Życie społeczne już dawno przeniosło się do internetu. Dziś znacznie więcej czasu spędzamy ze znajomymi, śledząc ich życie na Instagramie, a nie „w realu”. To sprawia, że zaczynamy też inaczej ich postrzegać – przez pryzmat „masek”, jakie zakładają w mediach społecznościowych, które stały się jednym wielkim teatrem. Badanie przeprowadzone przez WPP Media pokazuje, że zaczynamy postrzegać innych jako fałszywych, choć jednocześnie deklarujemy, że sami jesteśmy autentyczni.
WIDEO…
Cyfrowa asymetria to nowe oblicze hipokryzji
Raport przygotowany przez WPP Media wykazał, że aż 74% Polaków uważa innych użytkowników social mediów za fałszywych, a jednocześnie 50% badanych deklaruje własną autentyczność. To pokazuje, że nie dostrzegamy tego, w jaki sposób sami kreujemy swój wizerunek w social mediach, ale uważamy, że inni udają „pod publiczkę”.
- Mówi to o głębokim kryzysie zaufania i wskazuje na zjawisko cyfrowej asymetrii – zakładasz nieszczerość u innych, aby chronić własną samoocenę w środowisku ukierunkowanym na autoprezentację – tłumaczy Agnieszka Parfianowicz, Managing Partner - Media Solutions w WPP.
Dlatego eksperci uznają obecnie social media za teatr. Już w połowie XX wieku Witold Gombrowicz pisał w swoim „Trans-Atlantyku” o gębach, czyli narzuconych człowiekowi przez społeczeństwo maskach, rolach, stereotypach. Dziś dochodzą do nich gęby, jakie przywdziewamy w social mediach. Bo to, jaką rolę pełnimy w życiu, to jedno, ale to, jak kreujemy się publicznie, to zupełnie inna sprawa.
- Autentyczność przestała być bezrefleksyjnym stanem naturalnym, a stała się kontekstową rolą w „teatrze social mediów”. Konsument funkcjonuje dziś jak „cyfrowy nomada”, który przyjmuje różne persony w zależności od kanału – tłumaczy Agnieszka Parfianowicz i podaje konkretne przykłady:
- na LinkedInie przyjmujemy maskę profesjonalisty,
- na Pintereście przyjmujemy rolę estetki/poszukiwacza spokoju,
- na TikToku nakładamy maskę ekspresyjną i nastawioną na wyraziste trendy - głównie rozrywkowe.
Wynika to również z algorytmów. Na Instagramie i TikToku bardzo łatwo wpaść w wyrazistą, budzącą kontrowersje bańkę, która sprawia, że zaczynamy oceniać innych negatywnie. A jeszcze łatwiej wyrobić sobie zdanie o ludziach, których znamy. Bo patrząc na to, co pokazują w social mediach, mamy porównanie z tym, jak wygląda ich życie w rzeczywistości. Uznajemy ich zatem za fałszywych, zapominając jednocześnie o tym, że sami też pokazujemy w sieci tylko ułamek swojej rzeczywistości.
Idealnie źle, nieidealnie jeszcze gorzej
W dobie mediów społecznościowych trudno rozdzielić życie online od tego offline. Zapominamy, że kreacje i maski w internecie są czymś oczywistym. Sami robimy kilkanaście zdjęć, aby wybrać to najlepsze ujęcie, którym chcemy podzielić się z innymi. Dotyczy to również chwil z naszego życia. Nawet jeśli jeszcze wczoraj byłam pokłócona z mężem, to nie znaczy, że dziś nie mogę opublikować z nim zdjęcia. Czy to udawanie? Nie, ale ktoś, kto wie o naszej kłótni, bardzo łatwo może wydać taki osąd.
- Jeżeli influencerka wrzuca zdjęcie z partnerem i pisze „najlepszy mąż na świecie”, nie mam danych, żeby to zweryfikować. Jeśli robi to koleżanka, która dzień wcześniej przez godzinę opowiadała mi o potężnej awanturze w domu, automatycznie widzę rozbieżność między doświadczeniem offline i obrazem online. Dlatego paradoksalnie prywatnych znajomych możemy czasami oskarżać o „udawanie” szybciej niż influencerów. Tyle że nawet tutaj warto uważać. Fakt, że koleżanka pokłóciła się z mężem, nie oznacza przecież, że zdjęcie, na którym są szczęśliwi, jest fałszywe. Jednocześnie można kochać partnera i być na niego wściekłym. Można mieć fantastyczne wakacje i fatalny wtorek. Można odnieść zawodowy sukces i jednocześnie przeżywać kryzys. Problem zaczyna się wtedy, kiedy oczekujemy od internetowego obrazu człowieka takiej spójności, jakiej nie ma nawet prawdziwe życie – tłumaczy psycholożka Paulina Pietrzak. – Feed nie jest reprezentatywną próbką świata. Kiedy otwieramy aplikację i widzimy dwadzieścia pięknych mieszkań, pięć spektakularnych metamorfoz, trzy zaręczyny i kobietę, która o 5:30 rano zdążyła medytować, pobiegać, zrobić dzieciom naleśniki i prowadzić firmę, możemy mieć wrażenie, że właśnie obserwujemy społeczeństwo. Nie obserwujemy. Obserwujemy treści wybrane i uporządkowane przez system rekomendacji.
A nawet jeżeli wpadamy w bańkę „nieidealnego życia”, co dziś jest coraz popularniejsze, musimy zdawać sobie sprawę, że to również pewna forma kreacji. To my decydujemy, ile z tej nieidealności chcemy pokazać innym. Więc nawet jeżeli podzielę się ze światem informacją o kłótni z mężem, dla kogoś wciąż może być za mało. Bo ta osoba widzi głównie własne nieidealne życie i moje „idealne”, bo na Instagramie.
- Własne zachowania interpretujemy w kontekście własnych intencji. Mamy dostęp do tego, dlaczego coś zrobiliśmy, czego się baliśmy, jaki mieliśmy dzień. Do cudzych intencji nie mamy dostępu. Dlatego warto bardzo uważać na zdanie: „ja po prostu wybieram, co pokazuję, ale ona kreuje wizerunek”. Być może ona robi dokładnie to samo. W dodatku bardzo łatwo jest zbudować sobie pozycję „tego autentycznego” poprzez wskazywanie nieautentyczności innych – podkreśla psycholożka.
Selekcja to nie manipulacja
Wśród ludzi zawsze chcemy zaprezentować się jak najlepiej. Dlatego wybieramy ładny strój, po to robimy staranny makijaż i fryzurę. W CV pokazujemy tylko swoje superlatywy, a na spotkanie z przyjaciółmi przywdziewamy uśmiech numer jeden. Tak samo jest w social mediach. Na Instagramie pokazujemy uśmiechnięte zdjęcie z wakacji, a na LinkedInie chwalimy się osiągnięciami w pracy. Opublikowałabyś post o porażce? A może fotkę, jak jesteś zmęczona i bez makijażu? Nawet jeśli tak, to tylko taką, na której wyszłaś dobrze w swoim mniemaniu, prawda?
- Selekcja nie jest automatycznie manipulacją. Całe nasze życie społeczne polega na selekcjonowaniu informacji. Kiedy kolega w windzie pyta „co słychać?”, raczej nie odpowiadamy czterdziestominutową historią o małżeństwie, wynikach badań, problemach finansowych i konflikcie z matką. Wybieramy informacje adekwatne do sytuacji. W social mediach robimy dokładnie to samo – tłumaczy psycholożka.
Raport WPP pokazuje, że na co dzień pamiętamy o tym, gdy myślimy o własnych publikacjach, ale zapominamy, kiedy zaczynamy oceniać innych.
- Codziennie ćwiczymy podejrzliwość: „to reklama”, „udaje”, „na pewno poprawione”, „zrobiła to pod zasięgi”, „pewnie wcale nie są szczęśliwi”. Część tej ostrożności jest potrzebna. Krytyczne myślenie w internecie jest wręcz kompetencją ochronną. Tylko że krytyczne myślenie i cynizm to dwie różne rzeczy. Krytyczne myślenie mówi: „nie mam wystarczających informacji, żeby ocenić, czy to prawda”. Cynizm mówi: „na pewno kłamie”. Pierwsze pozostawia miejsce na niepewność. Drugie wypełnia brakujące informacje najgorszym możliwym wyjaśnieniem – podkreśla Paulina Pietrzak. – Większym zagrożeniem niż świadomość manipulacji w social mediach wydaje mi się sytuacja, w której zdrowy sceptycyzm zamienia się w przekonanie, że każdy człowiek coś udaje, sprzedaje albo próbuje nami manipulować. Bo bez podstawowego poziomu zaufania trudno zbudować jakąkolwiek bliską relację.
I tak oto staliśmy się pokoleniem cyfrowych hipokrytów, dostrzegających rzeczywistość wyłącznie przez pryzmat własnych doświadczeń. Aby to zmienić, warto przestać złościć się na innych za ich życie na Instagramie i zajrzeć pod ich maskę – wtedy odkryjemy, co znajduje się pod nią naprawdę.
Czytaj także:
- „Pokazujemy wszystko, ale coraz rzadziej siebie”. Relacje mają być ładne. Prawdziwe emocje? Do zwrotu
- „Jesteśmy uwięzieni w algorytmach i nie umiemy bez nich żyć”. Brak social mediów to wolność i ryzyko
- „Ozempikowe rozwody” to efekt. Pewność siebie to rzeczywistość



























