Zanim Ryan Gosling został Ryanem Goslingiem, był po prostu dzieciakiem z Kanady, z rodziny – co zabrzmi jak oksymoron – nowoczesnych mormonów. Matka pracowała zawodowo, nie ubierała dzieci w stroje wyjęte rodem z XIX wieku, a także (a dla tej historii być może przede wszystkim) wspierała zainteresowania i wybory swoich dzieci (których, wbrew stereotypom na temat mormonów, miała tylko dwójkę).
WIDEO…
Gosling wychował się z siostrą w Cornwall w Ontario, miasteczku zamieszkałym przez niespełna 50 tys. mieszkańców, słynącym z festiwalu żeberek i nadspodziewanie dobrych drużyn koszykówki żeńskiej (w latach 70. lokalny team zdobył nawet mistrzostwo kraju). Później zaś przeniósł się (wówczas już wyłącznie z siostrą i matką) – do Burlington.
Miasto nieco mniejsze od Torunia czy Rzeszowa nie wyróżniało się niczym szczególnym, ale dawało dostęp do szeregu zajęć dodatkowych. I tak właśnie Ryan zaczyna tańczyć. Jest dobry, ale szybko bardziej zaczynają interesować go liczne koleżanki z zespołu. To właśnie z ich powodu ląduje na lokalnym przesłuchaniu do amerykańskiego programu The Mickey Mouse Club, show dla młodej widowni łączącego skecze, taniec i śpiew.
Trafi tam wówczas szereg osób, które zrobią potem ogromną karierę w show-biznesie. Ryan pozna tam między innymi o rok młodszą od siebie Britney Spears, a także Christinę Aguilerę i Justina Timberlake’a. 12-letni Gosling, by zdobyć miejsce w programie musi pokonać 17 tys. innych chętnych (do programu nie uda się dostać wówczas takim późniejszym gwiazdom jak Matt Damon czy Jessica Simpson).
Choć dla chłopaka z prowincji i to jeszcze w Kanadzie będzie to ogromny sukces, po latach będzie wspominał, że na planie zrozumiał, że wcale nie jest aż taki zdolny – na tle cudownych dzieci z całych Stanów wypadał blado. Częściej występował w przebraniu chomika w tle cudzych piosenek, niż dostawał solowe numery. I być może to właśnie tamte doświadczenia popchnęły go w kierunku aktorstwa.
Ryan Gosling jest chyba jedynym aktorem swojego pokolenia, któremu udało się to, co kiedyś Bradowi Pittowi i Johnny’emu Deppowi: zostać obiektem powszechnej sympatii, a przy okazji nie zamknąć się ani w kinie komercyjnym, ani tak niszowym, że ledwo przyswajalnym dla masowego odbiorcy. Zaistniał w powszechnej świadomości w romansie “Pamiętnik”, na którym kobiety do dziś wypłakują sobie oczy.
Dostał nominację do Oscara za mały dramat o nauczycielu z problemem narkotykowym. W “Drive” był milczącym kierowcą w kurtce ze skorpionem, która stała się chyba bardziej kultowa niż sam film. Poza tym: jazzmanem w musicalu, facetem od kaskaderskich wygłupów, zagubionym mistrzem podrywu, Kenem, a ostatnio astronautą, któremu na ekranie partnerowała ożywiona potem cyfrowo kukła. To nie jest kariera chłopca z talent show dla dzieci, których rodzice cierpią na przerost ambicji. Prędzej człowieka, którego Hollywood kilka razy próbowało zaszufladkować, a on za każdym razem wracał zupełnie innymi drzwiami.
Ni to ptak, ni to Ryan
Tym bardziej że Gosling nie był typem aktora, o którym od razu wiadomo, że za chwilę będzie zdejmował okulary przeciwsłoneczne przy eksplozji albo ratował prezydenta, a dla rozluźnienia i dywersyfikacji bazy fanów zagra czasem amanta. Reżyser “Pamiętnika”, Nick Cassavetes, miał mu powiedzieć, że dał mu tę rolę dlatego, że nie miał cech aktora grającego głównego bohatera. Brzmi jak antywróżba na resztę kariery, ale być może właśnie to zadziałało.
Jeśli ktoś nie widział filmu, to historia miłości tak wielkiej, że można dostać stanu podgorączkowego. Bohaterowie całowali się w deszczu, pisali do siebie listy, a na domiar frazę “If you're a bird, I'm a bird”. Można się z tego śmiać (co niniejszym robię), ale Gosling potrafił zagrać romantycznego bohatera w ckliwym filmie bez tandety. W jego wersji wielka miłość była trochę uparta, trochę niedojrzała, trochę irytująca. Czyli bliżej życia niż większość scen.
Po zrobił zaś coś, czego wielu aktorów po takim sukcesie nie robi: skręcił w bok i to dość konkretnie. Wybrał rolę uzależnionego nauczyciela, który w dzień próbuje ratować swoich uczniów, a po pracy sam się rozpada. Miał 26 lat, a za tę rolę dostał pierwszą nominację do Oscara. Gdy część aktorów dopiero uczy się, jak wypadać naturalnie przed kamerą i wygląda wciąż za młodo na tego typu role, Gosling pokazał, że stać go na więcej niż mokrą scenę w romansidle.
Następna była “Miłość Larsa”, w której zagrał samotnego mężczyznę, który wchodzi w relację z lalką. Niemal 20 lat temu nikt nie wyobrażał sobie jeszcze budowania relacji romantycznych z AI, nie mówiło się też w mediach o tym, że w Azji jest to wcale nierzadki proceder. Trudno było też zaufać reżyserowi – choć dziś Craig Gillespie jest znany z obrazów takich jak “Ja, Tonya” z Margot Robbie czy “Cruelli” z Emmą Stone, wówczas był początkującym reżyserem, który na koncie miał zaledwie jeden film – komedię niskich lotów zatytułowaną “Facet od WF-u”. A tu nagle w jego niszowym, niskobudżetowym filmie zgodził się zagrać aktor z nominacją do Oscara i kasowym hitem na koncie.
Drive, drove, driven
Może i “Blue Valentine” wyglądało na samograja, ale nie można było tego powiedzieć o “Drive”, w którym Gosling mówi tak mało, że można uznać, że ktoś nie miał pomysłu na dialogi, albo oszczędzano na scenarzystach. Gosling po raz pierwszy gra niemal wyłącznie twarzą i to nie w komedii – do czego przyzwyczaił nas w ostatnich latach. Film niespodziewanie dostaje Złotą Palmę w Cannes i przypieczętowuje to, co z perspektywy 2026 roku jest już oczywiste – że oto mamy do czynienia z jednym z najciekawszych aktorów swojego pokolenia.
W tym momencie powinnam chyba zapewnić, że nie będę kontynuowała wyliczania kolejnych co ważniejszych z 35 produkcji, w których do końca tego roku będzie go można oglądać. Pominę Oscarowy “Lalaland” (i kolejną nominację dla Goslinga, po 10-letniej przerwie), political fiction spod znaku “Big Short” i “Id marcowych”, a także męskie kino dla męskich mężczyzn (“Bladerunner 2049” czy “Tylko Bóg wybacza”). Przewińmy do 2023 roku i roli Goslinga w filmie “Barbie”. Że jako Kena dodawać nie trzeba.
Podobnie, jak że wiadomo było, że będzie z tego hit. Mamy dobrą reżyserkę, nie tylko piękną, znaną, ale też cenioną przez krytyków Margot Robbie, która będąc po 30. wróciła w przewrotny sposób do typu roli (ładna i głupiutka), na jaką była skazana jako początkująca aktorka. Co do tego, czy film okazał się porażką, zdania są podzielone – mało kto spodziewał się natomiast, że to Gosling w plastikowym futrze i z idiotyczną fryzurą okaże się najjaśniejszą gwiazdą tego filmu.
Banałem byłoby napisać, że to “wymagało dystansu”. Wymagało przede wszystkim gotowości do ośmieszenia się bez puszczania oka, że jest się ponad tym i “tak tu tylko dla beki”. Greta Gerwig, reżyserka filmu, w wywiadzie dla amerykańskiego “GQ” mówiła coś bardzo podobnego – że Gosling nawet w roli, co do której komediowości nikt nie ma wątpliwości, nie staje obok swojej postaci, żeby ją obśmiać. Nie zagrał Kena jako aktor, który wie, że to głupek.
Ken plażowy
Przy okazji zamienił Kena, najbardziej zbędnego mężczyznę świata zabawek, w postać z emocjonalnymi problemem. Sam Gosling tłumaczył, że przez 60 lat “jego praca to beach” (red. trochę robienie z siebie dziw** – co jest częstym sloganem o showbiznesie, a trochę w nawiązaniu do byciu postacią z zestawu “Ken Plażowy”). To zdanie pasuje nie tylko do Kena ni łapiącego metapoziomu, ale być może nawet bardziej do Goslinga, który od lat łączy patos z absurdem tak, że nawet postać spod znaku “mistrz podrywu” ma więcej warstw, niż scenariusz zakładał. Można go wziąć na serio nawet w różowej scenografii.
To właśnie odróżnia go od wielu, jeśli nie większości aktorów. Niewiele starszy Leonardo DiCaprio na długo przed 50. został ikoną, ale i eksponatem w muzeum. Ryan Reynolds wciąż gra głównie wariacje na temat samego siebie. Bradley Cooper? Chciałby porzucić aktorstwo i zostać reżyserem od wielkich emocji, ale rzadko któremu aktorowi to się udaje. Gosling ma w sobie przekorę (zbyt często myloną z kapitalistyczną “elastycznością), która sprawia, że może być memem, amantem, aktorem z kina autorskiego i w każdej z tych funkcji wypada dobrze.
Nie bez znaczenia jest tu też to, że nie zrobił z własnej popularności reality show. Pojawia się, gdy promuje film, a potem znika. W rozmowach zdaje się szczery i jest zabawny, jak gdyby tym razem miał zostać do końca balu, ale koniec zawsze jest taki sam: pantofelek w dłoni. Łatwo byłoby posądzić kogoś takiego o cynizm i o to, że “gdzieś ma fanów” (czyż to nie na szacunku do nich Taylor Swift zbudowała przez lata swoją pozycję?).
Tymczasem Gosling w jednym z wywiadów mówił o tym, że de facto chodzi o innych – o to, żeby to oni coś poczuli, ale nie przez kontakt z nim jako z aktorem, ale z graną przez niego postacią. Trudno dostrzec tu jakikolwiek dualizm – coś wesołego i mainstreamowego dla kasy i zasięgów vs coś dla lepszego widza, z którym “ja osobiście” się utożsamiam. Gosling nie robi z widza intruza w dziele, nawet jeśli dzieło może go przerastać. Jednocześnie potrafi wejść w film komercyjny bez dawania do zrozumienia, że właśnie zaniża loty. Jego rola w czymś massmarketowym to dziś raczej znak, że “nie będzie lipy”.
Brad Pitt miał podobną właściwość: był tak ładny, że można było go nie docenić, a potem okazywało się, że ma instynkt do ról. Johnny Depp przed epoką procesów potrafił z kolei być idolem mas, nie tracąc swojej dziwnej, burtonowskiej strony. Był, ale i go nie było – dokładnie tak, jak Gosling dziś.
Magia miłości
Obu aktorów łączy coś jeszcze – trzymana połowicznie w tajemnicy (czyt. bez wspólnych okładek, wywiadów i ślubów sezonu) miłość. Vanessa Paradis, w czasach gdy zaczynała być z Johnnym Deppem, dla amerykańskiej widowni była bodajże jeszcze bardziej egzotyczna niż Eva Mendes (Kubanka urodzona i wychowana w Stanach). Przynajmniej etnicznie, bo nie ma chyba nic bardziej anty-Hollywoodzkiego niż starsza partnerka. Dla Deppa u szczytu kariery o dziewięć lat młodsza Paradis była “właściwie rówieśnicą”.
Eva Mendes, zaczynając spotykać się z Goslingiem, regularnie trafiała do zestawień najseksowniejszych kobiet świata, ale wygląd zewnętrzny najwyraźniej przestawał się liczyć, gdy było się o sześć lat starszą niż mężczyzna. W tym samym czasie liczył się ogromnie, bo nie dostawała ról innych niż “ładna latynoska”.
Mendes zrezygnowała z kariery nie tyle “dla męża i dzieci”, jak lubią to widzieć co bardziej prawicowe media, co po prostu z prostego rachunku, że lepiej być mamą na pełen etat, niż nie być z dziećmi na rzecz czegoś, czego się nie czuje. Córki pary mają dziś 11 i 9 lat, a oni zdają się wciąż być szczęśliwi. Nie bez przyczyny Ryan powiedział w kilku wywiadach, że swoją Barbie już ma.
W Hollywood pełnym aktorów, którzy chcą być brani na poważnie, albo pragną pisku tłumów i milionowych kontraktów, Gosling pozwalał sobie wyglądać trochę głupio, trochę smutno, a zazwyczaj nie do końca na miejscu. To znaczy już na miejscu, bo zdołał stworzyć kategorię sam dla siebie i okazało się, że ludzie kupują go bardziej niż jakiegokolwiek innego aktora z jego pokolenia.
Okazało się, że chłopiec, który przebrany za chomika robił za tło dla “zdolniejszych” kolegów, jest więcej niż Kenough.
Czytaj także:
- Wydała 13 albumów o niespełnionej miłości. Taylor Swift wyszła za mąż, kończąc historię z licznymi (ex)bohaterami
- Ich troje: Mandaryna, Wiśniewski i ty. Nasza reakcja na zejście się pary wiele o nas mówi
- Japonia no logo. Jak prostota stała się wyznacznikiem dobrego gustu



























