Gdy na przełomie października i listopada jesień wchodzi w najchłodniejszą fazę, nasza codzienność nabiera powolnego, nostalgicznego rytmu. Z jednej strony spędzamy długie minuty przy sklepowych półkach, wybierając ciężkie, szklane znicze na groby bliskich. Z drugiej, na klatkach schodowych, progach domów i w witrynach kawiarni królują pękate, pomarańczowe dynie.
WIDEO…
Często stawiamy te dwa symbole po przeciwnych stronach. Znicz traktujemy jako coś tradycyjnego, poważnego i całkowicie „naszego”, a wyciętą dynię, jako współczesną modę przywiezioną z Zachodu. A co, jeśli oba te przedmioty mają ze sobą znacznie więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać? Choć ich historie nie biegną identycznym torem, oba narodziły się z tej samej, prastarej potrzeby: oswajania ciemności za pomocą światła.
Zanim pojawiło się szkło: ogień z rzepy, tłuszczu i glinianej czarki
Dziś kupujemy w markecie parafinowe wkłady, które świecą nawet przez parę dni. Przez stulecia nasi przodkowie musieli radzić sobie inaczej, wykorzystując to, co dawała dana pora roku i konkretny region.
W dawnej tradycji celtyckiej na Wyspach Brytyjskich późną jesienią ludzie sięgali po twarde warzywa korzeniowe, rzepy, brukwie i buraki. Wydrążali je z wielkim trudem, a do środka wrzucali węgielek z obrzędowego ogniska albo knocik zatopiony w smalcu. Gdy w XIX wieku setki tysięcy emigrantów z Irlandii przypłynęły do Ameryki Północnej, uciekając przed Wielkim Głodem, odkryły tam warzywo na Wyspach wcześniej mało znane - dynię. Była duża, miękka i wyjątkowo łatwa w obróbce. To właśnie ten amerykański zamiennik dawnej rzepy dał początek znanej dziś na całym świecie postaci Jack-o'-lantern (dyni z demonicznym uśmiechem).
Na ziemiach słowiańskich historia płomienia wyglądała nieco inaczej, choć cel był bardzo podobny. Dawni Słowianie kładli ogromny nacisk na kult zmarłych, a sam ogień uważali za święty. Palili go bezpośrednio na mogiłach, ale też na rozstajach dróg – w miejscach uznawanych za niebezpieczne, gdzie według podań błąkały się dusze potępione lub zmarłe śmiercią gwałtowną. Płomień miał dawać im spokój i chronić żywych przed ich gniewem. Na co dzień przodkowie używali prostych, glinianych czarek wypełnionych łojem lub olejem lnianym, w których zatapiali płócienny knot. Wosk pszczeli stanowił wtedy towar luksusowy, zarezerwowany głównie dla władców, bogatych kupców i świątyń.
Zapomniane lampiony z dawnej polskiej wsi
Dawna polska wieś również znała zwyczaj wycinania warzyw i tworzenia z nich straszaków. Na długo przed tym, jak amerykańskie tradycje trafiły do nas przez filmy i telewizję, wiejska młodzież robiła coś bardzo podobnego.
W polskich źródłach etnograficznych znajdziemy na to konkretne dowody. Etnograf Seweryn Udziela opisał w 1929 roku, jak chłopcy na wsiach wydrążali dynie (a jeszcze częściej duże buraki cukrowe i pastewne), wycinali w nich szczerbate uśmiechy i groźne oczy, a w środku umieszczali zapaloną świecę. Takie lampiony stawiali po zmroku na płotach, miedzach czy parapetach sąsiadów, żeby płatać psikusy i straszyć wracających z pól przechodniów.
Ten zapomniany fragment naszego folkloru pokazuje, że potrzeba rozświetlania jesiennego mroku była uniwersalna. Choć wiejskie zabawy w Polsce miały inny charakter i znaczenie niż celtycki obrzęd Samhain czy dzisiejsze Halloween, sam pomysł na stworzenie lampionu z warzywa był niemal identyczny.
Po co nam ten ogień?
Pod koniec października dni stają się drastycznie krótkie, a wieczory ciągną się w nieskończoność. W dawnych kulturach ten moment w roku, zawieszony między czasem zbiorów a nadejściem surowej zimy, uważano za czas przełomu. Zarówno w celtyckim obrzędzie Samhain, słowiańskich Dziadach, jak i w chrześcijańskim Dniu Wszystkich Świętych oraz Zaduszkach, ogień stał się najważniejszym symbolem. Wierzono, że właśnie wtedy granica między światem żywych a zaświatami staje się wyjątkowo cienka.
Niezależnie od tego, czy płomień palił się w słowiańskiej glinianej miseczce, celtyckiej rzepie, dzisiejszej dyni z Halloween czy cmentarnym zniczu, pełnił dawniej kilka wzajemnie przeplatających się ról.
W tradycji słowiańskich Dziadów i chrześcijańskich Zaduszek ogień zapalany na mogiłach, przy domach czy na rozstajach dróg miał być drogowskazem dla dusz przodków, które według podań odwiedzały dawne domostwa i oczekiwały pamięci. Wierzono przy tym, że błąkające się w jesiennym chłodzie duchy potrzebują ogrzania, dlatego przy płomieniu gospodarze pozostawiali dla nich miejsce, a czasem także skromny poczęstunek.
Z kolei w celtyckim Samhain i dzisiejszym Halloween ogień pełnił funkcję ochronną. Groźna twarz wycięta w warzywie i podświetlona od środka miała oszukać i odstraszyć złośliwe demony oraz błąkające się potępione dusze, nie pozwalając im przekroczyć progu domu.
Choć z biegiem wieków te tradycje uległy wymieszaniu, współczesny znicz stawiany na cmentarzu i dynia zapalana przed domem czerpią z tej samej prastarej potrzeby: oswojenia mroku, ochrony domowego ogniska i oddania hołdu tym, którzy odeszli.
Współczesne strażniczki pamięci
Choć dawne wierzenia zatarły się w pamięci, w naszych domach wciąż podświadomie powielamy tamte wzorce. W wielu rodzinach to kobiety przejmują większość przygotowań do listopadowych świąt: planują wyjazdy, dbają o groby bliskich, wybierają kwiaty i znicze, a w domach tworzą przytulny, jesienny klimat za pomocą świec i dekoracyjnych dyni.
Jest w tym piękny wymiar troski o pamięć i domowe ciepło. Przed wiekami to kobiety pilnowały, by ogień w palenisku nie zgasł przed zimą, i przekazywały dzieciom opowieści o przodkach. Dziś robią dokładnie to samo, tylko w bardziej nowoczesnej oprawie.
Nie trzeba tworzyć sztucznych podziałów ani wybierania między tradycyjnym zniczem na cmentarzu a klimatyczną dynią na ganku. Obie te rzeczy, choć wyglądają inaczej i służą dziś innym celom, wyrosły z tej samej ludzkiej potrzeby: pamiętania o tych, którzy byli przed nami, dbania o bliskich i wnoszenia światła w jesienny mrok.
Gdy w ten listopadowy wieczór zapalisz płomień na grobie albo postawisz małą świeczkę w oknie, warto pomyśleć o tym, jak dawne zwyczaje wciąż żyją w naszej codzienności. Zmieniają się materiały, formy i nazwy świąt, ale nasza potrzeba ciepła, światła i pamięci pozostaje taka sama jak setki lat temu.
Czytaj także:
- Ciężko pracowała w domu, ale wciąż brakowało jej jednego. Jak legalnie dorobić do 3,5 tys. zł bez zakładania firmy - polki.pl
- Poszłam na warsztaty kiszenia. Wróciłam z poczuciem wstydu i nowym planem na życie - polki.pl
- Rozwód, terapia, zmiana pracy. Psycholożka o tym dlaczego bardziej boimy się plotek niż własnego nieszczęścia? - polki.pl