Zaczęłam oglądać "Girls of Warsaw" trochę z zawodowej ciekawości, trochę dla rozrywki. I przepadłam. Patrzyłam na ogromne mieszkanie na Złotej 44, ubrania, samochody, restauracje, podróże i ten przedziwny rodzaj życia, w którym najwyraźniej zawsze jest czas, żeby pięknie wyglądać. Nikt nie siedzi w korku z siatką zakupów z Biedronki, zastanawiając się, czy w domu jest jeszcze papier toaletowy. Luksus, spokój, pieniądze. Dużo pieniędzy. I pomyślałam: ja też tak chcę.

WIDEO…

player placeholder

Naprawdę! Nie było żadnego oświecenia, pogardliwego prychnięcia ani refleksji dojrzałej kobiety, która już wie, co w życiu ważne. Było raczej: kurczę, ale fajnie. Co trzeba zrobić, żeby mieć aż tyle pieniędzy?

Zaczęłam nawet wpisywać do ChatGPT pytania o to, co mogłabym zrobić, czego jeszcze nie ma w Polsce, jaki biznes wymyślić, jak wykorzystać to, co już umiem, swoje doświadczenie i rozpoznawalność, żeby zarabiać naprawdę dużo. Przez moment byłam absolutnie gotowa zostać milionerką. Brakowało mi tylko pomysłu, miliona i prawdopodobnie kilku cech charakteru.

Zobacz także:

A potem złapałam się na czymś absurdalnym. Przecież ja nawet nie chcę mieszkania na Złotej 44.

Jak szybko zaczynamy chcieć więcej

Najciekawsze w tym wszystkim było dla mnie to, jak prawdziwa była moja pierwsza reakcja. Ten świat jest atrakcyjny. Ma być atrakcyjny. Jest świetnie oświetlony, pięknie ubrany i bardzo dobrze sfotografowany. Patrzysz i przez moment wydaje ci się, że jeśli tylko będziesz wystarczająco pracowita, sprytna, przedsiębiorcza i odważna, możesz dostać cały pakiet: pieniądze, wolność, piękne mieszkanie, wakacje, ubrania, czas i życie bez zwyczajnych problemów.

Nie zamierzam udawać, że jestem na to odporna. Nie jestem. Tylko że chwilę później przypomniałam sobie własne życie.

Mam 45 lat. Od dwudziestu pracuję w mediach. Jestem zapraszana na część tych eventów, które oglądane z zewnątrz mogą wydawać się wejściem do jakiegoś niedostępnego świata. Mam stanowisko, na które długo pracowałam, podróżuję, stać mnie dziś na rzeczy, o których dwudziestopięcioletnia ja bałaby się nawet marzyć. I bardzo możliwe, że gdyby tamta dziewczyna zobaczyła moje obecne życie, pomyślałaby: "Udało się".

Tylko że dzisiejsza ja coraz częściej zastanawia się nad czymś zupełnie innym. Nie jak wejść jeszcze wyżej, ale jak chcę przeżyć to, co zostało.

Złota 44 czy podłoga w szpitalu?

Od jakiegoś czasu mam w głowie myśl, która brzmi idiotycznie, kiedy wypowiadam ją na głos. Gdybym miała wybierać między kolejnym wieczorem na evencie a pracą w miejscu, w którym rzeczywiście mogłabym komuś pomóc, wybrałabym to drugie. Czasami myślę nawet, że więcej sensu znalazłabym, myjąc podłogę na oddziale szpitalnym, niż stojąc trzy godziny z kieliszkiem w ręku w miejscu, w którym właściwie jedynym zadaniem jest być.

Już słyszę Wasze głosy: "To idź i myj". Do tego jeszcze wrócę.

Nie chodzi mi bowiem o to, że praca fizyczna jest moralnie lepsza od pracy w mediach ani że ludzie chodzący na eventy prowadzą puste życie. Sama na nie chodzę. Nie mam również zamiaru robić z mopowania szpitalnej podłogi romantycznej opowieści o odnalezieniu siebie. Kto naprawdę wykonuje ciężką, źle wynagradzaną pracę, miałby pełne prawo rzucić we mnie tym mopem.

Chodzi o coś innego. O poczucie przydatności. O ten rodzaj zmęczenia wieczorem, przy którym wiesz, po co rano wstałaś. Coraz bardziej go potrzebuję.

Łatwo mówić, że pieniądze nie są najważniejsze, kiedy się je ma

I tu dochodzimy do miejsca, w którym ten tekst bardzo łatwo mógłby stać się nieznośny. Kobieta z dobrą pracą, która lubi podróżować, kupuje sobie ładne rzeczy i nie musi wybierać między rachunkiem za prąd a dentystą, będzie teraz tłumaczyła innym, że pieniądze szczęścia nie dają.

Nie.

Pieniądze są ważne. Bardzo ważne. Brak pieniędzy potrafi odebrać bezpieczeństwo, zdrowie, sen i możliwość wyboru. Pieniądze pozwalają odejść ze złej pracy albo złego związku. Dają dostęp do leczenia, edukacji, odpoczynku. Pozwalają pomóc dzieciom. I nie ma nic szczególnie szlachetnego w martwieniu się dwudziestego dnia miesiąca, czy wystarczy do pierwszego.

Ja też nie chcę być biedna. Lubię wygodę, podróże i dobre restauracje. Nadal potrafię zachwycić się absurdalnie drogą torebką i wcale nie obiecuję, że już nigdy żadnej nie kupię.

Tylko coraz częściej zastanawiam się nad czymś innym: "Ile pieniędzy jest 'wystarczająco'?". Co robimy ze swoim życiem, kiedy już nie walczymy tylko o bezpieczeństwo, a zaczynamy walczyć o kolejne "więcej"? I ile jesteśmy gotowi za to zapłacić czymś, czego na żadnym koncie nie da się później odtworzyć?

Śmierć jest brutalnym audytorem

Myślę, że wiele zmieniła we mnie śmierć rodziców. Nie od razu. Takie rzeczy chyba rzadko działają jak filmowe olśnienie. Raczej powoli przesuwają meble w głowie i któregoś dnia orientujesz się, że mieszkasz już w trochę innym wnętrzu.

Moja mama, kiedy umierała, powiedziała mi, że właściwie nie miała swojego życia.

Nie chcę opowiadać jej historii za nią, ale tego jednego zdania nie potrafię zapomnieć.

Bo można przeżyć kilkadziesiąt lat. Wychować dzieci. Pracować. Robić zakupy. Sprzątać. Organizować święta. Martwić się o wszystkich. Wypełniać obowiązki i robić dokładnie to, czego w danym momencie życie od nas wymaga. Można być dobrą matką, żoną, pracownicą, córką. A potem spojrzeć wstecz i pomyśleć: "A gdzie w tym wszystkim byłam ja?".

Śmierć ma tę paskudną właściwość, że bez pytania zdejmuje z życia dekoracje. Stanowisko przestaje robić aż takie wrażenie. Podobnie samochód, liczba obserwujących i fakt, że ktoś zna twoje nazwisko przy wejściu na imprezę. Zostaje znacznie bardziej niewygodne pytanie: "Czy ja właściwie żyję tak, jak chcę?".

"Można być bardzo biednym, mając bardzo dużo pieniędzy"

Jakiś czas temu rozmawiałam w podcaście "Mamy to!" z Julią Izmałkową znaną jako Psychomama Julia, autorką "Rich Mind". Powiedziała wtedy zdanie, które zapamiętałam: "Można być bardzo biednym, mając bardzo dużo pieniędzy".

Rozmawiałyśmy o bogactwie rozumianym znacznie szerzej niż stan konta, o czasie, wolności, relacjach i możliwości decydowania o swoim życiu.

Zapamiętałam też inną, pozornie drobną historię. Julia opowiadała o rozmowie, w której powiedziała komuś coś w rodzaju: "Pewnie jesteś bardzo zajęty". Usłyszała odpowiedź: "Nie. Ja mam czas".

Im jestem starsza, tym bardziej luksusowo brzmią dla mnie te trzy słowa: "ja mam czas".

Można przecież mieć ogromne mieszkanie i prawie w nim nie być. Można mieć szafę pełną ubrań i każdego ranka biec. Można dostać awans i w niedzielę od południa czuć niepokój na myśl o poniedziałku. Można zarabiać coraz więcej i odkryć, że każda kolejna podwyżka kosztuje coś, czego nie da się już za te pieniądze odkupić.

Czas.

Być może właśnie zmienia mi się definicja bogactwa

Nie wiem jeszcze, jak chcę, żeby wyglądała następna część mojego życia. Jestem w momencie, w którym dużo o tym myślę.

Wiem natomiast, że coraz mniej interesuje mnie życie, które robi wrażenie na innych, a coraz bardziej takie, które ma znaczenie dla mnie. Chciałabym pracować z kobietami, prowadzić warsztaty, pisać rzeczy, po których ktoś zatrzyma się na chwilę. Pomagać. Mieć poczucie, że moja wiedza i doświadczenie rzeczywiście komuś się przydają.

Chciałabym też mieć czas - dla dzieci, dla ludzi, których kocham, na książkę, na spacer z Kluską, na kawę wypitą bez zerkania co trzy minuty na telefon, na głupie nicnierobienie bez poczucia, że właśnie marnuję swój potencjał. I tak, nadal chcę mieć pieniądze. Tylko coraz mniej chcę oddawać za nie życie. To chyba największa zmiana.

No dobrze. To dlaczego jutro nie idę myć tej podłogi?

To pytanie należy zadać, zanim zrobi to ktoś w komentarzu. Skoro praca w szpitalu miałaby dać mi więcej poczucia sensu, dlaczego jutro rano nie zgłoszę się do najbliższego oddziału z mopem?

Bo zmiana życia nie wygląda jak rolka na Instagramie. Nie budzimy się któregoś ranka oświeceni, rzucamy wszystkiego i jedziemy do domku w lesie, gdzie o 17.00 siedzimy już w lnianej sukience, pijąc napar z czegoś, co sami zerwaliśmy.

Mamy dzieci, zobowiązania, rachunki, ludzi, za których odpowiadamy. Mamy lęk przed zmianą i całkiem sporo przyjemności związanych z życiem, które tak łatwo deklarujemy, że chcemy zostawić.

Ja również je mam. Dlatego nie wiem jeszcze, co zrobię. Jestem po prostu w momencie życia, w którym po raz pierwszy od dawna zamiast pytać siebie: "Co jeszcze mogę osiągnąć?", coraz częściej pytam: "Po co chcę to osiągnąć?". Ta drobna zmiana jednego pytania robi ogromną różnicę.

Najpierw chciałam Złotej 44. Potem przypomniałam sobie, czego naprawdę chcę

Najbardziej rozbawiło mnie ostatecznie to, jak niewiele trzeba było, żebym o tym wszystkim na moment zapomniała. Kilka odcinków programu, piękne wnętrza, piękne kobiety, duże pieniądze i obietnica życia, w którym wszystko wydaje się łatwiejsze. I już siedziałam przed ekranem, pytając sztuczną inteligencję, jak zostać bardzo bogatą.

Może to mówi o nas więcej, niż chcielibyśmy przyznać. Możemy naprawdę dobrze wiedzieć, co jest dla nas ważne, a potem zobaczyć czyjeś życie i przez piętnaście minut zapragnąć go dla siebie.

Nie mam nic przeciwko Złotej 44. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy chcą tam mieszkać. Nie mam nawet nic przeciwko sobie, że przez moment też chciałam.

Tylko dobrze, że po chwili przypomniałam sobie o słowach mamy. O tym, że można przeżyć życie, nie mając własnego. I o tym, że mam już 45 lat. Jeśli mam jeszcze coś budować, chciałabym przynajmniej wiedzieć po co.

Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała druga połowa mojego życia. Wiem tylko, że coraz mniej zależy mi na tym, żeby dobrze wyglądała z zewnątrz.

Złotą 44 zostawiam innym. A jeśli kiedyś naprawdę zobaczycie mnie z mopem na szpitalnym korytarzu, nie pytajcie, co poszło nie tak.

Być może właśnie wtedy wszystko pójdzie dobrze.