Mówi się „nowy rok, nowa ja”. Podobnie można podejść do rozpoczęcia roku szkolnego i zakończenia sezonu wakacyjnego. Co łączy te dwa okresy w roku? Zwiększona liczba rozwodów. Do kancelarii właśnie w tych dwóch okresach zgłasza się coraz więcej osób, które są pewne, że chcą zakończyć swoje małżeństwo. – „Zdecydowanie częściej na taki krok decydują się kobiety. U mężczyzn ten proces przyspiesza pojawienie się nowej partnerki” – tłumaczy adwokatka Karolina Szulc-Nagłowska, która od blisko 20 lat zajmuje się sprawami rozwodowymi. Powakacyjne rozwody to już nie pojedynczy przypadek – to zjawisko, które powtarza się co roku. Ale dlaczego akurat teraz ludzie dochodzą do wniosku, że mają dość? Bo to nie urlop psuje małżeństwa, on jedynie obnaża to, co od dawna nie działało.
WIDEO…
Sezon na powakacyjne rozwody uważam za otwarty
- W praktyce kancelarii rodzinnej okres po wakacjach jest wyraźnie intensywniejszy. Pojawia się więcej konsultacji i osób, które nie przychodzą już z pytaniem: „czy powinnam się rozwieść?”, tylko: „co mam zrobić, żeby się do tego przygotować?” – mówi Karolina Szulc-Nagłowska. – Nie powiedziałabym jednak, że wakacje powodują rozwody. One częściej przyspieszają albo ostatecznie potwierdzają decyzję, która dojrzewała dużo wcześniej. Wrzesień jest momentem powrotu do codzienności i dla wielu osób również momentem przejścia od myślenia do działania. Wakacje bywają ostatnią kropką, a nie pierwszym zdaniem historii rozwodu.
To właśnie wspólne rodzinne wakacje są momentem, w którym kończy się zadaniowość, a zaczyna faktyczne bycie razem. Praca, prowadzenie domu, odwożenie dzieci do szkoły, zajmowanie się nimi, telefony do bliskich, życie w ciągłym biegu... Na urlopie zwalniamy i zderzamy się z rzeczywistością, w której może się okazać, że… w zasadzie to już nie mamy o czym ze sobą rozmawiać.
- Na co dzień wiele par funkcjonuje zadaniowo. Partnerzy są razem, ale paradoksalnie mogą mieć niewiele prawdziwego kontaktu. Można przez cały tydzień wymieniać informacje: „odbierz dzieci”, „kup mleko”, „zapłaciłeś rachunek?” i właściwie nie rozmawiać o sobie. Na urlopie nagle znika część tej struktury. Spędzamy ze sobą wiele godzin dziennie i okazuje się, że nie bardzo wiemy, co ze sobą zrobić. Albo zaczynamy zauważać, jak bardzo różnią się nasze potrzeby: jedna osoba chce odpoczywać, druga zwiedzać; jedna potrzebuje bliskości, druga przestrzeni; jedna nadal organizuje wszystko dla całej rodziny, podczas gdy druga uważa, że właśnie zaczęła wakacje. Wtedy mogą ujawnić się konflikty, które wcześniej przykrywała codzienność – tłumaczy psycholożka Magdalena Kaszczuk, certyfikowana psychoterapeutka Gestalt, która na co dzień prowadzi instagramowe konto @magda.kaszczuk.
Powakacyjne rozwody to zatem skutek długotrwałych problemów w relacji, a nie coś, co dzieje się w wakacje z dnia na dzień.
„Wakacje miały być naszą ostatnią próbą”
Nie od dziś wiemy, że to rutyna jest najbardziej toksyczna dla relacji. Niezależnie od tego, czy jesteśmy razem 5, 10 czy 15 lat, albo nauczymy się żyć w trybie dnia codziennego, nie oddalając się od siebie, albo w pewnym momencie dostrzeżemy, że nie poznajemy już osoby, która budzi się obok nas. I właśnie na wakacjach najłatwiej to zauważyć.
- Bardzo często słyszę: „te wakacje miały być naszą ostatnią próbą” albo: „myślałam, że kiedy wreszcie będziemy mieli czas tylko dla siebie, wszystko wróci” – tłumaczy prawniczka. – Czasami nie wydarza się nic spektakularnego. Nie ma zdrady ani jednej wielkiej awantury. Jest coś znacznie bardziej przejmującego: dwoje ludzi jedzie razem na wakacje i odkrywa, że właściwie żyją już osobno. Oczywiście zdarzają się też konkretne zdarzenia – kłótnie, nadużywanie alkoholu, agresja, zdrada albo jej ujawnienie. Ale bardzo często klient nie opowiada mi o jednym zdarzeniu. Opowiada o momencie, w którym zrozumiał, że nie chce w taki sposób spędzić kolejnych dziesięciu czy dwudziestu lat.
Wakacje boleśnie uświadamiają ludziom, że tu nie chodzi o ten brak czasu na co dzień. Być może po tych 10 czy 20 latach razem po prostu jesteście już innymi ludźmi i to też w porządku.
- Z doświadczenia psychologicznego wiemy, że decyzja o rozstaniu bardzo często nie zaczyna się w dniu, w którym ktoś mówi: „odchodzę” – podkreśla Magdalena Kaszczuk. - Wcześniej mogą być miesiące czy lata rozczarowania, prób rozmowy, poczucia samotności, złości, wycofywania się albo fantazjowania o życiu bez partnera. Urlop może stać się momentem, w którym coś, co wcześniej było niejasnym odczuciem, staje się bardzo wyraźne. Ktoś może pomyśleć: „jeżeli nawet teraz, kiedy nie mamy pracy, obowiązków i wreszcie jesteśmy razem, czuję się przy nim tak samotna, to chyba nie chodzi już o brak czasu”. Decyzja podjęta po dwóch tygodniach wakacji może być w rzeczywistości decyzją, która dojrzewała przez kilka lat.
Nie zawsze chodzi o samo obnażanie prawdy o relacji. Wielu ludzi już przed urlopem widzi, że coś dzieje się nie tak. Bywają miesiące, a nawet lata kryzysu, który wakacje mają w magiczny sposób uzdrowić. Przynajmniej w ten sposób łudzą się ludzie, którzy pielęgnują w sobie jeszcze nadzieję, że ten związek da się naprawić. Niestety wakacje all inclusive, czy nawet pobyt w najpiękniejszym hotelu z widokiem na morze nie sprawią, że problemy znikną jak za sprawą czarodziejskiej różdżki.
Hotel z widokiem nie rozwiąże waszych problemów
- Czasami pary mają takie wyobrażenie: „ostatnio jest między nami źle, ale pojedziemy na dwa tygodnie, odpoczniemy, będziemy mieli więcej czasu dla siebie i wszystko wróci do normy”. To zrozumiałe, bo rzeczywiście przeciążenie, stres czy brak czasu mogą wpływać na relację. Problem zaczyna się wtedy, kiedy oczekujemy, że sama zmiana miejsca rozwiąże coś, czego od miesięcy albo lat nie potrafimy między sobą nazwać – podkreśla psycholożka. – Jeżeli problemem jest niewypowiedziany żal, brak zaufania, nierówny podział odpowiedzialności, brak bliskości czy poczucie osamotnienia w związku, hotel z widokiem na morze tego nie rozwiąże. Sam urlop nie jest terapią dla związku. Ale może stworzyć warunki, w których partnerzy ponownie się spotkają. Jeżeli problemem było przede wszystkim przeciążenie, brak czasu, życie wyłącznie obowiązkami, wspólny odpoczynek może przypomnieć partnerom, co kiedyś ich łączyło. Mogą znowu rozmawiać, śmiać się, być blisko, doświadczać siebie poza rolą rodziców czy pracowników. Ale jeżeli od dawna istnieją poważne, nierozwiązane konflikty, sam wyjazd ich nie naprawi. Potrzebna jest gotowość obojga ludzi do zobaczenia problemu i wzięcia odpowiedzialności za swoją część relacji.
Psycholożka wskazuje tu konkretny problem, który jednocześnie może nam uświadomić, czy nasze myśli o rozwodzie są tylko chwilowe, czy może ten urlop to ostatnia deska ratunku. Bo jeżeli faktycznie przed wakacjami czujemy się przeciążeni, mamy problemy w pracy, które przekładają się później na problemy w domu czy związku, wspólny wyjazd może być tą odskocznią, która pomoże nam znów razem nabrać wiatru w żagle. Problem pojawia się w momencie, gdy problemy trwają miesiącami lub nawet latami, więc emocje z nimi związane się wypalają. Wtedy urlop może być impulsem do złożenia papierów rozwodowych, bo jest to decyzja, która kiełkuje w naszej głowie od dawna.
- Dobrze rozróżnić silną emocję od decyzji. Po intensywnym konflikcie możemy być w ogromnej złości, rozczarowaniu czy poczuciu krzywdy. W takim stanie łatwo myśleć zero-jedynkowo: „mam dość, koniec”. Nie oznacza to, że te emocje są nieważne. Przeciwnie – warto potraktować je jako informację, że w relacji dzieje się coś istotnego – dodaje Magdalena Kaszczuk. – Można wrócić, ochłonąć, porozmawiać, zobaczyć, czy myśl o odejściu nadal pozostaje równie wyraźna. Warto też zadać sobie pytanie: „czy ja chcę zakończyć tę relację, czy chcę zakończyć sposób, w jaki ta relacja obecnie wygląda”. To nie zawsze jest to samo.
Zanim pójdziesz do prawnika, dokładnie to przemyśl. Może warto skonsultować się z psychologiem, który pomoże ci ułożyć myśli i uczucia, nazwać je i dopiero podjąć świadomą decyzję? A potem przygotuj mapę, która ułatwi ci przejście przez cały proces rozwodowy – bo tu nie chodzi wyłącznie o proces na sali sądowej, chodzi o podsumowanie całego twojego dotychczasowego życia.
Pamiętaj o mapie swojego życia
- Sam rozwód, wyrok rozwodowy, to jest tylko kartka, dokument, ale przecież zmienia się cała konstrukcja i funkcjonowanie życiowe. No i tak naprawdę do tego się trzeba przygotować i oczywiście przygotować się też do tego, żeby ten rozwód, który i tak jest obciążający i trudny, nie był jeszcze dodatkowo drogą przez mękę. Ja zawsze pomagam moim klientom ułożyć sobie taką mapę tego, jak ten proces rozwodowy będzie wyglądał, ale też, jak będzie wyglądało życie po rozwodzie. No bo to jest sąd, wyrok, ale potem zmienia się nasze życie całkowicie i musimy sobie to poukładać. Jeżeli te ustalenia będą podejmowane na spokojnie, to jesteśmy w stanie samodzielnie dojść do jakichś rozsądnych rozwiązań, a sąd będzie nam jedynie potrzebny do tego, żeby to sformalizować, potwierdzić i wydać dokument – tłumaczy Karolina Szulc-Nagłowska.
Dlatego tak istotne jest ustalenie szczegółów związanych z rozwodem. O ile w związku nie ma dzieci, o tyle sprawa jest łatwiejsza – dwoje ludzi po prostu postanawia się rozejść. Tutaj może dojść orzeczenie o winie, kwestia majątkowa, ale o wiele łatwiej sobie takie życie poukładać po rozwodzie – niezależnie od tego, kiedy zapadnie wyrok i przez ile rozpraw trzeba będzie przejść. Trudniej jest w momencie, gdy są dzieci.
- Kiedy np. ktoś mówi opieka naprzemienna, ja zawsze pytam, jak ta opieka wyglądała do tej pory. Czy w ogóle jest przestrzeń na tę opiekę naprzemienną? No bo jeżeli bierze się odpowiedzialność za dziecko, że będę dla tego dziecka połowę czasu, to ja muszę sobie wszystko poukładać zawodowo, że w tym czasie mam wykonać pracę, ale muszę też zadbać o dziecko, np. żeby było przygotowane do szkoły, żeby miało tę przykładową bibułę, klej, nożyczki, jak przypomni sobie o tym o dziewiątej wieczorem. Czy będę tym rodzicem, który to dziecku da i czy to po prostu ma sens? Może lepszym rozwiązaniem jest kontakt co drugi weekend, ale żeby dziecko miało bazę u jednego rodzica, bo to da mu większą stabilizację – podkreśla adwokatka.
Taka mapa może też dotyczyć oczekiwań finansowych, podziału majątku, ale też nas samych i tego, jak chcemy ułożyć sobie to życie po rozwodzie. Nie musimy nawet przychodzić z całą rozpiską do prawnika – ważne, aby wiedzieć, czego oczekujemy. Wtedy łatwiej będzie nam postawić kropkę nad i, podjąć ostateczną decyzję o rozstaniu – nawet jeżeli wydaje nam się, że zdecydowałyśmy już na urlopie.
Karolina Szulc-Nagłowska – w świecie, w którym rozwody coraz częściej stają się medialną sensacją, ona konsekwentnie idzie pod prąd. Od blisko 20 lat zajmuje się rozwodami i podziałami majątku – ale nie interesuje jej konflikt jako widowisko. Interesuje ją moment, w którym emocje trzeba zamienić w decyzje. I zrobić to tak, by nie zniszczyć tego, co jeszcze da się uratować: majątku, relacji z dziećmi, reputacji, spokoju. Jako mediatorka i wiceprezeska Centrum Mediacji przy Izbie Adwokackiej patrzy na rozwód jak na proces decyzyjny, a nie pole bitwy. Wie, kiedy walczyć, a kiedy negocjować. Wie też, że źle poprowadzony rozwód potrafi zniszczyć majątek szybciej niż najgorsza inwestycja – i że cisza, plan i rozsądek stały się dziś luksusem ludzi sukcesu.
Czytaj także:
- „Na zawsze” nie znaczy najlepiej. Chodakowska zderza nas z niewygodną myślą, że małżeństwo to tylko etap
- „Traktował mnie jak środek trwały, więc odeszłam”. Rozwód po 50. to rewolucja. Jak ją przetrwać?
- Serial „Wanderlust" wyprzedził swoje czasy. Nie bez powodu teraz wypływa na powierzchnię



























