorzata Ostrowska i Izabela Trojanowska. Każda z nich proponowała własny, odrębny wizerunek sceniczny. Wystawa przygląda się temu, jak powstawały te zapadające w pamięć persony - poprzez ubrania, fryzury czy makijaż.
Równolegle w DSH można obejrzeć wystawę "Lata 80. patrzą na nas" rozszerzające perspektywę popkulturową o życie codzienne: pojawiają się kobiety pracujące, wychowujące dzieci, zaangażowane politycznie czy tworzące sztukę.
Kariery piosenkarek układały się różnie. Różne były też drogi, którymi do ich szaf trafiały ubrania.
Kora weszła na scenę z Maanamem, którego występ na festiwalu w Opolu w 1980 roku okazał się przełomem. "Boskie Buenos" i "Żądza pieniądza" pokazały szerokiej publiczności kobietę wyglądającą i śpiewającą zupełnie inaczej niż to, do czego przyzwyczajeni byli widzowie.
Potem przyszła popularność, za którą trudno było nadążyć nawet producentom płyt - popyt na album "O!" przekraczał możliwości tłoczenia polskich wytwórni - brakowało surowca do produkcji winyli.
Krótko ostrzyżone włosy, mocna kreska na oku i czerń wyglądały na scenie jak manifestacja pewności siebie, ale sama Kora wspominała w rozmowie z Polskim Radiem, że była kompletnie zagubiona i "wyskoczyła jak wypłosz na scenę".
Wszystko, czego dziś chcę
W tym samym 1980 roku Opole podbiła Trojanowska, występująca z Budką Suflera. Miała za sobą szkołę wokalno-aktorską i kilka ról. Jej czarny garnitur z kamizelką, koszula i krawat dobrze pasowały do sposobu, w jaki śpiewała "Wszystko, czego dziś chcę". Look nie był przypadkiem.
Pod koniec 1979 roku Trojanowska była w Londynie, a przyjaciółka zafundowała jej wizytę w kultowym salonie Vidala Sassoona. Potem zorganizowano sesję na którą założyła ubrania z białej skóry od Isseya Miyake.
W Polsce jej fryzurę zaczęto masowo kopiować prosząc o cięcie "na Trojanowską". Sama piosenkarka wspominała, że w jej bloku na klatce schodowej pojawiały się adresowane do niej wiadomości i wyznania miłosne. Administracja była wściekła, więc piosenkarka szorowała napisy, tyle że wkrótce pojawiały się kolejne. Słowem od kilkudniowego high life'u w Londynie, do polskiej rzeczywistości.
Wanda i Lombard
Małgorzata Ostrowska i Wanda Kwietniewska zaczynały razem w powstałym w 1981 roku Lombardzie. Ostrowska, kojarzona później ze "Szklaną pogodą", blond czubem i makijażem daleko wychodzącym poza okolice powieki, wspominała w wywiadzie dla "Zwierciadła", jak bardzo wykreowany był to look. Wcześniej nosiła sukienki w kwiatki. Eksperymentować z fryzurami zaczęła po tym jak na jednej z pierwszych sesji fotograficznych fryzjerka zaczesała jej włosy do tyłu, czego sama nigdy nie robiła.
Skórzane kurtki i kamizelki szyła sobie sama. Miała zaprzyjaźniony sklep, w którym udawało jej się czasem zdobyć tanie skóry, choć obsługiwano tam hurtowników. W kraju niedoborów gwiazda mogła liczyć nie na paczki PR-owe i ubrania od projektantów, ale na dojścia w hurtowni i pracę rąk własnych.
Ten sam wygląd, który tak podobał się na scenie, na ulicy budził agresję. Ostrowska wspominała, że ludzie wytykali ją palcami i pluli pod nogi. Wychowanie w PRL-u nie sprzyjało otwartości na różnorodności.
Kwietniewska odeszła z Lombardu po roku i założyła zespół Wanda i Banda, z którym wylansowała hity "Hi-Fi" i "Nie będę Julią". Ubrania, które nosiła na scenie często dostawała od kogoś, kto miał dostęp do ubrań zza granicy - biały, obcisły trykot, który długo wykorzystywała jako podstawę stylizacji scenicznych dostała od piosenkarki Urszuli Sipińskiej. Zielone spodnie, w których występowała, podarował jej Włoch wynajmujący mieszkanie u jej mamy w Elblągu.
Spódnica w kolorze cytryny
Majka Jeżowska, dla odmiany, na początku lat 80. wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Przywiozła stamtąd ubrania, które pomogły jej zbudować kolorowy wizerunek. Malarka Hanna Bakuła wprowadziła ją do świata nowojorskich second-handów. Dla dziewczyny z Polski zwykłe sklepy wciąż były za drogie, ale też zbyt przewidywale. Pierwsza tiulowa spódnica kosztowała 20 dolarów i miała kolor cytryny.
Wystąpiła w niej w Opolu, dokładając różową plastikową biżuterię i asymetryczną fryzurę zrobioną w Chicago. Wyróżniała się, mimo że podstawą były używane rzeczy.
W 1984 z myślą o swoim synu nagrała "A ja wolę moją mamę", zaś piosenka otworzyła jej drogę do repertuaru familijnego. Kolorowe ubrania z przymrużeniem oka nie były wcale jej planem pod śpiewanie dla dzieci, ale elementem poszukiwania własnego stylu.
Stylistka w PRL-u?
Anna Jurksztowicz zaczynała od śpiewu klasycznego, kojarzonego dziś głównie z operą, śpiewała też muzykę dawną i gospel. W 1985 roku wygrała opolskie premiery z utworem "Diamentowy kolczyk". Wspominała, że jeśli chodzi o ciuchy inspirowała się Madonną i Kim Wilde, a dodatki i materiały na ubrania przywoziła z zagranicy, albo prosiła o tych znajomych.
Co ciekawe, Jurksztowicz miała stylistkę, choć słowo stylistka wówczas nie istniało. Pomagała jej Lidia Popiel, wówczas modelka i początkująca fotografka - z kilku dostępnych rzeczy i odpowiednio dobranych fryzury i makijażu tworzyła stylizacje pod kolejne piosenki.
W Polsce lat 80. działało równocześnie kilka obiegów mody, a dostęp do nich zależał od miejsca zamieszkania, możliwości podróżowania i znajomości. No i oczywiście od pieniędzy. Dobry gust nie załatwiał jeszcze materiału na wymarzoną sukienkę.
Zamiast Diora - Hoffland
Do tego funkcjonowały domy mody jak Telimena, Hoffland i Moda Polska. Projektantki Telimeny jeździły na pokazy do Paryża i Mediolanu skąd przywoziły zagraniczne magazyny, słowem trzymały rękę na pulsie tego, co aktualnie działo się w modzie. Od projektu do ubrania dostępnego dla klientki prowadziła jednak dłuższa droga niż od zagranicznego pokazu do szkicownika.
Barbara Hoff wspominała choćby o problemie uzgadniania kolorów z fabryką, która nie dysponowała wzornikiem (fragmentami materiałów, które mogła wyprodukować - red.). Do tego pożądane materiały miały swoje przydziały. Ubrania często projektowało się, nie mając pewności, czy będzie z czego je uszyć i czy uda się zdobyć tkaninę w odpowiednim kolorze.
Hoff prowadziła też przez lata dział mody "Przekroju", który mało przypominał rubryki w zagranicznych magazynach. Najbardziej praktyczne było po prostu pokazywanie czytelniczkom, w jaki sposób mogą wprowadzać zagraniczne trendy, dysponując bardzo ograniczonymi środkami.
Poza oficjalnym handlem działały bazary, pełne słynnych tureckich swetrów. Szczęściarze, których rodziny mieszkały na Zachodzie, mogły też liczyć na paczki od rodziny, gdzie obok moreli w puszkach upychano jeansy i buty.
Ówczesne komisy odzieżowe (czyli dzisiejsze second handy) oferowały głównie zagraniczne ubrania z drugiej ręki, co nie znaczy, że były tanie. Tania, używana odzież na wagę upowszechniła się dopiero w latach 90., a sklepy tego typu zyskały niechlubny przydomek lumpeksów
Zamiast polskich marek mieliśmy "ubrania autorskie" tworzone najczęściej przez artystów plastyków: ręcznie zdobione czy tkane, o krojach odmiennych od masowej produkcji. W latach 80. w Łodzi działały między innymi Galeria Ubioru i Galeria 86. Do tego dochodziły ubrania autorskie wykonywane przez laików - farbowane w wannie materiały na sukienkę, szycie ubrań na podstawie wykrojów z czasopism, a przede wszystkim szydełkowanie i robienie na drutach.
Elegancja z jedwabiu propagandowego
Kuratorka wrocławskiej wystawy pokazującej modę stanu wojennego, Małgorzata Możdżyńska-Nawotka, przytaczała historię jednego z eksponatów - eleganckiej czerwonej bluzki. Jedwab na nią podprowadzono ze spółdzielni, która dostała materiał na pierwszomajowe szturmówki. Materiał, który miał służyć manifestacji poparcia dla ustroju, posłużył po prostu do tego, by dobrze wyglądać.
W drugiej połowie dekady triumfy święciły obszerne góry z wyraźnie zaznaczonymi ramionami, duże, przeważnie plastikowe klipsy, legginsy, skóra i efekty sprania na dżinsie. Nie składało się to jednak na jeden obowiązujący zestaw. W teledysku do "Diamentowego kolczyka" mamy np. luźny trencz, koronkowe rajstopy i apaszkę zawiązaną jak bandana.
Trendy rozprzestrzeniały się w Polsce nieomal jak wirus - przez ludzi przywożących inspirację zza granicy, którzy potem pokazywali je innym - czy to w "Przekroju", czy w Opolu. Londyńskie cięcie Trojanowskiej lądowało na głowie polskiej nastolatki, amerykańska spódnica Jeżowskiej pokazywała, że można nosić strój przełamujący szarzyznę wielkiej płyty.
Jeansy symbolem lepszego życia
Nostalgia za modą lat 80. to nie tylko tylko sentyment do czasów młodości, ale też do ubrań, które kojarzyły się z przepustką do innego świata. Dla dziewczyny oglądającej Korę w Opolu, jej awangardowy look mógł kojarzyć się z marzeniem o Zachodzie, albo chociaż wyjeździe do większego miasta, gdzie będzie mogła o sobie decydować, a nawet obciąć włosy. Po latach do tych obrazów przyklejają się również wspomnienia własnych marzeń.
Być może część tej nostalgii bierze się z tęsknoty za czasem, kiedy para dobrych dżinsów obiecywała lepszą przyszłość. Z perspektywy pełnej szafy łatwiej dostrzec, jak wiele oczekiwań potrafimy powierzyć przedmiotom. Nowa sukienka ma pasować do życia, które zamierzałyśmy prowadzić - z większą ilością wolnego czasu, ciekawszą pracą, większą liczbą przyjaciół i wyjść na miasto.
Tyle że można zdobyć wszystkie rzeczy z własnego wyobrażenia, a nadal czekać na jego pozostałą część. Stare zdjęcia mody nadają się do nostalgii jak mało co - pozwalają wrócić do momentu ekscytacji i dumy ze zdobycia wymarzonego materiału, w którym kryła się obietnica.
Czytaj także: