Istnieją miejsca, w których czas płynie inaczej, a piękna nie mierzy się minutami spędzonymi przed lustrem. Odkrywanie sekretów pielęgnacyjnych Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej to nie tylko zmiana kosmetyków - to zaproszenie do świata, który od wieków pachnie ciepłą parą, palonym drewnem i esencjonalnymi ziołami. Marokański rytuał hamamu, oparty na czarnym mydle i płynnym złocie oleju arganowego, pozwala celebrować nasze ciało.  Za ciężkimi drzwiami łaźni pośpiech po prostu nie ma wstępu. Naturalne mikstury, zamknięte w glinianych naczyniach, traktowane są tam jak najcenniejsze dary ziemi.

WIDEO

player placeholder

Co ważne, nie musimy lecieć do Maroka, aby doświadczyć piękna rytuału pielęgnacyjnego. Wymaga on tylko zamknięcia drzwi, rozgrzania łazienki i wejścia w przestrzeń, w której dbanie o siebie nareszcie przestaje być obowiązkiem. Staje się intymnym odzyskiwaniem własnego czasu i przede wszystkim - ponownym, czułym znalezieniem kontaktu z własnym ciałem, o którym w codziennym biegu tak często zapominamy.

Pułapka szybkiego prysznica

Przez wiele lat traktowałam łazienkę jak stację serwisową. Szybki prysznic, balsam wklepany w biegu, krem na twarz i do wyjścia. Byle szybciej, byle sprawniej. Pielęgnacja była dla mnie kolejnym zadaniem na liście. Niestety to model skrajnie zachodni. Ciało ma być efektywne, a opieka nad nim zoptymalizowana czasowo.

Zobacz także:

Magdalena Jouhri, współzałożycielka marki Eliksir Maroka, mówi o tym, że w Maroko kontakt z własnym ciałem jest czymś naturalnym i niezwykle ważnym - Marokanki potrafią znaleźć czas, by raz w tygodniu wyjść do łaźni i zamienić pielęgnację w wielopokoleniowe święto. Kobiety w różnym wieku - babcie, matki, córki - spędzają tam długie godziny. Nie ma tam pośpiechu. Jest dotyk, rozmowa, wspólnotowe celebrowanie obecności - tłumaczy Magdalena Jouhi, która marokańską kulturę piękna poznała od podszewki, podróżując z mężem, rodowitym Marokańczykiem.

Współczesna Europejka rzadko ma dostęp do tradycyjnego hamamu (łaźni). Nasze sauny są małe, często wciśnięte między siłownię a basen, pozbawione intymności i przestrzeni na celebrację. Magdalena Jouhri zauważyła tę lukę i postanowiła przenieść ten świat do polskich domów. Bo hamam to nie tylko budynek - to stan umysłu, który można odtworzyć w rozgrzanej parą, zaryglowanej od wewnątrz łazience.

Prawda ukryta pod warstwą czarnego mydła

Domowy rytuał hamamu zaczyna się od savon noir - gęstego, oliwkowego mydła, które pod wpływem ciepła topi się na skórze. Potem przychodzi czas na szorowanie rękawicą Kessa. To moment transformacji. Pod wpływem odpowiedniego nacisku martwy naskórek zaczyna się rolować.

To dosłowne i symboliczne schodzenie ze starej skóry. Zmywamy z siebie nie tylko kurz, ale też ciężar całego tygodnia, zmęczenie rolami, które musimy grać, i stres, który zdążył się w nas odłożyć. Szorowanie rękawicą Kessa to także masaż drenażowy. Marokanki od wieków stosują hamam jako darmową, prozdrowotną profilaktykę. To nie jest tylko zabieg estetyczny, to domowa fizjoterapia, która przywraca ciału jego naturalny rytm. To także, a może przede wszystkim, powrót do samobadania. Nikt nie pozna naszego ciała lepiej niż my same, kiedy centymetr po centymetrze dotykamy własnych ramion, brzucha czy nóg, nakładając olej arganowy.

Powrót do natury wymaga czujności. Tradycyjne marokańskie mydło powstaje wyłącznie z czarnych oliwek i oliwy z oliwek. Ma specyficzną, bardzo gęstą, żelową konsystencję, która pod wpływem ciepła i wody natychmiast się topi, idealnie przygotowując naskórek do złuszczenia. Tymczasem na rynku masowo pojawiają się produkty nazywane „czarnym mydłem”, które pochodzą z Rosji czy Syrii. To zupełnie inne surowce, inne pH i inny proces produkcji. Co więcej, Magdalena Jouhri zwraca uwagę na kluczowy szczegół: tradycyjne marokańskie czarne mydło stosuje się wyłącznie do ciała, nigdy do twarzy, ze względu na jego pH.

Rynek zalały także tanie podróbki „olejków arganowych”, które w składzie mają całą tablicę Mendelejewa. Prawdziwy olej arganowy (płynne złoto Maroka) w składzie może mieć tylko jedną pozycję: Argania Spinosa Kernel Oil. Drzewa arganowe rosną wyłącznie w Maroku. Jeśli produkt pochodzi z Turcji czy Egiptu, nie jest autentyczny. Dobry olej arganowy natychmiast się wchłania, nie klei się i pozostawia atłasowe, matowe wykończenie.

Co ciekawe, często odrzucamy te bogate formuły w obawie, że nasza „europejska, kapryśna, naczynkowa” skóra ich nie zniesie. Kojarzymy Maroko wyłącznie z suchą pustynią. Magdalena Jouhri obala ten mit - Maroko to też góry, śnieg i klimat śródziemnomorski. Zimą w domach nie ma ogrzewania, jest wilgoć, a latem temperatury i w Polsce potrafią sięgać ponad 30 stopni. Nasze skóry potrzebują dokładnie tej samej ochrony i regeneracji.

Co marokański rytuał mówi o współczesnych kobietach?

Zwrot ku marokańskiej pielęgnacji to coś znacznie głębszego niż kolejny zakupowy impuls - to autentyczna tęsknota za zatrzymaniem się. Jesteśmy zmęczone wymaganiami, jakie stawia przed nami nowoczesność, i traktowaniem własnego ciała jak maszyny, która ma bezawaryjnie działać, szybko się regenerować i nienagannie wyglądać.

Przejście od „szybkiego prysznica” do godzinnego rytuału w zaparowanej łazience to akt buntu przeciwko kulturze, która mierzy naszą wartość wyłącznie produktywnością. Współczesna kobieta, zamykając drzwi i sięgając po czarne mydło czy olej arganowy, nie próbuje po prostu zmyć z siebie brudu. Ona odzyskuje prawo do własnego czasu. Marokańskie podejście do piękna bezkompromisowo przypomina nam, że dbanie o siebie nie musi być agresywną, zoptymalizowaną procedurą. Może być czułym, uzdrawiającym spotkaniem z samą sobą.

Zamiast traktować pielęgnację jako kolejny obowiązek do odhaczenia na liście zadań, na nowo odkrywamy, że powolny dotyk własnego ciała jest najprostszą formą powrotu do rzeczywistości w świecie, który nieustannie każe nam z niej uciekać.


Czytaj także: