Siedemnaście lat ghostowania przez system

Kiedy w grudniu 2022 roku Dion nagrała do fanów wideo z wiadomością "jestem gotowa", świat usłyszał nazwę, o której wcześniej nie było głośno: zespół sztywnego człowieka, znany też jako zespół Moerscha-Woltmanna. Piosenarka wyznała, że objawy towarzyszyły jej od 17 lat, w czasie których jej ciało regularnie próbowało zwrócić na siebie uwagę, a system medyczny konsekwentnie ją ghostował: odsyłał z kwitkiem, tłumaczył wszystko stresem i przepracowaniem, kazał wracać, gdy "będzie gorzej". Rzadka choroba, dotykająca jedną osobę na milion, dwa razy częściej kobiety niż mężczyzn, po prostu nie była na liście możliwych diagnoz, bo mało kto o niej wtedy w ogóle słyszał. Receptę "to na pewno stres, proszę odpocząć" słyszymy zresztą na co dzień każda z nas.

WIDEO

player placeholder

Choroba, która neguje sama siebie

Zespół sztywnego człowieka nie ma jednego, oczywistego objawu. Powoduje bolesne, nagłe sztywnienie i skurcze mięśni, które mogą pojawić się bez ostrzeżenia: czasem od głośnego dźwięku, czasem od stresu, czasem bez żadnego wyraźnego powodu. U Dion choroba zaatakowała też mięśnie odpowiedzialne za śpiew i chodzenie. To schorzenie neurologiczne, nieuleczalne, ale dające się częściowo opanować, dlatego właśnie bywa mylone z nerwicą, lękiem. Objawy przypominają zresztą czasem atak paniki. Różnica jest jednak fundamentalna: jedno dzieje się w głowie, drugie w ciele, którego mięśnie naprawdę, fizycznie odmawiają współpracy.

"A może to teatr"

W lipcu 2024 roku, po premierze dokumentu "I Am: Céline Dion", krytyk filmowy Tomasz Raczek zrecenzował go w internetowym programie pod znamiennym tytułem "Dramatyczna prawda czy cyniczna manipulacja?". Zwrócił uwagę, że przez siedemnaście lat nikt nie postawił tej diagnozy, a teraz nagle "stało się jasne, że to jest to" i pytał, czy to nie jest przypadkiem, jak to ujął, "nakręcająca się nerwica", czy ciało nie mówi po prostu "już dalej nie mogę". Sugerował też, że diagnoza mogła być wygodnym wyjaśnieniem odwołanej, wyprzedanej trasy koncertowej. Za te słowa spadła na niego fala krytyki, jednak ziarno wątpliwości zostało zasiane.

Zobacz także:
Celine Dion - wielki powrót na scenę
Dugit F/Le Parisien/ABACA/Abaca/East News

"Reszta to marketing"

Podobny ton pojawił się pod postami zachwycającymi się jej powrotem. Jeden z takich komentarzy, spod entuzjastycznego wpisu Karoliny Korwin-Piotrowskiej, brzmiał w skrócie: talent niewątpliwy, ale bez przesady z chorobą: "Po śmierci męża, który wszystko organizował, po prostu się załamała, a reszta to sprawnie poprowadzony marketing, który ściągnął tłumy i sztab ludzi do pracy". Autor komentarza pytał też, dlaczego zwykli ludzie ze swoimi problemami nie kręcą o tym filmów, i zarzucał Dion teatralne wzruszenie się, że "udało jej się wyciągnąć nutę".

Śmierć René Angélila w 2016 roku, jej menedżera, męża i człowieka, który dosłownie zarządzał każdym aspektem jej kariery, była ogromnym wstrząsem — to fakt. Problem w tym, że skurcze mięśni, drgawki i utrata kontroli nad strunami głosowymi, które dokument pokazuje bez cenzury, nie są objawami żałoby. Są udokumentowane medycznie, opisane w literaturze naukowej na długo przed tym, jak ktokolwiek usłyszał nazwisko Dion w tym kontekście.

Koncert, który mógł się nie odbyć

W przypadku aktualnych koncertów Céline Dion każde wydarzenie faktycznie podlega indywidualnej ocenie pod kątem jej stanu zdrowia. Ze względu na walkę artystki z nieuleczalną chorobą organizacja jej występów opiera się na restrykcyjnych procedurach medycznych i elastycznym harmonogramie. Zespół medyczny monitoruje stan piosenkarki na bieżąco, a jeśli wystąpi nagły, silny skurcz mięśni uniemożliwiający kontrolę oddechu lub strun głosowych, dany występ może zostać przełożony lub odwołany w ostatniej chwili. Promotor, firma AEG, zakłada z góry, że w razie pogorszenia zdrowia terminy będą przesuwane na kolejne miesiące - zostało to wprost uwzględnione w kontraktach. Rezydencja w Paris La Défense Arena, której inauguracja odbyła się 12 września, obejmuje 26 koncertów rozłożonych do maja 2027, w rytmie dwóch występów tygodniowo. 

 

 

"Nie zmieniamy się" i wszystko, co się zmieniło

Koncert otwierający rezydencję Dion zaczęła od utworu "On ne change pas" — "Nie zmieniamy się". Zaśpiewała ją po sześciu latach przerwy. Bo co właściwie "się nie zmienia" w człowieku, kiedy zmienia się wszystko inne - głos, sposób poruszania się, plany na resztę życia, definicja tego, co ciało jeszcze potrafi zrobić? Może właśnie ta jedna rzecz: chęć, żeby wciąż stać przed ludźmi i śpiewać, nawet jeśli trzeba to robić inaczej niż kiedyś.

A "inaczej" pokazała dosłownie, w jednym z najbardziej poruszających momentów wieczoru. Gdy w środku frazy poczuła, że nie da rady dociągnąć nuty do końca, wystawiła mikrofon w stronę widowni i pozwoliła trzydziestu tysiącom ludzi dośpiewać za nią. 

I może jest to "tylko" teatr wielkiej artystki-ikony, to w takim teatrze chcę trwać. Takiego teatru potrzebujemy w tych ciemnych czasach.