Jeszcze dekadę temu spędzaliśmy życie w ciągłym, nerwowym napięciu. Fear of Missing Out (FOMO) kazało nam bywać na każdym otwarciu butiku, zamawiać modne lunche i wariować z niepokoju na samą myśl, że znajomi bawią się gdzieś świetnie, podczas gdy my scrollujemy Instagram pod kocem. Byliśmy zakładnikami własnego kalendarza i społecznych oczekiwań. Dzisiaj wahadło nastrojów odbiło w zupełnie drugą stronę. Nastał czas JOMO – czystej, nieskrępowanej radości z tego, że świadomie z czegoś rezygnujemy. Odpuszczanie przestało być powodem do wstydu, a stało się ostatecznym wyznacznikiem dojrzałości.

WIDEO…

player placeholder

Anatomia ulgi

Zastanawiałaś się kiedyś, skąd bierze się ten nagły przypływ endorfin, gdy na ekranie wyświetla się słowo „przepraszam, przełóżmy to”? Psychologia nie ma wątpliwości: to nie dowód na twoje aspołeczne skłonności czy lenistwo, lecz naturalna reakcja przeciążonego układu nerwowego. Jak tłumaczy psycholog George Loewenstein, winny jest tzw. stres antycypacyjny. Zanim jeszcze dotrzesz na umówione spotkanie, twój mózg wykonuje pracę: analizuje logistykę, dobiera garderobę, przewiduje przebieg small talku i kalkuluje poziom nadchodzącego zmęczenia. Kiedy plany nagle upadają, w jednym ułamku sekundy odcinasz to niewidzialne, mentalne napięcie, które budowało się godzinami.

Do tego dochodzi fenomen opisany przez psychologa Roya Baumeistera – zmęczenie decyzyjne (decision fatigue). Każde wyjście, nawet to niezobowiązujące z przyjaciółką, zmusza nas do podjęcia serii mikro-wyborów zużywających cenną energię poznawczą. Gdy mówisz (lub słyszysz) słowa „zostańmy w domu”, w jednej chwili zdejmujesz z siebie ciężar i fundujesz swojemu mózgowi twardy reset.

Zobacz także:

Od "chcę" do "muszę"

Dlaczego tak chętnie torpedujemy własne kalendarze? Zjawisko to doskonale tłumaczą twórcy teorii autodeterminacji, Edward Deci i Richard Ryan. Badacze zauważyli, że nawet obiektywnie najprzyjemniejsze plany zaczynają nas przytłaczać, gdy tylko zmieniają swój status z dobrowolnego „chcę” na uciążliwe „muszę”. W świecie, w którym nasza uwaga jest nieustannie kradziona przez powiadomienia, wirtualne spotkania i deadline'y, odwołanie narzuconego terminu natychmiast przywraca nam utracone poczucie autonomii. Odzyskany czas znowu należy wyłącznie do nas.

Cnota samoograniczenia

Sztuka JOMO nie polega na zamykaniu się w czterech ścianach i izolacji od świata. To świadoma selekcja tego, na co przeznaczamy naszą energię. Duński profesor psychologii Svend Brinkmann, autor głośnej książki „The Joy of Missing Out”, stawia sprawę bezkompromisowo: próba zrobienia i doświadczenia absolutnie wszystkiego to po prostu szalony, niemożliwy do zrealizowania pomysł.

Brinkmann wyśmiewa współczesny przymus nieustannego zdobywania doświadczeń. Jak podkreśla, iluzją jest wierzyć, że ludzka natura zawsze dążyła do chwytania „coraz więcej”. W rzeczywistości to cnota samoograniczenia dawała nam przez wieki poczucie sensu. Prawdziwą cnotą nie jest dziś bycie w centrum wydarzeń, ale sztuka powściągliwości.

Osoby czerpiące autentyczną przyjemność z bycia pomijanymi w weekendowych zaproszeniach nie uciekają przed życiem. One po prostu z powrotem wprowadzają się do siebie. Mają tak ustabilizowane granice i własną, wewnętrzną strukturę, że "wolny" piątkowy wieczór przestaje być dla nich przerażającą próżnią, którą należy za wszelką cenę zapełnić. To wreszcie luksusowy moment, w którym ich własna uwaga nie musi o nic konkurować. Nawet o to, co założą na siebie do salonu.


Zobacz także:
Kino, które nie krzyczy. 10 filmów w stylu slow living dla przebodźcowanych