Co roku latem robimy to samo. Przeglądamy kosmetyczki, z niesmakiem odrzucając wszystko, co przypomina tablicę Mendelejewa. Jesteśmy dumnymi konsumentkami nurtu „clean beauty”. Wierzymy, że to, co pochodzi wprost z natury, jest z definicji łagodne i stworzone po to, by nam służyć. Tymczasem, gdy wychodzimy na ostre, lipcowe słońce, wszystko się zmienia. Okazuje się, że w zderzeniu z promieniowaniem UV, nasze ukochane, w stu procentach naturalne olejki i ziołowe napary potrafią zamienić się w bezlitosnych wrogów. Z kolei to, czym tak bardzo straszą nas internetowi „eksperci od ekologii” – czyli sterylnie opracowany w laboratorium, syntetyczny skład – bywa jedynym gwarantem naszego bezpieczeństwa.

WIDEO

player placeholder

Iluzja zielonego listka

Dlaczego tak bardzo boimy się chemii, a tak bezkrytycznie ufamy naturze? Paradoks polega na tym, że dzielimy świat na „dobry naturalny” i „zły sztuczny”, zapominając o absolutnych podstawach.

– Przede wszystkim warto pamiętać, że wszystko jest chemią: zarówno woda, witamina C, olejek lawendowy, jak i składnik opracowany w laboratorium – wyjaśnia dr Sylwia Bogdan, chemiczka i autorka popularnego na Instagramie profilu @chemiazdrowa. Ekspertka nie ma złudzeń, że wpadłyśmy w pułapkę własnych, dobrych chęci. – Natura produkuje tysiące bardzo aktywnych biologicznie związków: od toksyn grzybów, przez jad zwierząt, aż po substancje zwiększające wrażliwość skóry na promieniowanie UV. W przypadku składników opracowanych laboratoryjnie wiemy dokładnie, jaki mają skład, stężenie, jak zachowują się pod wpływem światła, jakie mają działania niepożądane oraz w jakich warunkach są bezpieczne – dodaje.

Zobacz także:

Tymczasem surowce naturalne to fascynujący, ale niezwykle trudny do okiełznania żywioł. Zwykły, ukochany przez nas olejek eteryczny to mieszanina nawet setek lub tysięcy różnych związków chemicznych. Jego ostateczny kształt zależy od kaprysów pogody, miejsca uprawy czy metody destylacji. Z naukowego punktu widzenia to loteria, w której nagrodą bywa piękny zapach, a karą – silna alergia.

Kropla słońca, która parzy

Wyobraźmy sobie typowy, wakacyjny poranek. Smarujemy ciało cudownym, naturalnym olejkiem eterycznym z bergamotki, wypijamy modny napar z dziurawca na trawienie i idziemy na plażę. Czysto chemicznie, właśnie przygotowałyśmy naszej skórze prawdziwą katastrofę.

– Niektóre olejki, zwłaszcza te pozyskiwane z cytrusów: bergamotowego, limonkowego czy gorzkiej pomarańczy, zawierają związki z grupy furanokumaryn – tłumaczy dr Bogdan. – Pod wpływem promieniowania UVA mogą one wywoływać reakcję fototoksyczną. To nie jest klasyczna alergia. Dochodzi do aktywacji tych cząsteczek przez światło, a następnie do uszkadzania komórek skóry.

Efekt? Zaczerwienienie, dotkliwe pieczenie, a nierzadko bolesne pęcherze, po których zostają przebarwienia utrzymujące się miesiącami. Wyciągi działają na słońce jak mikroskopijne lupy. Lista roślinnych „czerwonych flag” przed wyjściem na plażę jest dłuższa. Znajdziemy na niej wspomniany dziurawiec (który pity doustnie uwrażliwia na słońce cały organizm!), arcydzięgiel, seler, pasternak, a także barszcze.

Starcie w aptece: matka kontra natura

Nasze uwielbienie dla natury osiąga apogeum, gdy chcemy chronić dzieci. Mam stojąca w aptece przed półką z repelentami w jednej ręce trzyma spray na kleszcze z DEET lub ikarydyną, w drugiej – drogą, „w 100% naturalną” mieszankę olejków odstraszających owady. Intuicja podpowiada jej to drugie. Twarda nauka mówi jednak coś zupełnie innego.

– Tutaj najważniejsze jest porównanie poziomu wiedzy, a nie pochodzenia substancji – zauważa dr Sylwia Bogdan. – DEET i ikarydyna należą do najlepiej przebadanych repelentów na świecie. Wiemy, jak działają, jaka dawka jest skuteczna, jak długo chronią i kiedy można je stosować u dzieci.

Naturalne mieszanki mogą odstraszyć komary, ale ich działanie jest ulotne i trudne do przewidzenia. Kiedy stawką jest ochrona przed kleszczowym zapaleniem mózgu czy boreliozą, nie ma miejsca na romantyzowanie natury. Stężony olejek może dodatkowo zadziałać fototoksycznie w słońcu. W tym konkretnym starciu laboratoryjna precyzja zdecydowanie wygrywa.

Trudne słowa, które chronią Twoją skórę

Strach przed czytaniem składów INCI na kosmetykach przypomina lęk przed ciemnością – boimy się tego, czego nie rozumiemy. Kiedy na opakowaniu kremu SPF widzimy słowo Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, instynktownie chcemy odłożyć go na półkę. I popełniamy ogromny błąd.

– Sam fakt, że nazwa jest długa i trudna do wymówienia, absolutnie nie oznacza, że składnik jest niebezpieczny – uspokaja chemiczka. Jak zauważa ekspertka, to właśnie te „strasznie brzmiące” filtry (obok wspomnianego, także Diethylamino Hydroxybenzoyl Hexyl Benzoate czy Ethylhexyl Triazone) są naszymi największymi sprzymierzeńcami. Zapewniają ultrawysoką fotostabilność i chronią nas zarówno przed promieniowaniem UVA, jak i UVB. – Paradoksalnie, często większym zagrożeniem jest źle dobrany „naturalny” kosmetyk niż dobrze przebadany produkt zawierający nowoczesne filtry – dodaje.

Ta sama zasada dotyczy naszych ulubionych, letnich perfum. Jak to możliwe, że syntetyczne, stworzone w probówce kompozycje zapachowe bywają dla skóry łagodniejsze niż prawdziwy ekstrakt z owoców? Tajemnica tkwi w liczbach. Naturalny zapach truskawki to blisko tysiąc różnych, złożonych związków chemicznych. Jego syntetyczny odpowiednik odtwarza się za pomocą zaledwie 5 do 20 starannie dobranych cząsteczek.

– To właśnie jest jedna z największych zalet chemii syntetycznej. Chemik dokładnie wie, jakie substancje znajdują się w kompozycji i może świadomie zrezygnować z tych, które częściej wywołują reakcje alergiczne lub są niestabilne pod wpływem światła – wyjaśnia dr Bogdan. Im krótsza, sterylnie skomponowana lista, tym mniejsze ryzyko, że słońce obudzi w niej agresywnego intruza. Oczywiście syntetyki również mogą uczulać, jednak dają naukowcom kontrolę, której brakuje w dzikiej naturze.

Gdy mleko się rozleje

Co zrobić, jeśli już padniemy ofiarą własnych, proekologicznych intencji i na naszej skórze pojawi się bolesny odczyn lub wysypka po „babcinej” miksturze? Pierwszym odruchem jest ratowanie się kolejną porcją ziół. 

– Nie polecałabym eksperymentowania z kolejnymi domowymi sposobami ani nakładania na uszkodzoną skórę przypadkowych ziół czy nierozcieńczonych olejków eterycznych – ostrzega dr Bogdan.

Zamiast tego należy natychmiast przerwać ekspozycję na słońce, schłodzić ciało i udać się do apteki po preparaty, które chemicznie odbudują naszą zrujnowaną barierę hydrolipidową. Ratunkiem będą tu składniki takie jak ceramidy, cholesterol, kwasy tłuszczowe, pantenol czy gliceryna. Jeśli pojawią się bolesne pęcherze – wizyta u lekarza jest koniecznością.

Czy to oznacza, że musimy wyrzucić do kosza wszystko, co ma na opakowaniu liść, i całkowicie odwrócić się od natury? Absolutnie nie. Sama dr Sylwia Bogdan otwarcie przyznaje, że jest fanką naturalnego żelu aloesowego, który świetnie sprawdza się w łagodzeniu drobnych podrażnień w jej własnej pielęgnacji. Chodzi jednak o zmianę perspektywy.

Przy ocenie bezpieczeństwa kosmetyków na lato nie pytajmy już: „czy to jest w 100% naturalne?”. Zacznijmy pytać: „czy to jest dobrze przebadane?”. Bo w starciu z bezlitosnym, wakacyjnym słońcem, to właśnie ta laboratoryjna nuda i przewidywalność stają się naszym najlepszym, najbezpieczniejszym przyjacielem.


Czytaj również:

Zamiast drinka – okulary blokujące światło. Jak „zbiohackować” wakacje, by nie odchorować urlopu

Arabskie perfumy to był dopiero wstęp. Czas na marokańską pielęgnację