Druga część “Totalnej magii” to film nakręcony przez kogoś, kto wie, że oryginał był o czarownicach i wielkim domu, ale ewidentnie nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ktokolwiek chciałby tam wrócić. Być może dlatego część fabuły zostaje w kuriozalny sposób wypchnięta do Wielkiej Brytanii.
WIDEO…
Ale od początku: minęło wiele lat, córki Sally (Sandra Bullock) są już studentkami i nie wiedzą o tym, że mają magiczne moce, a tym bardziej o rodzinnej klątwie. Ich matka po śmierci drugiego męża (tak, tego detektywa) postanowiła już nigdy nie używać magii. O życiu Gillian (Kidman) nic w zasadzie nie wiadomo – po prostu jest. Gdy jedna z ciotek, które wychowały bohaterki umiera, akcja nabiera tempa, okazuje się bowiem, że córka Sally jest zakochana. Dzień po tym, jak wyznaje chłopakowi miłość, zapada on w śpiączkę, a dziewczyna leci do Wielkiej Brytanii poznać rodzinne sekrety. W ślad za nią ruszają oczywiście Kidman i Bullock. I w tym miejscu zatrzymam się, by nie spoilerować.
Taka nieśmieszna komedia
Zamiast pierwotnej mieszanki melodramatu i kobiecej komuny, w drugiej części “Totalnej magii” dostajemy film dla nastolatek. I to nie w rodzaju “Wednesday”, ale raczej zahibernowaną wersję młodzieżowego kina z początku lat dwutysięcznych, gdy ludzie w średnim wieku nie do końca wiedzieli, kim ich widz jest, ale uznawali, że film dla nastolatek to nie może być przecież nic trudnego.
Bohaterki zachowują się chwilami jak gdyby wyciągnąć je z serialu emitowanego po szkole w 2002 roku i nie powiedział im, że przez ostatnie dwie dekady zmieniły się dialogi, tempo i poczucie humoru. Nie ma tu tylko śmiechu z puszki, ale z widowni też go nie usłyszymy.
Jeszcze dziwniej wypada powrót Sandry Bullock i Nicole Kidman. Obie oczywiście nadal mają ekranową charyzmę, ale przez 20 lat nic a nic się nie zmieniły, zaś upływ czasu widać co najwyżej po dorosłych już dzieciach Sally. Ale może się czepiam i po prostu żyjemy w czasach, w których nie wiadomo już, jak wygląda 60-latka.
Nie czepiam się natomiast gagów. Po prostu zostały napisane tak, jak gdyby ktoś wiedział, że “Totalna magia” miała być komedią, ale nie pamiętał żadnego konkretnego dowcipu – dostajemy więc dużo min, reakcji i scen, które wyraźnie zostały pomyślane jako lekkie przerywniki, gdzie czeka się na nieistniejącą puentę.
Niewiele lepiej jest ze scenami melodramatycznymi, które w 8 na 10 przypadków zostają skopane – jeśli nie niską autentycznością, to tandetnymi efektami. Kiedy jedna z ciotek oddaje życie, żeby zdjąć rodzinną klątwę, przez chwilę pojawia się emocjonalny ciężar, którego wcześniej brakowało: coś się kończy, ktoś naprawdę płaci cenę, magia przestaje być dekoracją. I wtedy druga ciotka pojawia się po drugiej stronie rzeki jako radosny duch, jak gdyby scenarzyści przestraszyli się własnej decyzji i chcieli zapewnić widza, że właściwie nic złego się nie dzieje To chyba najlepsze podsumowanie całego filmu. Za każdym razem, kiedy mogłoby zrobić się mroczniej, smutniej, ciekawej albo po prostu prawdziwej, coś magicznie nie wychodzi.
Dlatego, najlepsze co można po obejrzeniu drugiej części zrobić, to powrócić do oryginału i kulisów tego, w jaki sposób stał się filmem kultowym. Choć z perspektywy 2026 roku, wydaje się nam to oczywiste, film – również magicznie – uniknął zezłomowania wraz z szeregiem niezbyt udanych produkcji lat 90.
Idealny film na Halloween?
16 października 1998 roku, dwa tygodnie do Halloween. W Londynie służby aresztują byłego dyktatora Chile Augusto Pinocheta, a Polska żyje 20. rocznicą wybrania Karola Wojtyły na papieża. Tymczasem do amerykańskich kin wchodzi “Totalna magia” z Sandrą Bullock i Nicole Kidman, który do Halloween będzie najpopularniejszym filmem w kinach, by zejść z afiszów nie zarobiwszy nawet na swój budżet.
Bullock ma wtedy 34 lata i jest świeżo po bardzo źle przyjętym “Speed 2”. Jest wówczas jedną z najlepiej rozpoznawalnych gwiazd kina i z pewnością negocjuje wyższą stawkę niż jej ekranowa partnerka . Kidman ma za sobą hit “Batman Forever”, a równolegle kończy ciągnące się miesiącami zdjęcia do “Oczu szeroko zamkniętych” Stanleya Kubricka, gdzie gra ze swoim mężem Tomem Cruise’m – para jest ze sobą już od 9 lat i nic nie wskazuje na to, żeby mieli się rozstać.
W "Totalnej magii" aktorki grają siostry Owens, pochodzące z rodziny kobiet obdarzonych magicznymi zdolnościami i obciążonych klątwą: każdy mężczyzna, którego naprawdę pokochają, ma umrzeć. Sally, grana przez Bullock, próbuje prowadzić możliwie zwyczajne życie u boku ciotek, które wychowały siostry. Miłość jednak nie wybiera – wychodzi za mąż i rodzi dwie córki. Gillian (Kidman) szybko wyprowadza się z domu, prowadzi hulaszczy tryb życia i wdaje w szereg romansów. Kiedy wikła się w związek z agresywnym mężczyzną, siostry najpierw próbują go unieszkodliwić, potem wskrzesić, a w końcu pozbyć się jego ducha.
Szkoły czarownic
Moment wydaje się idealny. Popkultura drugiej połowy lat 90. pełna jest młodych kobiet rzucających zaklęcia. Dwa lata wcześniej sukces odniosła “Szkoła czarownic”, a w telewizji leci “Sabrina, nastoletnią czarownicę”. W tym samym roku startuje też serial “Czarodziejki” z Shannen Doherty”.
Czarownica przestaje być staruszką nad kotłem. Nosi modne sukienki na ramiączkach, mieszka w dużym domu i ma problemy uczuciowe nieróżniące się niczym od tych, które mają kobiety po drugiej stronie ekranu.
W przypadku “Totalnej magii” sprawdzony przepis na magiczną miksturę się nie udaje. Krytycy punktują chaos gatunkowy (ni to horror, ni to komedia romantyczna ni to film familijny z motywem morderstwa i przemocy), na film chodzą głównie fanki “Sabriny” a wielka jesienna premiera Warnera nie staje się kinowym przebojem. Tutaj właściwie ta historia mogłaby się zakończyć, ale nie mija pół roku, a film wychodzi w Stanach na VHS, by po miesiącu dotrzeć do top3 wypożyczeń w kraju.
Dziś znamy świetnie to zjawisko, choć w nieco innej formie – film wchodzi do kin, recenzje ma słabe, znajomi nie polecają, więc machamy ręką i czekamy, aż będzie na Netfliksie (wstaw dowolne).
Tymczasem mamy 1999, tygodnie mijają, a ludzie wciąż wypożyczają “Totalną magię”. W kolejnych miesiącach film wychodzi na VHS i na DVD do domowego użytku i wciąż ma się dobrze. W Wielkiej Brytanii w top100 najczęściej kupowanych do domu filmów będzie przez osiem miesięcy. Trudno powiedzieć, skąd wziął się ten sukces, ale można założyć, że producenci ze względu na finansową klapę filmu, chcieli szybciej puścić go w obieg, by odzyskać część zainwestowanych środków i “Totalna magia” była relatywną nowością wśród filmów sprzed sezonu. Swoje robiły też z pewnością twarze Kidman i Bullock.
Nie chodziło o fabułę
Tyle że sam fakt, że ma się jakiś film na DVD, nie przekłada się automatycznie na jego kultowość. “Totalna magia” miała cechę, której krytycy w 1998 roku nie uznawali za zaletę: fabuła nie była najważniejsza. To, co w kinie wyglądało jak bałagan, w domowym obiegu zaczęło działać na korzyść filmu. Można było znać na pamięć historię klątwy Owensów, ale wracać po prostu do domu ze szklarnią i wieżyczką nad oceanem, sukienek Nicole Kidman, muzyki Stevie Nicks albo sceny, w której cztery kobiety piją w środku nocy margarity i tańczą do numeru “Coconut”.
Do tego najważniejsze relacje w filmie łączą kobiety: dwie siostry, ich ciotki, córki Sally, a w finale także sąsiadki, które wcześniej krzywo patrzyły na rodzinę Owensów. Mężczyźni nie są tu ważni – jeden prawie nic nie mówi i szybko ginie, drugi okazuje się przemocowym psychopatą, trzeci pojawia się de facto dla dopełnienia historii “żyli długo i szczęśliwie”. Najmocniejsze i najważniejsze więzi tworzą tu kobiety.
Siostrzeństwo nie było szczególnie oczywistym motywem te niemal 30 lat temu, ale z pewnością świetnie sprawdzało się przez lata jako tło do wspólnego nocowania czy wina z koleżankami. “Totalna magia” budzi dziś tym większy sentyment, że gros kobiet widziało ten film po raz pierwszy jeszcze jako dzieci czy nastolatki.
"Kochane kłopoty" i "Totalna magia"
Status kultowości podnosi tu fakt, że internet nauczył nas nazywać poszczególne estetyki. W filmie mamy zaś nie tylko lata 90. z ich modą, ale też cottage core (klimat domu na wsi), witch aesthetic (magiczne księgi, zioła), ale przede wszystkim podkładkę pod jesieniarstwo – z jego przekonaniem, że jesień nie jest zwykłą porą roku, ale szeregiem rytuałów do odprawienia.
Gdy zaczyna się wrzesień, internet przypomina sobie o “Gilmore Girls” i właśnie o “Totalnej magii”. Nie do końca chodzi tu o jesień, ale raczej o specyficzną atmosferę na którą składają się: małe miasteczko, stare domy, książki, swetry, trochę melancholii i problemy, które mimo wszystko da się rozwiązać przed napisami końcowymi.
Każde kolejne medium przysparzało “Totalnej magii” nowych widzek. Najpierw tych, które nie poszły na film do kina, ale wypożyczyły kasetę. Potem dzieci oglądające DVD z matkami i starszymi siostrami. W końcu TikTok, Instagram i kolejne fale fascynacji estetyką lat 90., ale i sezonowymi trendami.
Być może lista wszystkich rzeczy, za które widzowie pokochali “Totalną magię” stała się kamieniem u szyi twórców drugiej części. A przecież powrót do świata czarownic po dwóch dekadach może się udać.
W 2018 roku wróciła chociażby Sabrina Spellman. Serial “Chilling Adventures of Sabrina” wziął nastoletnią czarownicę, ciotki Hildę i Zeldę, gadającego kota, a całą resztę wymienił. Zamiast cukierkowej wizji życia nastolatki mamy gotycki sztafaż i poważne problemy, zamiast komedii – horror. Twórcy nie pomylili nostalgii z konserwacją zabytków – wiedzieli, że nowa Sabrina nie może być starą Sabriną ze smartfonem.
“Totalna magia 2” ma natomiast wszystko, co znaleźć można było w pierwowzorze i sceny, które mają przypominać nam, jak dobrze bawiliśmy się za pierwszym razem. Tyle że kultowość oryginału nigdy nie polegała na tym, że widzki marzyły o poznaniu kolejnych sekretów rodziny Owensów.
Tymczasem druga część po macoszemu traktuje tak ważne dla tego obrazu dekoracje i atmosferę, a w środek wkłada generyczną młodzieżową historyjkę, która sama sprawia wrażenie spóźnionej o dwadzieścia lat. Chichotem losu jest fakt, że twórcy ani o jotę nie rozwinęli postaci granej przez Kidman Gillian – całkiem jak gdyby i ją potraktowali jako element “kultowej” scenografii. Nic się tam nie dzieje, ważne, że jest, jak było.
“Totalna magia” stała się kultowa dzięki kasetom pożyczanym znajomym, wspólnemu oglądaniu i jesiennym wieczorom. Druga część próbuje tę magię wskrzesić, jak gdyby nie dość uważnie oglądała swój oryginał – ze wskrzeszaniem lepiej uważać, bo może z tego wyjść co najwyżej zombie, nie zaś twór z krwi i kości.
Czytaj także:



























