Diana kupiła ją od greckiej projektantki Christiny Stambolian, kiedy jeszcze była żoną Karola, a rozwód wisiał w powietrzu. Czekała z nią trzy lata. 29 czerwca 1994 roku, w tym samym czasie, kiedy w telewizji emitowano wywiad, w którym Karol przyznał się do zdrady, Diana wybrała właśnie tę czerń, obcisłą, z odkrytymi ramionami, i pojawiła się w niej na przyjęciu w Serpentine Gallery. Stambolian po latach opowiadała, że Diana mogła zagrać tę scenę jak Odetta w „Jeziorze łabędzim” - niewinna, biała, poszkodowana. Wybrała rolę Odylii. Czarnego łabędzia. Kobiety, która wie, co robi.
WIDEO…

Prasa nazwała kreację natychmiast suknią zemsty, i to określenie jest dziś znane szerzej niż nazwisko samej projektantki. Diana miała tę sukienkę od dawna, znała jej moc, i wybrała chwilę, w której ta moc miała największe znaczenie. To był gest wściekłości, z którym czekała aż trzy lata. W 1997 roku, kilka miesięcy przed śmiercią, Diana sama wystawiła ja zresztą na aukcję razem z siedemdziesięcioma ośmioma innymi swoimi sukniami, a dochód przekazała na cele charytatywne. Kupiło ją małżeństwo ze Szkocji za sumę, która dziś brzmi jak drobne - mniej niż siedemdziesiąt tysięcy dolarów. Teraz, prawie trzydzieści lat później, ta sama sukienka wraca do obiegu z ceną kilkukrotnie wyższą, a część zysku zostanie przekazana na rzecz szpitala psychiatrycznego w Edynburgu.
Dlaczego ten konkretny kawałek czarnego szyfonu z każdym kolejnym powrotem na rynek jest droższy, mimo że nic w nim nie się zmieniło od 1994 roku? Ani krój, ani materiał, ani to, ile Diana czuła tamtego wieczoru? To bardzo proste i mało romantyczne. Złoto też nie jest cenne, bo jest ładne. Jest cenne, bo ludzie od tysiącleci zgodzili się, że będą je sobie wymieniać po coraz wyższych cenach, bo istnieje jego ograniczona ilość, i ta zgoda się utrwaliła. Mieszkanie w dobrej okolicy nie jest droższe, bo cegły są lepszej jakości, tylko dlatego, że sąsiedzi sprzedali swoje mieszkania odpowiednio wysoko, a każda następna transakcja podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej.
Sukienka Diany, która ma za sobą pierwszą sprzedaż, znane pochodzenie, właścicielkę, rozpoznawalną nazwę. To wystarczy, żeby na rynku stała się czymś, co kolekcjonerzy nazywają "aktywem alternatywnym". Mechanizm jest ten sam, co przy winach, klasycznych samochodach czy dziełach sztuki: coś, co nie ma bezpośredniego związku z giełdą, zyskuje wartość właśnie dlatego, że kupujący wiedzą, że nie będzie tracić na wartości.
Suknię, w której Marilyn Monroe zaśpiewała „Happy Birthday” prezydentowi Kennedy’emu w 1962 roku - obszytą tysiącami kryształków, tak obcisłą, że trzeba było ją zaszyć na niej prosto przed wyjściem na scenę - kupił w 1999 roku Martin Zweig, zarządzający funduszem milioner, za ponad milion dolarów. Nie kryjąc się z tym, że kupuje ją jako inwestycję. Trzymał ją zamontowaną na manekinie w gablocie z kontrolowaną temperaturą, tak jak inni trzymają obraz w skarbcu. W 2016 roku, już po jego śmierci, ta sama sukienka sprzedała się za prawie pięć milionów dolarów. Zweig miał rację co do mechanizmu. Uczucia - gniew, ból, chwile bezbronności - zaczęły funkcjonować na rynku dokładnie tak, jak funkcjonuje wszystko, co rzadkie i niepowtarzalne. Cena nie rośnie, bo ktoś wreszcie odczuwa więcej empatii wobec zmarłej gwiazdy. Rośnie, bo istnieje coraz dłuższa lista ludzi gotowych zapłacić więcej niż poprzedni właściciel, a każda kolejna transakcja staje się argumentem dla następnej.

Nie każde ubranie naładowane emocjami trafia jednak na ten rynek. Różowy kostium, w którym Jackie Kennedy miała na sobie dniu zamachu na jej męża, wciąż poplamiony jego krwią, nigdy nie trafił do żadnego katalogu aukcyjnego. Trafił do archiwum, gdzie leży od lat sześćdziesiątych, a rodzina formalnie zabroniła jego publicznego pokazania przed rokiem 2103. To przedmiot, który świadomie "wyjęto z gry", żeby zatrzymać go poza logiką kupna i sprzedaży na zawsze.
Mamy jeszcze sukienkę, którą Monica Lewinsky przekazała śledczym w 1998 roku, ze śladem, w którym laboratorium znalazło DNA prezydenta Clintona. Trudno wskazać ubranie, które w tamtej dekadzie zajmowało więcej miejsca w prasie na całym świecie. A jednak nigdy nie stało się niczym więcej niż dowodem - po zakończeniu analiz po prostu wróciło do właścicielki i zniknęło z życia publicznego. Rozpoznawalność i cena, jak się okazuje, to dwa zupełnie różne języki. Można być najsłynniejszą sukienką dekady i nie wygenerować żadnej wartości rynkowej.
Kobiece emocje utrwalone w tkaninie zachowują się na rynku podobnie jak złoto: rzadkie, trudne do szybkiej odsprzedaży, ale prawie zawsze warte więcej z każdym rokiem. Tak działa rynek emocjonalnych aktywów - miejsce, w którym towarem nie jest metal czy ziemia, tylko udokumentowany, dobrze zapamiętany moment gniewu, bólu albo buntu. Ciekawsze pytanie niż to, kto kupi suknię Diany w grudniu, brzmi więc inaczej: ile jeszcze podobnych sukienek czeka teraz w czyichś szafach na moment, w którym ktoś zdecyduje się je wypuścić na sprzedaż.
Czytaj więcej:
4 zachowania, które niszczą związek. Psychologowie ostrzegają przed "czterema jeźdźcami Apokalipsy"



























