O pop-psychologicznych modach, mechanizmach obronnych, prawdziwej przemocy i o tym, dlaczego etykiety czasem zamykają nam drogę do uleczenia, rozmawiam z psycholożką i psychoterapeutką Dorotą Kostrzewą.

WIDEO

player placeholder

Kryzys, niedopasowanie czy kliniczne zaburzenie?

Pytanie „czy on był narcyzem?” Dorota Kostrzewa słyszy w gabinecie niemal codziennie. Jak sama przyznaje, ludzie z kliniczną diagnozą narcystycznego zaburzenia osobowości (NPD) niezwykle rzadko szukają pomocy, bo po prostu nie widzą problemu w sobie. Za to cechy narcystyczne ciągle wracają w opowieściach skrzywdzonych kobiet. Opowiadają one o partnerach, którzy musieli być w centrum uwagi, obrażali się na każde „nie”, nigdy nie przyznawali do błędu i zbywali ich cierpienie komentarzem o „innej wrażliwości”. Psycholożka stawia sprawę jasno: takie zachowania to po prostu przemoc psychiczna i to niezależnie od tego, jaką diagnozę dostałby partner.

W codziennym życiu bardzo łatwo pomylić narcyzm z zupełnie innymi zjawiskami, które z bliska wyglądają łudząco podobnie. Czasem jest to zwykły kryzys, w którym dwoje ludzi po prostu przestało się wzajemnie słyszeć. Innym razem mamy do czynienia z niedopasowaniem stylów przywiązania, gdy jedna strona potrzebuje bliskości, a druga oddechu. Im bardziej pierwsza próbuje się zbliżyć, tym bardziej druga się cofa, odtwarzając wzorce tego, jak w dzieciństwie nauczyła się być blisko.

Zobacz także:

Często grą pozorów stają się również obronne mechanizmy samej końcówki związku. Kiedy ktoś wie, że odchodzi, albo zmaga się z poczuciem winy, jego psychika próbuje chronić się przed tym ciężarem. Taka osoba robi się zimna, obwinia partnera i modyfikuje wspólną historię tak, aby wyjść z niej całkowicie „czysto”. Z bliska wygląda to jak narcyzm, a kluczowa różnica, tkwi w tym, czy relacja wyglądała tak od samego początku, czy dany wzorzec pojawił się dopiero na jej końcu.

Cechy narcystyczne ma w jakimś stopniu każdy z nas – jak określa to Dorota Kostrzewa, to płynny suwak, a nie sztywna szufladka. O zaburzeniu mówimy dopiero wtedy, gdy ten schemat staje się sztywny, trwa od lat i manifestuje się nie tylko w związku, ale też w pracy, w rodzinie czy wśród znajomych. Zaburzenie to ma zresztą dwie twarze: głośną, pewną siebie, oraz cichą, w której ktoś obraża się, czuje niedoceniony i wycofuje. Pod obiema kryje się to samo kruche poczucie własnej wartości, które wymaga nieustannego podpierania, to co prawda wyjaśnia zachowanie partnera, ale w żaden sposób go nie usprawiedliwia.

Odwołując się do kryteriów diagnostycznych DSM-5, narcystyczne zaburzenie osobowości wymaga spełnienia co najmniej pięciu z dziewięciu konkretnych cech, a badania szacują jego występowanie od około jednego do kilku procent populacji (zależnie od badania). Ekspertka przypomina jednak o fundamentalnej zasadzie: diagnozy nie stawia się zaocznie ani na podstawie opowieści drugiej strony. Żaden terapeuta nie określi na podstawie relacji, kim dokładnie był były partner, ale zmęczenie i cierpienie kobiety są w pełni realne i liczą się tak samo, również bez tej odpowiedzi.

Dlaczego nazwanie byłego „narcyzem” daje ulgę?

Użycie słowa „narcyz” działa często jak psychologiczny kompres na rozpaloną głowę - mechanizm ten Dorota Kostrzewa doskonale zna ze swojej pracy i w pełni go rozumie. Po rozstaniu w człowieku panuje chaos: wspomnienia się nie zgadzają, wraca dręczące pytanie „co ze mną nie tak?”, a pod nim kryje się wstyd z powodu przetrwania tylu trudnych chwil. Jedno słowo ,,narcyz” porządkuje ten chaos: pojawia się jasne wyjaśnienie, jest wskazany sprawca, a w internecie łatwo znaleźć potwierdzenie, że „on tak ma”.

Nazwanie bólu przywraca poczucie kontroli, które działa jak środek przeciwbólowy. Pop-psychologia podsuwa gotowe listy objawów pasujące do każdego w gorszym dniu. Jak zaznacza psycholożka: jeśli tak zrobiłaś, to w porządku jako pierwszy krok, o ile nie zostanie on jedynym.

Etykietowanie niesie ze sobą poważną pułapkę. Zaburzenie to sprawa jednej osoby, podczas gdy związek tworzą dwie strony. Kostrzewa kategorycznie rozdziela w tym miejscu dwie kwestie: odpowiedzialność za rozpad związku to nie to samo co wina za doznaną krzywdę. Za koniec relacji odpowiadają zwykle dwie osoby w różnych proporcjach, ale ta zasada absolutnie nie dotyczy przemocy.

Za przemoc odpowiada wyłącznie ten, kto ją stosuje, bez względu na to, czy posiada diagnozę. Jeśli ktoś w związku Cię poniżał, kontrolował albo sprawiał, że wątpiłaś we własną pamięć, krzywda jest prawdziwa. Próba przyglądania się własnemu udziałowi w relacji nie jest szukaniem w sobie winy - to pytanie o to, na co się godziłaś i czego się wtedy bałaś, na które wcale nie musisz odpowiadać dzisiaj.

Jak potoczny język utrudnia wyciąganie wniosków

Dorota Kostrzewa zwraca uwagę na zjawisko niebezpiecznej inflacji pojęć psychologicznych. Słowa takie jak gaslighting, toksyczność czy narcyzm powstały po to, żeby nazwać konkretne, wąskie zjawiska.

Gaslighting to systematyczne podważanie czyjegoś poczucia rzeczywistości, aż dana osoba przestanie ufać własnej pamięci. W potocznym użyciu oznacza każdą kłótnię odmiennie zapamiętaną przez obie strony. Pamiętajmy, że kiedy jedno pojęcie rozciąga się na wszystko, przestaje ono czegokolwiek rozróżniać - podczas gdy po rozstaniu potrzebujemy właśnie rozróżniania, by nie powtórzyć tego samego schematu z innym człowiekiem.

Zdaniem psycholożki etykieta zamyka rozmowę, którą trzeba by odbyć ze sobą. Stwierdzenie „był narcyzem” odpowiada na pytanie o niego, ale milczy o tym, co Ciebie w tej relacji trzymało i dlaczego zostałaś, kiedy pierwszy raz poczułaś, że się kurczysz. Z etykiety wychodzi prosta, ale mało przydatna rada: unikać narcyzów. Tylko że nikt nie nosi takiego ostrzeżenia napisanego na czole.

Dużo cenniejszy wniosek wypływa z opisu konkretnego mechanizmu. Zdanie: „Za każdym razem, gdy powiedziałam, że coś mnie zabolało, kończyło się tak, że to ja przepraszałam” mówi więcej niż słowo gaslighting. Pokazuje bowiem prostą zasadę: kiedy ktoś już na początku obraża się na moje „nie”, to jest sygnał ostrzegawczy, a nie nasza przesada.

 Jeśli czytając to, myślisz „to o mnie” to nie dlatego, że jesteś przypadkiem z podręcznika, ale dlatego, że ten mechanizm jest po prostu niezwykle częsty.

Co więcej, nadużywanie tych pojęć ma również wymiar społeczny. Gdy „narcyzem” staje się każdy trudny były partner, słowo to przestaje chronić te kobiety, które naprawdę przeszły przemoc,  ich opis brzmi bowiem w sieci dokładnie tak samo jak opis zwykłego, choć bolesnego rozstania.

– To, co zabolało w relacji, nie goi się od przeglądania słownika. Goi się w bezpiecznej relacji, takiej, w której ktoś słyszy Cię bez stawiania diagnoz i bez oceniania. Dokładnie tak zaczyna się terapia: od bycia usłyszaną, a nie od szukania nazwy dla zachowań byłego partnera – podsumowuje psycholożka.


O ekspertce:

Dorota Kostrzewa – psycholożka i psychoterapeutka w nurcie humanistyczno-integratywnym, pracuje z dorosłymi nad relacjami, samooceną i emocjami. Prowadzi portal psycholozkapozytywna.pl, jest autorką licznych komentarzy psychologicznych.


Czytaj także: