Partner jest z tobą w domu. Nie wyjechał służbowo, nie pracuje za granicą, nie znika z domu na całe dnie. Jest tuż obok – być może siedzi obok ciebie na kanapie, a może jecie wspólną kolację lub oglądacie coś w telewizji. Mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że żyje gdzie indziej. W trakcie rozmowy zerka na telefon, w trakcie posiłku odpowiada na telefon z pracy. Nadchodzi wieczór, a on, zamiast spędzać czas z tobą, zanurza się w świecie newsów, mediów społecznościowych, podpina się pod Discorda i gra ze znajomymi lub… dokańcza służbowe zadania. Formalnie jest obecny, ale emocjonalnie – znajduje się zupełnie gdzie indziej

WIDEO

player placeholder

To sceny, których w dzisiejszym świecie doświadcza naprawdę wiele kobiet. Przygotowując ten tekst, byłam zaskoczona, jak wiele mam osób we własnym otoczeniu, które spotykają się z takim zachowaniem. Cyfrowe wdowieństwo to termin, który wydaje się idealnie opisywać to zjawisko. Termin powstał pierwotnie w odniesieniu do partnerek mężczyzn uzależnionych od gier komputerowych, ale współcześnie nabrał znacznie szerszego znaczenia. Cyfrowa wdowa niekoniecznie żyje z zapalonym graczem. Równie dobrze może być partnerką menedżera, przedsiębiorcy, programisty, inwestora, fana sportu albo po prostu człowieka, który większość wolnego czasu spędza online.

To ważne rozróżnienie, bo źródłem problemu nie jest sama technologia. Smartfony, internet czy media społecznościowe są jedynie narzędziami. Znacznie większe znaczenie ma kultura permanentnej dostępności, która sprawiła, że granice między pracą, rozrywką i życiem prywatnym zaczęły się zacierać. W efekcie coraz więcej osób fizycznie przebywa w domu, ale mentalnie pozostaje gdzie indziej.

Zobacz także:

Praca zajmuje więcej przestrzeni niż kiedykolwiek wcześniej

Wystarczy, że pomyślimy o tym, jak rzeczywistość wyglądała jeszcze kilkanaście lat temu. Praca kończyła się wraz z wyjściem z biura – stacjonarny komputer zostawał na biurku. Nawet po wprowadzeniu do powszechnego obiegu służbowych laptopów, bardzo często zostawały one w pracy. Czas wolny był przestrzenią względnie odesparowaną od zawodowych obowiązków. Oczywiście nie oznaczało to idealnej równowagi, ale istniały granice, które pomagały ją utrzymać.

Dziś te granice są coraz mniej widoczne. Smartfon sprawił, że praca może towarzyszyć nam wszędzie. Służbowe maile, komunikatory i aplikacje projektowe mieszczą się w kieszeni. Wystarczy kilka sekund, by sprawdzić wiadomość od klienta albo odpowiedzieć na pytanie współpracownika. Technicznie rzecz biorąc, nigdy nie byliśmy bardziej mobilni. W praktyce oznacza to jednak również, że nigdy wcześniej nie byliśmy tak łatwo dostępni.

Praca hybrydowa, chociaż, trzeba przyznać, ma wiele zalet, jednocześnie przyłożyła kolejną cegiełkę przyspieszającą proces budowania kanałów komunikacji bez konieczności codziennego widywania się w budynku. Dla wielu osób dom przestał być miejscem odpoczynku, a stał się przedłużeniem biura. Kuchenny stół zamienia się rano w stanowisko pracy, a wieczorem trudno psychicznie opuścić zawodowy tryb funkcjonowania. Nawet jeśli laptop zostaje zamknięty, uwaga często pozostaje skupiona na nierozwiązanych problemach, niedokończonych zadaniach i oczekiwaniu na kolejne wiadomości.

Technologie, które miały dać nam większą swobodę, często sprawiły, że praca zaczęła zajmować znacznie więcej przestrzeni niż dawniej. Nie tylko dlatego, że pracujemy nieustannie, ale dlatego, że coraz rzadziej naprawdę przestajemy o niej myśleć.

– Mój partner zaczął pracę zdalną kilka lat temu. To miało mu umożliwić osiągnięcie zagranicznych zarobków bez konieczności wyprowadzania się z kraju. Zostanie w Polsce to był nasz priorytet. Ale skończyło się to tak, że mój partner jest cały czas podpięty pod pracę – usłyszałam od jednej z koleżanek, kiedy zdradziłam, jakim tekstem się aktualnie zajmuję. – Trudno jest mu rozgraniczyć czas między pracą i życiem prywatnym. Mają w teamie osoby z różnych stref czasowych, więc w zależności od tego, kto kiedy zaczyna pracę, wiadomości potrafią spływać nawet o 23:00. 

Hobby? Bycie online

Byłoby jednak błędem sprowadzać zjawisko cyfrowego wdowieństwa wyłącznie do zawodowych obowiązków. Praca jest tylko jednym z wielu konkurentów walczących dziś o naszą uwagę.

Internet został zaprojektowany tak, by nieustannie dostarczać nowych bodźców. Media społecznościowe oferują nieskończony strumień treści, platformy streamingowe automatycznie uruchamiają kolejny odcinek serialu, a serwisy informacyjne przez całą dobę produkują nowe wiadomości. Do tego dochodzą gry online, transmisje sportowe, podcasty, kanały na YouTubie, grupy dyskusyjne i niezliczone aplikacje, które skutecznie wypełniają każdą wolną chwilę.

Jeszcze niedawno nuda była naturalnym elementem codzienności. Czekanie na autobus, spacer, wspólny wieczór czy chwila ciszy po kolacji pozostawiały przestrzeń na rozmowę albo zwykłe bycie razem. Dziś niemal każdy moment bez konkretnego zajęcia natychmiast zostaje zagospodarowany przez ekran. Wystarczy kilka sekund przerwy, by ręka automatycznie sięgnęła po telefon.

To właśnie dlatego wiele osób nie zauważa, kiedy zaczyna oddalać się od partnera. Nie dzieje się to gwałtownie. Relacja nie rozpada się w wyniku jednego wydarzenia. Znacznie częściej więź osłabia się stopniowo, poprzez utratę setek drobnych momentów codziennej bliskości. Rozmowy przy śniadaniu stają się krótsze. Wieczorne podsumowania dnia ustępują miejsca scrollowaniu mediów społecznościowych. Wspólne siedzenie na kanapie nie oznacza już wspólnego spędzania czasu.

Ekran vs człowiek

Z perspektywy partnerki taka sytuacja często wygląda jak kwestia wyboru. Skoro ktoś poświęca kilka godzin dziennie telefonowi, komputerowi czy telewizorowi, można odnieść wrażenie, że świadomie stawia te aktywności ponad relację. Psychologia podpowiada jednak, że mechanizm jest bardziej skomplikowany.

Uwaga to jeden z najcenniejszych towarów na rynku. Nie bez powodu firmy technologiczne inwestują miliardy złotych w projektowanie produktów, które mają zatrzymywać użytkownikow na dłużej. Każde powiadomienie, rekomendacja czy automatycznie uruchamiany film ma zwiększać prawdopodobieństwo, że zostaniemy online jeszcze kilka minut.

Ten mechanizm działa zarówno w trakcie scrollowania mediów społecznościowych, jak i w trakcie grania. Chodzenie od questa do questa, zdobywanie nagród, pokonywanie przeszkód i zagadek wciąga dokładnie tak samo, jak “jeszcze jeden odcinek serialu” lub kolejny scroll na TikToku. Nigdy nie wiesz, kiedy trafisz na jeszcze bardziej interesującą treść, więc kontynuujesz wykonywanie czynności w oczekiwaniu na “nagrodę”. Taka nieprzewidywalność sprawia, że trudno przerwać, bo przecież warto zostać jeszcze chwilę.

– Mój narzeczony często zaczyna granie “tylko godzinkę”. Gra ze znajomymi, kiedy ja chociażby gotuję albo wychodzę z psem czy sprzątam. Tylko często ta godzina to najczęściej tylko wstęp. Robi się z tego często 5 godzin albo nawet dłużej – mówi moja znajoma, Ania. – Też lubię grać, często do niego dołączam, ale potrafię odróżnić, kiedy pora przestać. A czasem mam wrażenie, że on totalnie nie ma tego wyczucia. 

W porównanie do systemu nagród związanego ze scrollowaniem, graniem czy oglądanie, realne relacje wydają się mniej spektakularne. Zwlaszcza, gdy są codziennością i dotyczą osob, z którymi się mieszka. Nie oferują nowych bodźcow co kilkanaście sekund, a co więcej – wymagają cierpliwości, skupienia i gotowości do wysłuchania drugiej osoby. Paradoksalnie to właśnie te cechy, które budują trwałą bliskość, przegrywają dziś z byciem online. 

Samotność we dwoje

To prowadzi nas do clue całego zagadnienia cyfrowego wdowieństwa. Emocjonalna nieobecność, którą odczuwa druga strona, jest naprawdę bolesna. Kiedy rozmawiałam o tym ze znajomymi, osoby, które odczuwają taką nieobecność partnera, bardzo rzadko pojawiała się złość na samą technologię czy otwarcie możliwości w kontekście pracy. Znacznie częściej pojawia się poczucie niewidzialności.

– Najbardziej mnie denerwuje, kiedy on siada do sesji grania i kompletnie go nie ma. Muszę powtarzać kilka razy pytanie, bo jest mu ciężko się oderwać na sekundę – mówi Ania. – A te pytania nie dotyczą tylko mnie. Pytam, czy ma rzeczy do prania, co chce zjeść na kolację, czy jutro idziemy do rodziców, bo moja mama pyta. 

Zapytałam, czy przeszkadza jej to, że on tyle czasu poświęca na granie. 

– Nawet nie chodzi o samo granie. Też mam swoje hobby. Mam się czym zająć, kiedy on gra. Nie tylko ogarniam w domu, ale czytam książki, kolekcjonuję różne rzeczy, więc czasem sobie ogarniam porządek w swoich rzeczach. Ostatnio szydełkuję. Więc tu nie chodzi o to, że ma coś, co lubi robić, ale brak odpowiedzialności i… nieobecność. 

To wydaje się dość powszechne zjawisko. Nawet, jeśli mówimy tylko o casualowym graniu, bardzo często jest tak, że osoba, która gra, traci całkowicie kontakt z otaczającą ją rzeczywistością. Jest obecna w 100% online, na voice chat i w grze. 

Taka nieobecność często budzi frustrację i daje poczucie potrzeby rywalizacji o uwagę z urządzeniem elektronicznym. Paradoksalnie wcale nie chodzi o brak czasu. Jego jest nawet więcej niż dawniej, bo praca zdalna ograniczyła dojazdy i zwiększyła liczbę godzin spędzanych w domu. Problem polega na tym, że sama fizyczna obecność nie wystarcza do budowania bliskości.

Jak wiadomo, jakość relacji zależy przede wszystkim od uwagi. To ona sprawia, że czujemy się zauważeni, wysłuchani i ważni dla drugiej osoby. Gdy uwaga zostaje nieustannie rozpraszana przez ekran, nawet wieloletni związek może stopniowo tracić poczucie emocjonalnej bliskości.

To doświadczenie idealne opisuje fraza: “samotność we dwoje”. Wspólne mieszkanie, dzielenie obowiązków, planowanie przyszłości, ale coraz rzadziej prawdziwe uczestniczenie w swoim życiu.

To problem, który nie ma płci

Temat przedstawiam od strony kobiecej, ale rzeczywistość wcale nie jest taka zero-jedynkowa. Kobiety również mogą być częścią tego problemu. Przecież też pracujemy zdalnie, prowadzimy biznesy online, budujemy swoją obecność w mediach społecznościowych i również możemy interesować się grami. Dodatkowo każda z nas funkcjonuje pod presją nieustannej produktywności i często pracujemy po godzinach.

Coraz częściej problem nie polega więc na tym, że jedna osoba jest pochłonięta światem cyfrowym, a druga pozostaje poza nim. W większości przypadków mamy do czynienia z sytuacją, w której oboje partnerzy funkcjonują w równoległych rzeczywistościach online. Siedzą obok siebie, ale każde z nich przegląda swój feed w mediach społecznościowych, własne wiadomości i własne algorytmicznie dopasowane treści.

Cyfrowe wdowieństwo to naprawdę ogromna zmiana, która znacznie wpływa na dzisiejsze związki. Jest skutkiem modelu życia, w którym coraz większa część naszej uwagi zostaje przechwycona przez technologie.

Uwaga to najcenniejsze, co mamy

– Wiesz co, ja bardzo doceniam to, że mieliśmy taką możliwość, żeby zostać w Polsce, a jednocześnie mieć lepsze pieniądze. Tylko chciałabym, żeby to wyglądało bardziej na zasadzie: pracuję od godziny x do godziny y, potem zamykam laptopa, mam czas prywatny. A w tej chwili to pracuje trochę o 8:00, trochę o 12:00, trochę o 18:00, a potem nawet o 22:00. W efekcie nigdy nie mam go na 100%, bo jest w ciągłej gotowości, bo a nuż zaraz ktoś będzie czegoś potrzebować – usłyszałam jako odpowiedź od znajomej, gdy zapytałam, czy żałuje, że podjęli taką decyzję z partnerem.

Zadziwiające jest to, że nikt go nie zmusza. Dopytałam: ma swoje ustalone godziny pracy, ale fakt, że ma ciągle powiadomienia z czatów służbowy, przyciąga jego uwagę i sprawia, że znów się zajmuje obowiązkami.

Rozwiązaniem nie musi być całkowita rezygnacja z technologii. Trudno wyobrazić sobie współczesne życie bez internetu, smartfonów i cyfrowych narzędzi pracy. Coraz bardziej potrzebne wydaje się jednak odzyskanie granic, które pozwalają odróżnić czas zawodowy od prywatnego, a kontakt online od prawdziwej obecności.

Cyfrowe wdowy przypominają o czymś, co w epoce nieustannego połączenia z siecią łatwo przeoczyć. Ostatecznie o jakości związku nie decyduje liczba godzin spędzonych pod jednym dachem. Decyduje to, komu i czemu poświęcamy swoją uwagę. Bo właśnie uwaga stała się dziś najbardziej deficytową formą bliskości.


Czytaj także: