Życie małżeńskie po wielu latach przypomina relacje pomiędzy rodzeństwem. Dwoje ludzi zna się na wylot, może sobie zaufać, potrzebuje się, ale… pożądanie, które było na początku relacji może wygasnąć wraz z kolejnymi problemami, z jakimi przychodzi mierzyć się w dorosłym życiu. Dzieci, choroby, śmierć bliskich osób, problemy w pracy – wszystko to może umocnić więzi między ludźmi, którzy się wspierają, ale jednocześnie zrujnować ich życie w alkowie. Bo jedno i drugie niestety często nie idzie w parze, co pokazuje serial „Wanderlust” z 2018 roku, który możemy obejrzeć na platformie Netflix. 

WIDEO

player placeholder

Odkryć to, co nieznane

„Wanderlust” to tytuł, którego nie da się przetłumaczyć na polski jednym słowem. Nawet w języku angielskim jego tłumaczenie jest dość skomplikowane. Oznacza bowiem zamiłowanie do włóczęgi, silną potrzebę wędrowania, a przede wszystkim znalezienia się gdzieś indziej niż tu i teraz. Właśnie takie uczucia towarzyszą głównym bohaterom serialu, gdy ich poznajemy. Napięcie między nimi coraz bardziej rośnie, aż w pewnym momencie z ust Joy (Toni Collette) pada zdanie: „na litość boską – darujmy sobie”. 

Główni bohaterowie uświadamiają sobie, że nie tylko seks świadczy o udanej relacji, ale każdy człowiek go potrzebuje. Dlatego wędrują poza swoje małżeństwo, poszukując u innych tego, czego nie są w stanie dać sobie nawzajem. A potem wracają do domu, poukładanego przez lata życia, dzieci… I wychodzą z założenia, że czas przestać zastanawiać się, co kto pomyśli, tylko uświadomić sobie, czego tak naprawdę chce się samemu. 

Zobacz także:

Joy i Alan (Steven Mackintosh) znajdują dla siebie opcje alternatywne. Ludzi, z którymi świetnie się bawią. Schody pojawiają się w momencie, gdy oprócz pożądania do głosu dochodzi też uczucie. I wtedy zaczyna się poważny dylemat – czy ważniejsze jest to, co czuliśmy do tej pory, czy to, co dopiero możemy poczuć.

Monogamia to przeżytek?

„Tylko się nie rozstańcie” – pada z ust syna głównych bohaterów w momencie, gdy informują oni dzieci o podjętej przez siebie decyzji. Sami w tym momencie są przekonani o sile łączących ich uczuć. Jednak szybko okazuje się, że miłość nie wystarczy, aby więź wygrała z pożądaniem. 

Już w serialu „Seks w wielkim mieście” bohaterowie poruszali temat monogamii w związku. Stanford powiedział wtedy, że „monogamia wychodzi z mody, w latach 90. na chwilę wróciła, ale dziś to już przeżytek”. Jednak to, co działo się w Nowym Jorku na początku XXI wieku, w Polsce było nie do pomyślenia – a już na pewno w tamtym czasie… i jeszcze długo, długo po. 

Gdy w 2018 roku na platformie Netflix pojawił się serial „Wanderlust”, z pewnością nie byliśmy gotowi przyznać, że monogamia to przeżytek. Jednak coraz więcej produkcji filmowych i telewizyjnych wykorzystuje ten motyw, jak chociażby „Zaproszenie” z Olivią Wilde, Penelope Cruz, Sethem Rogenem i Edwardem Nortonem. A my, choć wciąż jesteśmy społeczeństwem dość konserwatywnym, dopuszczamy analizę tego typu zachowania jako podstawę do dyskusji na temat zdrowych relacji. 

Nie chodzi o to, aby przy każdym kryzysie decydować się na skok w bok. Alternatywne relacje nie sprawią też, że nasz związek na pewno się uzdrowi, niosą również za sobą spore ryzyko, co zdecydowanie pokazuje „Wanderlust”. Ale ten serial zapewnia nam także pewną formę terapii małżeńskiej, a każdy z sześciu odcinków pozostawia nas z różnymi pytaniami, na które warto wspólnie poszukać odpowiedzi. 

6 godzin terapii w cenie pakietu na Netfliksie 

Już sama konstrukcja „Wanderlust” przypomina sesię u terapeuty. Zaglądamy do głów bohaterów, w których każdego dnia sporo się zmienia – w zależności od kolejnych ludzi, którzy pojawiają się w ich otoczeniu, od uczuć, które dochodzą do głosu, a także wspomnień przewijających się przez ich głowy. To rozłożenie ludzkiego myślenia i relacji na czynniki pierwsze. Dlatego tak bardzo przyciąga – szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy tak wielu z nas nie radzi sobie ze swoimi emocjami. 

Odcinek 5. niemal w całości poświęcony jest jednej z sesji terapeutycznych głównej bohaterki. Możemy razem z nią odkryć, co dokładnie dzieje się w jej głowie w chwili największego kryzysu. Przekonać się, że dotychczasowy tok myślenia, który wydawał jej się dobry, ostatecznie okazał się zgubny. I że każdy z nas jest inny i dla każdego inne podejście do relacji może się okazać skuteczne. Bo o ile człowiek z natury nie jest monogamistą, wszyscy mamy do tego inne podejście, a skoki w bok mogą przynieść chwilową ulgę, ale ostatecznie opłakane skutki. 

Nie musimy mieć kontroli nad wszystkim

Kobiety dziś chcą stawiać na siebie – nie tylko w karierze, ale też w związkach. Mają dość grania według zasad ustanowionych przez patriarchat. Marzą o zrywaniu barier w pracy, związku, a nawet łóżku. „Wanderlust” nie bez powodu właśnie teraz wypływa na powierzchnię i interesuje polskich widzów. Bo choć większość z nas nie jest gotowa na to, żeby naprawiać swoje związki przez wchodzenie w relacje z innymi ludźmi, w rzeczywistości nie o to w tym chodzi i w zasadzie nie jest to konieczne. Najważniejsze, aby uświadomić sobie, czego tak naprawdę chcemy w relacji – niezależnie od tego, czy jesteśmy ze sobą 5, 10 czy 25 lat. 

Czasami właśnie tylko tyle potrzeba, żeby siąść naprzeciwko siebie, spojrzeć sobie w oczy i stwierdzić „zróbmy to” lub „darujmy sobie” – dla wspólnego dobra. A przede wszystkim przyznajmy sami przed sobą, że nie nad wszystkim możemy mieć kontrolę. Bo gdy nam się to uda, przestaniemy czuć niepokój i chęć nieustającej wędrówki w poszukiwaniu czegoś innego. 


Czytaj także: