“Bądź grzeczna” – która z nas nie usłyszała tego zdania w dzieciństwie przed wyjściem z domu, w trakcie zakupów czy innych aktywności? Wydaje się ono bardzo niewinnym wyrażeniem, ale wiele z nas słyszało w nim coś więcej: nie złość się, nie płacz, nie sprawiaj kłopotu, nie bądź trudna. Po latach okazuje się, że rachunek za tę lekcję potrafi być wysoki. Płacimy go lękiem przed konfliktem, wyrzutami sumienia po odmowie i terapią, na której po raz pierwszy uczymy się, że nasze emocje nie były problemem. 

WIDEO

player placeholder

Oczywiście samo zdanie nie jest winowajcą. Większość rodziców wypowiada je z troski, chcąc nauczyć dziecko funkcjonowania w społeczeństwie i budowania relacji z innymi. Problem zaczyna się wtedy, gdy “grzeczność” przestaje oznaczać szacunek do innych, a zaczyna oznaczać rezygnację z samej siebie. Kiedy dziecko słyszy, że powinno być miłe, spokojne i bezproblemowe niezależnie od tego, co czuje, dostaje bardzo konkretną lekcję: akceptacja przychodzi wtedy, gdy nie sprawiasz kłopotów. A wraz z akceptacją – nagroda.

To właśnie dlatego tak wiele dorosłych nie ma dziś problemu z ciężką pracą, odpowiedzialnością czy troską o innych. Ma natomiast ogromny kłopot z powiedzeniem prostego “nie”, wyrażeniem złości albo przyjęciem faktu, że ktoś może być nimi rozczarowany. Nie dlatego, że są słabi. Dlatego, że przez lata ćwiczyli przekonanie, że bezpieczeństwo zależy od zadowalania innych.

Zobacz także:

Jedno proste zdanie, dwa różne przekazy

Kiedy słyszymy słowo “grzeczność”, zwykle myślimy o uprzejmości, szacunku i umiejętności życia wśród innych ludzi. Brzmi to dość rozsądnie, prawda? Ale w praktyce ta grzeczność oznaczała coś zupełnie innego. Nie chodziło o szacunek wobec innych, lecz o wygodę otoczenia.

Dziecko było grzeczne wtedy, gdy nie protestowało. Gdy nie płakało za długo, nie zadawało zbyt wielu pytań i nie wyrażało emocji, które mogłyby wywołać dyskomfort u dorosłych. W wielu domach nagrodą była aprobata, a karą niezadowolenie. Z perspektywy dziecka zależność była prosta: jeśli chcę być kochana i akceptowana, powinnam zachowywać się tak, by nikomu nie przeszkadzać.

Nauka tłumienia siebie

Przygotowując ten tekst, sięgnęłam do badań i wypowiedzi psychologów dotyczących emocji oraz wpływu wychowania na rozwój człowieka. Psycholożka kliniczna Brené Brown zwraca uwagę, że tłumienie trudnych emocji nie sprawia, że znikają – ogranicza jedynie nasz kontakt z nimi (o tłumieniu emocji wspomina wielokrotnie, m.in. w książkach "The Gifts of Imperfection", "Atlas of the Heart", a także w trakcie wykładu TEDx "The Power of Vulnerability"). Badania nad socjalizacją dziewczynek wskazują, że od najmłodszych lat częściej nagradza się je za ugodowość i współpracę niż za zachowania asertywne (o różnicach w wychowaniu chłopców i dziewcząt możemy przeczytać m.in. w książce Carol Gilligan, "In a Different Voice"). Wszystkie te obserwacje prowadzą do podobnego wniosku: kiedy uczymy się, że pewnych emocji nie wolno okazywać, nie zyskujemy nad nimi kontroli. Uczymy się jedynie je ukrywać. 

Z zewnątrz wygląda to jak opanowanie. W rzeczywistości – to strategia przetrwania. Człowiek odcina się od części własnych przeżyć, ponieważ kiedyś nauczył się, że są one niepożądane. Jednak trzeba pamiętać, że emocje nie znikają tylko dlatego, że przestajemy je okazywać. Pozostają w nas i nadal wpływają na nasze decyzje, relacje oraz sposób postrzegania siebie.

Lęk przed odczuwaniem złości

Spośród wszystkich emocji to właśnie złość budzi najwięcej lęku. Szczególnie wśród kobiet, które przez pokolenia słyszały, że powinny być miłe, wyrozumiałe i ugodowe. Złość nie pasowała do tego obrazu. Kojarzyła się z agresją, egoizmem albo utratą kontroli.

Tymczasem złość jest jedną z najbardziej potrzebnych emocji. To ona informuje nas, że ktoś przekracza nasze granice, że dzieje się coś niesprawiedliwego albo że nasze potrzeby są ignorowane. Jest naszym wewnętrznym systemem alarmowym, który sygnalizuje przekraczanie granic i pomaga chronić własne potrzeby.

Jeżeli jednak przez lata słyszymy, że złość jest czymś złym, zaczynamy ignorować własne sygnały ostrzegawcze. Zamiast powiedzieć: “To mi nie odpowiada”, próbujemy bardziej się postarać. Zamiast postawić granicę, szukamy winy w sobie. Zamiast zaufać własnym odczuciom, zastanawiamy się, co możemy zrobić, żeby druga osoba była bardziej zadowolona.

To dlatego tak wiele osób trafiających na terapię mówi, że praktycznie nie odczuwa złości. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że złość była obecna przez całe życie. Po prostu za każdym razem była zamieniana na poczucie winy, lęk albo samokrytykę.

Tak rodzi się people pleasing

People pleasing rzadko zaczyna się od nadmiernej życzliwości. Znacznie częściej zaczyna się od lęku. Człowiek uczy się, że bezpieczeństwo zależy od zadowalania innych, dlatego robi wszystko, by unikać konfliktów i rozczarowań. Taka osoba jest pomocna, odpowiedzialna i empatyczna. Chętnie bierze na siebie dodatkowe obowiązki, pamięta o potrzebach innych i rzadko odmawia. Jednak jej zachowanie nie zawsze jest wyborem. Często jest próbą utrzymania poczucia bezpieczeństwa.

Jeżeli w dzieciństwie nauczyłyśmy się, że akceptacja zależy od naszego zachowania, w dorosłości możemy nieświadomie próbować zasłużyć na nią w ten sam sposób. Każde niezadowolenie drugiej osoby zaczyna wtedy wyglądać jak zagrożenie. Każda odmowa wywołuje poczucie winy. Każdy konflikt urasta do rozmiarów katastrofy.

W rezultacie życie coraz bardziej koncentruje się wokół emocji innych ludzi. Ich potrzeby stają się ważniejsze, ich oczekiwania bardziej istotne, a ich opinie mają większy wpływ na nasze samopoczucie niż własne przekonania.

“Nie” to najtrudniejsze słowo ze słownika

Dla wielu osób słowo “nie” jest jednym z najtrudniejszych do wypowiedzenia. Powód? Jest znacznie głębszy niż niewiedza na temat tego, czego się chce czy brak charakteru. Osoby wychowane w przekonaniu, że powinny być grzeczne i bezproblemowe, często odbierają odmowę jako coś więcej niż zwykłą informację. W ich odczuciu odmowa staje się dowodem egoizmu, niewdzięczności albo braku troski o drugiego człowieka. Nawet jeśli rozum podpowiada im, że mają prawo odmówić, emocje mówią coś zupełnie innego.

To dlatego tak często tłumaczymy się częściej, niż jest to konieczne. Szukamy usprawiedliwień, negocjujemy i od razu proponujemy kompromisy, nawet nie wiedząc, czy druga strona w ogóle odczuwa rozczarowanie. Sama myśl, że ktoś może być niezadowolony, uruchamia dawny lęk przed utratą akceptacji.

Co ciekawe, osoby mające największy problem z odmawianiem bardzo często są również tymi, które najrzadziej proszą o pomoc. Przywykły do roli opiekuna, organizatora i ratownika. Potrafią wspierać wszystkich wokół, ale czują ogromny dyskomfort, gdy same czegoś potrzebują. Brzmi znajomo?

Cena bycia “lubianą”

Przez długi czas taka strategia może wydawać się skuteczna. Ludzie nas lubią. Konfliktów jest niewiele. Otoczenie postrzega nas jako osoby odpowiedzialne i godne zaufania. Ale każda relacja oparta wyłącznie na dostosowywaniu się do potrzeb innych ma swoją cenę. Z czasem pojawia się zmęczenie. Narasta frustracja, której nie potrafimy nazwać. Coraz częściej mamy poczucie, że dajemy innym więcej, niż same otrzymujemy. Jednocześnie trudno nam cokolwiek zmienić, ponieważ przez lata budowałyśmy swoją wartość na czuciu się potrzebnymi.

Wiele osób dochodzi w pewnym momencie do ściany. Odkrywa, że nie wie, czego naprawdę chce, ponieważ całe życie koncentrowało się na spełnianiu oczekiwań innych. Zna potrzeby partnera, dzieci, przyjaciół i współpracowników, ale ma problem z odpowiedzią na pytanie o własne uczucia. 

W pewnym momencie pojawia się pytanie: czy naprawdę jestem dobrym człowiekiem, czy raczej kimś, kto nigdy nie nauczył się stawiania granic? 

Terapia pomaga wyznaczyć własne granice

Wspominałam już o tym, że jeśli raz się nauczysz “bycia grzeczną”, może się to skończyć wizytą w gabinecie terapeuty. Tak właśnie skończyło się u mojej znajomej, która z zaspokajania potrzeb innych uczyniła mistrzostwo. Zapytałam ją o jej doświadczenia z terapii.

– Najbardziej mnie chyba zaskoczył brak fajerwerków. Myślałam, że odkrycia, do jakich dojdziemy z terapeutą, będą kluczowe i jasno określone. Tymczasem ja powoli sama odnajdywałam odpowiedzi na moje pytania. Uczyłam się wyrażać emocje, określać potrzeby i wyznaczałam własne granice. Czułam się jak dziecko, kiedy słyszałam pytanie: "No i jak się z tym czujesz?" – powiedziała Wiktoria.

Patrząc także na własne doświadczenia, mogę się z tym w pełni zgodzić. Dodatkowo, czas spotkań ze specjalistą to bardzo poruszające wydarzenie, ponieważ ktoś, kto całe życie był people pleaserem, po raz pierwszy spotyka się z przekonaniem, że też ma prawo czuć, odmawiać i mieć własne potrzeby.

Jedną z najcenniejszych nauk jest to, że pomiędzy odmową i egoizmem nie ma znaku równości. Że mając swoje limity wcale nie odrzucasz drugiego człowieka. Że bycie zdenerwowaną nie oznacza, że jesteś zła. Dla wielu osób brzmi to banalnie. Dla tych, którzy przez całe życie starali się być wygodni, mili i bezproblemowi, jest to często rewolucyjna zmiana sposobu myślenia. Nagle okazuje się, że nie trzeba zasługiwać na akceptację poprzez ciągłe poświęcanie siebie. Nie trzeba zgadzać się na wszystko, by pozostać wartościowym człowiekiem. Nie trzeba brać odpowiedzialności za emocje wszystkich wokół.

To dlatego tak wiele osób ma poczucie, że na terapii nadrabia lekcje, których zabrakło w dzieciństwie. Nie chodzi przy tym o obwinianie rodziców. Większość z nich przekazywała dalej to, czego sama się nauczyła. Problem jest znacznie szerszy i dotyczy modelu wychowania, który przez lata bardziej cenił posłuszeństwo niż emocjonalną autentyczność.

Zgoda na bycie człowiekiem

Złość, smutek i rozczarowanie nie znikają tylko dlatego, że nauczymy się ich nie pokazywać. Nadal w nas są. Znajdują jedynie inne ujście. Czasem jako perfekcjonizm, czasem jako lęk przed oceną, czasem jako chroniczne napięcie, a czasem jako nieustanne poczucie, że musimy zasłużyć na miłość.

Dorosłość dla wielu osób okazuje się procesem odzyskiwania prawa do własnych emocji. Złość, smutek czy rozczarowanie nie czynią nas trudnymi, niewdzięcznymi ani “niegrzecznymi”. Są częścią ludzkiego doświadczenia. Być może największą lekcją, jakiej uczymy się po latach, nie jest już bycie grzeczną, lecz zgoda na bycie sobą – również wtedy, gdy oznacza to powiedzenie “nie”, wyrażenie złości albo postawienie granicy. 


Czytaj także: