Przez lata uznawano ją za zły znak. Wierzono, że kobieta na kutrze przynosi pecha, zły połów, a nawet sztorm. Dziś sami rybacy coraz częściej traktują te opowieści jako relikt świata swoich dziadków. Jednak choć legenda o kobiecie przynoszącej pecha odchodzi do historii, kobieta na pokładzie kutra nadal nie jest widokiem oczywistym. 

WIDEO

player placeholder

Przesąd tak popularny jak czarny kot przebiegający drogę

Rybacy to osoby twardo stąpające po ziemi. Szczególnie w dzisiejszych czasach, gdy już coraz rzadziej wierzy się w zabobony, niestraszne są im żadne przesądy, ale wokół ich zawodu krąży sporo legend związanych z bezpieczeństwem na morzu. Jedną z najpopularniejszych historii z dawnych lat, na które możemy natknąć się w internecie, jest wierzenie, że kobieta to diabelski balast – jeśli dotknie siatki rybackiej, może przynieść pecha całej załodze kutra, na którym się znajdzie.

- Ten przesąd jest znany w środowisku morskim tak dobrze jak to, że czarny kot przebiegnie drogę i przynosi pecha. Ale szczerze mówiąc, nawet w dawnych czasach niewiele miało to wspólnego z prawdą. Moja babcia, matka mojego ojca, pływała razem z dziadkiem i wiem też, że w małych nadmorskich miejscowościach dość często żony rybaków wypływały w morze ze swoimi mężami. Ale to głównie na malutkich jednostkach. Im większe, tym bardziej załoga była męska. Obecnie ja prawie nie znam żadnej kobiety, która by w Polsce fizycznie pływała w morze – mówi pan Marcin Jodko, armator łódki rybackiej w Ustce, reprezentujący 3. pokolenie rybaków w swojej rodzinie. 

Zobacz także:

Skoro kobieta na kutrze nie jest już dla rybaków złym znakiem, to dlaczego nadal tak rzadko widujemy kobiety w tym zawodzie? Oficjalne statystyki Głównego Urzędu Statystycznego oraz Morskiego Instytutu Rybackiego zazwyczaj nie wyodrębniają dokładnej liczby kobiet pracujących bezpośrednio na morzu, ponieważ stanowią one zaledwie promil wszystkich zatrudnionych rybaków. Szacuje się, że jest to kilka do kilkunastu kobiet w skali całego kraju. I w rzeczywistości prawda okazuje się znacznie bardziej prozaiczna niż morskie legendy. 

- Słyszałem o micie dotyczącym sieci, ale to jednak jest bardziej związane z tym, że to bardzo ciężka praca fizyczna. Dopóki nie wymyślono hydrauliki, która wyciąga za rybaków sieci, trzeba było mieć dużo siły fizycznej, żeby w ogóle wyciągać je z morza – tłumaczy pan Marcin. 

Zatem nie da się ukryć, że kuter rybacki to wciąż zamknięta twierdza, w której kobiety to naprawdę rzadki widok. Wciąż jednak to one stanowią serce rybołówstwa w Polsce i było tak od zawsze, skąd wzięły się również wierzenia z nimi związane – jak w przypadku tzw. świętej strażniczki.  

Święta strażniczka i opiekunka ogniska domowego 

Kobieta na pokładzie miała przynosić pecha, kobieta w niebie – chronić rybaków przed śmiercią. Właśnie w tym tkwi paradoks. Choć niektórzy wierzyli, że kobieta na kutrze przynosi pecha, rybacy właśnie do kobiety zwracali się o opiekę podczas wypływania w morze. Ich patronką, podobnie jak w przypadku górników, jest święta Barbara. To właśnie ona miała strzec ludzi morza, zapewniając im bezpieczny powrót do portu. Stąd też wzięły się kobiece symbole zdobiące dzioby statków, które miały zapewniać pomyślność. 

- Dawniej nie znano dokładnych prognoz i dlatego poddawano się opatrzności – albo opatrzności boskiej, maryjnej – zależy, w co i kto wierzy – albo wcześniej, za czasów pogańskich, jakichś bóstw, które miałyby chronić. Dzisiaj od tego mamy dokładne prognozy pogody, internet, który pokazuje pogodę, a także GPS, żeby się nie zgubić i dotrzeć do portu. Ta wiara w świętą strażniczkę wciąż może być bardziej kultywowana w tradycyjnych kaszubskich rejonach – tłumaczy pan Marcin. 

Środowiska rybackie są jak pradawne plemiona – mężczyzna wyrusza na łów, zarabia na życie, a kobieta czeka na niego, strzegąc ogniska domowego, a potem angażuje się w proces przygotowywania ryb, które jej ukochany złowił. Przede wszystkim ma być opiekunką, czuwać, czekać. Nic więc dziwnego, że to właśnie święta patronka była symbolem szczęścia na kutrze. 

- Kobiety od zawsze pełniły w rybołówstwie bardzo ważną rolę. Przede wszystkim kobieta dla rybaka jest jak port macierzysty. Ma do kogo wracać, opiekuje się domem, dziećmi. A dodatkowo kobiety wykonują bardzo ważne prace dodatkowe, obsługujące. Coraz więcej kobiet w Polsce jest też armatorkami polskich statków rybackich – pomaga księgowo, finansowo. I to jest naprawdę bardzo duży odsetek – podkreśla pan Marcin. 

Kobiety zawsze były w rybołówstwie, ale z reguły pracowały na lądzie i tak pozostaje do dziś. W ośrodkach rybackich, w których rybołówstwo stanowi główną oś dochodu wielu rodzin, kobiety uczestniczą w przygotowaniu połowów, sortowaniu, przetwarzaniu i sprzedaży ryb, a także zajmują się organizacyjną stroną działalności rybackiej. 

Życie na kutrze jest jak życie w celi, ale potem schodzi się na ląd

- Coraz więcej kobiet jest w takich zawodach okołorybackich. Mamy kobiety-inspektorki, od kontroli, kobiety pracujące w nadzorze morskim – widać tę płeć, natomiast fizycznie do pracy na kutrze za dużo kobiet nie ma. Tam jest też mało miejsca i jest to bardzo zamknięty krąg – prawie jak w więzieniu, w jednej celi. Ciężko byłoby tam pogodzić potrzeby męskie, jak i damskie – szczególnie w kwestiach fizjologicznych – podsumowuje pan Marcin. 

Potem jednak schodzi się na ląd. To właśnie na lądzie kobiety wchodzą do gry. Bo w przetwórstwie rybnym sytuacja ma się zupełnie inaczej niż na kutrach. Kobiety stanowią dużą część personelu w administracji przedsiębiorstw rybackich, handlu hurtowym, logistyce oraz w badaniach naukowych związanych z morzem. Według niektórych szacunków jest to nawet 60%, co świadczy o przywiązaniu do historii – mężczyźni łowią, kobiety czekają i zarządzają tym, co dostarczają im mężowie. A w małych rybackich ośrodkach z rybołówstwem siłą rzeczy są związane całe rodziny i to od pokoleń. Co zatem sprawia, że wciąż słyszymy o tych pradawnych rybackich legendach? 

- Legendy rybackie wciąż są żywe, ale jednak to bardziej mity i zmyślenia niż prawdziwe doświadczenia czy przekonania – podkreśla pan Marcin. – O tyle są żywe, że zawód rybaka często przechodzi z pokolenia na pokolenie. Ten kuter czy łódka zostaje w rodzinie rybackiej i ten, kto był rybakiem, mimo że nie chce, to jednak uczy swoje dzieci rybaczenia. Ma to miejsce szczególnie na wschodnim wybrzeżu, wśród Kaszubów. Natomiast jak każda nowoczesność, te młodsze pokolenia czerpią wiedzę już nie od rodziców, a ze szkoły i internetu, więc te tradycyjne wierzenia traktują jako bajki – może babci, może dziadka...

Gdy jednak patrzę na to z perspektywy osoby, która średnio raz w roku wybiera się nad Morze Bałtyckie i uwielbia obserwować kutry wracające do portu o wschodzie słońca, mam poczucie, że to właśnie my jako turyści potrzebujemy tych rybackich legend, aby uświadomić sobie, na czym to wszystko tak naprawdę polega. Bo praca na kutrze faktycznie jest ciężką, fizyczną pracą, której wiele kobiet mogłoby nie podołać. Z kolei wiara w świętą strażniczkę pomaga nam uzmysłowić sobie niebezpieczeństwo, z jakim mogą zmierzyć się ludzie na morzu. Bo natura bywa nieprzewidywalna. I tak jak my bardziej lub mniej wierzymy w opowieści naszych babć, że burza to gniew Boga, o tyle mieszkańcy ośrodków rybackich zapewne w mniejszym lub większym stopniu wspominają od czasu do czasu świętą strażniczkę – szczególnie podczas sztormu. 


Czytaj także: