Na widok dzikiego grzyba w trawie przeciętny turysta czy mieszkaniec wielu zachodnioeuropejskich miast reaguje niepokojem, odciąga psa na bezpieczną odległość, omija znalezisko szerokim łukiem i nerwowo szuka w telefonie co to jest. Dla wielu Polaków ten sam brązowy kapelusz wyłaniający się z mchu to sygnał do natychmiastowej mobilizacji. Wstają skoro świt, zakładają najstarsze swetry i w chłodnej, porannej rosie ruszają do lasu. Liczy się to, kto pierwszy nazbiera kosz pełen najpiękniejszych borowików, podgrzybków czy kurek.
WIDEO…
To nie jest zwykłe zdobywanie jedzenia ani rutynowy spacer. To sport narodowy, w którym stawką jest satysfakcja z leśnych łupów i chwila prawdziwego spokoju.
Kobiety na grzybach
Zna to doskonale 40-letnia Justyna. Przez pięć dni w tygodniu funkcjonuje w sterylnym świecie warszawskiego wieżowca, żyje od deadline’u do deadline’u, pod dyktando maili przesyłanych z zagranicznych biur i nieustannych powiadomień. Jednak w sobotni poranek zdejmuje skrojoną na miarę garsonkę, zamienia szpilki na wypróbowane gumowce i z ulubionym wiklinowym koszem znika w gęstwinie podwarszawskich lasów.
- Niedawno próbowałam wytłumaczyć koledze z zespołu w Mediolanie, po co wstaję w weekend rano i pcham się w mokre krzaki - opowiada Justyna. - Patrzył na mnie z niedowierzaniem. On uwielbia risotto z borowikami w restauracji, ale sam do lasu by nie poszedł, we Włoszech kojarzy się to z załatwianiem imiennych pozwoleń, opłatami i pilnowaniem wyznaczonych dni. Nie potrafił pojąć, że u nas wstajesz, idziesz do lasu i po prostu szukasz. Dla mnie to jedyny moment w tygodniu, kiedy mózg przestaje analizować tabelki w Excelu, a włącza się czysta, dziecięca radość. Kiedy pośród mchu błyszczy brązowy kapelusz, czuję większy strzał dopaminy niż po zamknięciu trudnego projektu.
Od mykofobii do mykofilii
Naukowcy od dawna posługują się pojęciami mykofilii i mykofobii (wprowadzonymi do literatury przez Gordona i Valentinę Wassonów), opisując kulturowe różnice w stosunku do grzybów. Choć współcześni badacze podkreślają, że ludzkie postawy tworzą raczej ciągłe spektrum niż sztywny podział na dwa obozy, Polska bez wątpienia wyróżnia się na mapie świata wyjątkowo silną i żywą tradycją zbieractwa.
Ta relacja ma u nas długą historię. Znalazła nawet swoje miejsce w kanonie literatury, wystarczy przypomnieć słynny fragment z III księgi Pana Tadeusza, w którym grzybobraniu poświęcono niezwykle kunsztowny opis (choć warto pamiętać, że akcja poematu rozgrywa się na terenach dawnej Litwy historycznej). Od tamtych czasów po współczesne grupy w mediach społecznościowych, gdzie jesienią Polacy chętnie dzielą się zdjęciami zebranych okazów, leśne zbieractwo pozostaje ważnym elementem naszej tożsamości.
Swojskie lasy, europejskie zasady
Ten narodowy zwyczaj rozwija się również dzięki sprzyjającemu prawu. W Polsce, poza obszarami chronionymi, takimi jak parki narodowe czy rezerwaty, Lasy Państwowe są otwarte dla każdego, a zbieranie grzybów na własny użytek jest bezpłatne.
W innych częściach Europy kwestia ta wygląda zupełnie inaczej i bywa uregulowana w drobiazgowy sposób. We Włoszech zasady określają poszczególne regiony i prowincje autonomiczne, dlatego w zależności od miejsca zbieracze muszą wyrabiać imienne pozwolenia (tesserino), wnosić opłaty, a niekiedy nawet zdawać egzaminy mikologiczne lub przestrzegać ściśle wyznaczonych dni i limitów wagowych.
W Austrii ogólne przepisy leśne zezwalają na zbieranie na własny użytek, jednak obowiązuje ogólnokrajowy limit, zazwyczaj do 2 kg na osobę dziennie, a poszczególne landy dodają do tego własne obostrzenia czasowe i ilościowe.
Z kolei w Niemczech dopuszcza się pozyskiwanie niewielkich ilości na własne potrzeby, co w praktyce oznacza najczęściej orientacyjny limit 1–2 kg dziennie, choć ostateczne zasady dyktują lokalne przepisy ochrony przyrody oraz status konkretnych gatunków.
Wyjątkowo restrykcyjne bywają też zasady w Wielkiej Brytanii, mimo że ogólne prawo pozwala na zbieranie runa leśnego na własny użytek na większości terenów niechronionych, to poszczególne rezerwaty i kompleksy leśne wprowadzają własne, surowe regulaminy. Słynnym przykładem jest londyński Epping Forest, gdzie obowiązuje całkowity zakaz zabierania jakichkolwiek grzybów, a lokalne władze bezwzględnie egzekwują te przepisy.
W polskich lasach państwowych zasadniczo brak jest odgórnych limitów wagowych, co sprawia, że w porannej rosie, ze skrzywionym nożykiem w dłoni, prezes międzynarodowej korporacji i lokalny emeryt szukają borowików wedle tych samych zasad.
Lekcja od dziadka Mariana: żywy przekaz pokoleniowy
Dla Justyny, podobnie jak dla miliona innych zbieraczy w Polsce, leśne ścieżki to nie lekcja biologii wyczytana z podręcznika, lecz głęboka, międzypokoleniowa pamięć. W polskich domach wiedza o grzybach rzadko ma charakter akademicki. Przekazuje się ją bezgłośnie, w porannej mgiełce, pokazując palcem miejsca, w których pod ściółką skrywa się młody podgrzybek.
- Mnie wszystkiego nauczył dziadek Marian - wspomina Justyna - To on jako pierwszy prowadził mnie na leśne polany, gdy mgła jeszcze ścieliła się nad mchem. Powtarzał mi do znudzenia: ,,Prawdziwek wymaga cierpliwości, nie lubi hałasu ani pośpiechu.’’ Pokazał mi, jak czytać las, skąd nadciąga wilgoć, w jakim sąsiedztwie rosną borowiki, a gdzie szukać kurek po ciepłym deszczu. Nauczył mnie też szacunku do podłoża, pokazał, jak delikatnie ścinać lub wykręcać owocniki, żeby przetrwała grzybnia i żeby za rok można było wrócić w to samo miejsce. Żaden atlas, portal w internecie czy aplikacja w telefonie nie zastąpią tego głosu kogoś bliskiego, kto przez lata przekazywał Ci wiedzę o tym co kocha.
Ta żywa tradycja staje się rodzajem unikalnego, polskiego kapitału kulturowego. Dzieci wychowane w tej kulturze uczą się uważności, obserwacji przyrody i zaufania do własnych zmysłów w sposób naturalny i bezinteresowny.
Z lasu do wykwintnej kuchni
Dla Justyny powrót z lasu z koszem pełnym leśnych skarbów to zaledwie połowa sobotniego rytuału. Gdy kurz i leśny chłód ustępują miejsca domowemu ciepłu, druga część spektaklu przenosi się do jej jasnej, nowoczesnej kuchni. Obieranie, czyszczenie i sortowanie grzybów, czynność, która dla laika mogłaby wydawać się uciążliwą pańszczyzną, dla niej stanowi najbardziej relaksujące zwieńczenie dnia.
Mimo że na co dzień mieszka w stolicy i chętnie odwiedza wykwintne restauracje, uważa, że nic nie dorównuje aromatowi świeżo zebranego borowika trafiającego na gorącą patelnię. Zamiast poprzestawać na klasycznym smażeniu z cebulą, Justyna wykorzystuje swoje leśne łupy jako pretekst do kulinarnych poszukiwań i tworzenia wspólnoty wokół stołu.
- Nienawidzę nudy w gotowaniu, a świeży, jędrny grzyb wyciągnięty prosto z pachnącego igłowia daje niemal nieograniczone możliwości - opowiada z ożywieniem Justyna. - W niedzielne wieczory wyprawiam małe uczty dla przyjaciół. Serwuję im ręcznie robione fettuccine ze świeżymi rydzami podlanymi odrobiną białego wina i palonego masła, zapiekam młode podgrzybki z czosnkiem, gałązką świeżego rozmarynu i morską solą albo przygotowuję jedwabiste, kremowe risotto z borowikami. A najładniejsze, zdrowe okazy kroję w cienkie plastry i układam na suszarce. Mój dom przez parę dni pachnie wtedy leśną głębią, a ten zapach w grudniu daje podwaliny pod najbardziej tradycyjny, wigilijny barszcz i uszka. To dla mnie bezcenna kulinarna ciągłość.
Szum lasu kontra szum informacyjny
Polska miłość do zbierania grzybów okazuje się czymś znacznie głębszym niż tylko pasją kulinarną czy sposobem na spędzenie wolnego popołudnia. W świecie przebodźcowanym, gdzie wszyscy płacimy fortunę za poradniki uważności, komercyjne aplikacje do medytacji i drogie turnusy detoksu cyfrowego, Polak odnajduje absolutny stan wewnętrznej równowagi w naszym polskim lesie.
Wyprawa na grzyby wymusza na nas coś, o co tak trudno w codziennym biegu, obecność w tu i teraz. W lesie nie da się szukać borowików, odpisując na maile. Oczy muszą błądzić po poszyciu, a nogi dopasowywać rytm do nierówności terenu. To najprostsza, darmowa forma naturoterapii, w której telefon służy co najwyżej jako kompas lub aparat do uwiecznienia szczególnie udanego znaleziska.
Podczas gdy mieszkańcy wielu zachodnich metropolii potrzebują komercyjnych przewodników, płatnych aplikacji i precyzyjnych map, by bez poczucia zagrożenia przekroczyć granicę lasu, Polakowi wystarczy wiklinowy kosz, nożyk w kieszeni, para wygodnych butów i chłodny powiew porannego powietrza. Gdy w ciszy wyłania się błyszczący od deszczu, idealny kapelusz borowika, cały skomplikowany świat ze swoimi targetami, deadline’ami i zaległymi odpowiedziami po prostu na parę godzin przestaje istnieć.
Czytaj także:
- Brak czasu na urlop? Kąpiele leśne to darmowy reset i relaks
- Głód ciszy. O tym, jak musisz zniknąć, żeby poczuć, że żyjesz
- Jak rozpoznać dobrą wełnę? Prawda o metkach i jakości



























