Miłość, kamery i brak wspólnego scenariusza. Czego dowiódł podcast Chajzerów?

Miał to być triumf miłości nad uprzedzeniami. Zaledwie trzy dni po cichym, owianym tajemnicą ślubie, Filip Chajzer wytoczył najcięższe medialne działo: wspólny, godzinny podcast z nową żoną. Cel był aż nadto czytelny. Nagranie miało uciszyć krytyków, zneutralizować złośliwości i pokazać światu, że za kontrowersjami wokół ich związku kryje się naturalna, szczera relacja dwojga kochających się ludzi. Zamiar był iście hollywoodzki. Tymczasem wspólny podcast przypominał raczej casting, na którym aktorzy dostali do przeczytania zupełnie inne scenariusze.

WIDEO

player placeholder

W ciągu kilkunastu godzin od publikacji pod filmem pojawiło się ponad dwa tysiące komentarzy. Większość z nich nie dotyczyła samej różnicy wieku. Uwagę widzów, ze wstrząsającą wręcz precyzją, przykuł narastający z każdą minutą dysonans poznawczy.

Kto tu kogo poznał

Najsłabszym ogniwem każdej wykreowanej na potrzeby mediów opowieści jest brak konsekwencji. W przypadku państwa Chajzerów narracja pęka w najbardziej fundamentalnym miejscu - w historii ich pierwszego spotkania. Podczas podcastu z ust Bianki pada urocze w swoim zamyśle wyznanie: w ogóle nie wiedziała, kim jest znany prezenter. „Myślałam, że jesteś doktorem” - rzuca do męża.

Zobacz także:

Może i mógłby być to początek dobrej komedii romantycznej, dopóki nie zestawimy tego z dwiema innymi wersjami, które Filip Chajzer zdążył już sprzedać w mediach. Jeszcze niedawno, w rozmowie z reporterem portalu Kozaczek, z pełną powagą opowiadał: „Poznałem moją dziewczynę, kiedy nagrywałem mój pierwszy podcast. Ona jest producentką podcastów”. Zostawmy na chwilę z boku absurdalność sytuacji, w której 19-letnia dziewczyna jest przedstawiana jako doświadczona producentka branży audio. Zderzmy to z wersją numer trzy, wygłoszoną u Małgorzaty Rozenek, gdzie prezenter opowiadał o tym, jak to początkowo nie zapytał o wiek wybranki, a gdy prawda wyszła na jaw, musiał „nerwowo ratować sytuację”.

Trzy różne media i trzy wzajemnie wykluczające się historie poznania. To kryzys tożsamości związku, w którym partnerzy nie potrafią spójnie opowiedzieć własnego początku.

Milczenie bliskich

Ten narracyjny rozjazd jest jednak tylko echem znacznie głośniejszych sygnałów ostrzegawczych. W maju tego roku, podczas spotkania autorskiego Chajzera, doszło do sceny rodem z dramatu obyczajowego. Matka Bianki wzięła mikrofon i publicznie oświadczyła, że prezenter namówił jej córkę na wspólne mieszkanie zaledwie po kilku tygodniach znajomości, jednocześnie ograniczając jej kontakt z rodziną.Dramatyczny apel matki położył się zresztą cieniem na ceremonię ślubną. W tym podobno najważniejszym dniu w życiu młodej dziewczyny zabrakło jej matki i babci. Znamienna była również nieobecność ośmioletniego syna Filipa Chajzera. O tym fakcie opinia publiczna dowiedziała się z przewrotnego, pełnego gorzkiej ironii wpisu jego byłej partnerki, Małgorzaty Walczak, która na Instagramie cieszyła się z „wolnego weekendu matki małego sportowca”. Ślub, na którym brakuje najbliższych członków rodziny z obu stron, przestaje wyglądać jak romantyczna ucieczka we dwoje. Zaczyna przypominać ucieczkę od rzeczywistości.

Prywatność jako waluta

W całej tej układance uderza jeszcze jeden element - hipokryzja w zarządzaniu wizerunkiem. Przez miesiące Filip Chajzer kreował się na obrońcę prywatności swojej partnerki. Zasłaniał jej twarz emotikonami, unikał fleszy, wzniośle deklarował, że chce ją chronić przed drapieżnym światem show-biznesu i medialną nagonką.

Ta żarliwa potrzeba ochrony wyparowała dokładnie trzy dni po ceremonii ślubnej. Profil na Instagramie został odblokowany, twarz ujawniona, a świeżo upieczona żona zadebiutowała jako pełnoprawna uczestniczka godzinnego show na YouTube. Trudno o bardziej wyrazisty dowód na to, że w świecie nowoczesnych mediów deklaracje o „chronieniu prywatności” są jedynie zasłoną dymną. Prywatność jest święta dokładnie do momentu, w którym uznajemy, że można ją spieniężyć, zamienić na zasięgi i ogłosić jako „nowy wspólny projekt zawodowy”.

Obcy ludzie z obrączkami

„Dzięki tym podcastom przynajmniej lepiej się poznają” - napisał jeden z internautów w sekcji komentarzy. W tym cynicznym żarcie kryje się najbardziej bolesna diagnoza tego przedsięwzięcia.

Podcast Chajzerów miał udowodnić światu wielką, ponadczasową miłość. Dowiódł jednak czegoś zupełnie odwrotnego. Różnica wieku, która od początku elektryzowała opinię publiczną, okazała się zaledwie zasłoną dymną dla znacznie poważniejszego problemu. Przed kamerami usiadło dwoje ludzi, którzy noszą już obrączki, ale zdają się nie znać elementarnych faktów z własnego, wspólnego życia. I to właśnie ta pustka - fasadowość relacji, w której gubi się prawda o pierwszym spotkaniu, a braki w biografii tuszuje się pospieszną kreacją - jest zjawiskiem dalece bardziej niepokojącym niż liczba lat w dowodzie osobistym. W dążeniu do ocieplenia wizerunku, udowodnili jedynie, że są dla siebie niemal obcymi ludźmi.