Z pewnością zaobserwowałaś, że kiedyś wychowanie dziewczynek wyglądalo zupełnie inaczej niż chłopców. Ujednolicenie metod wychowawczych to stosunkowo nowe zjawisko. Jeszcze kilkanaście lat temu dziewczynki chwalono przede wszystkim za grzeczność, ugodowość i umiejętność dostosowania się do innych. Mówiono, że powinny być miłe, pomocne i nie sprawiać problemów. Umacnianie ich w przekonaniu, że dobra relacja z otoczeniem wymaga wysiłku i akceptacja to coś, na co trzeba zasłużyć, sprawiło, że teraz większość dorosłych kobiet czuje potrzebę tłumaczenia się ze wszystkiego. 

WIDEO

player placeholder

Potrzeba wyjaśniania każdej decyzji, zwłaszcza tej negatywnej (odmowy, rezygnacji z czegoś czy obrania innej drogi życiowej niż ta “jedyna słuszna” w kontekście oczekiwań społecznych) to niemal odruch bezwarunkowy, ponieważ jesteśmy nauczone, że inni mają prawo do wyjaśnień, a ich zadowolenie jest równie ważne jak dbanie o własny komfort. 

Odpowiedzialność za emocje innych 

Dziewczynki bardzo wcześnie uczą się dostrzegać nastroje innych i reagować na nie. Są zachęcane do empatii, łagodzenia konfliktów i troski o relacje. To doprowadza do sytuacji, w której wiele kobiet zaczyna przejmować odpowiedzialność nie tylko za własne emocje, ale również za samopoczucie partnerów, rodziców, dzieci czy współpracowników. W takim kontekście zwykłe “nie chcę” faktycznie może wydawać się niewystarczające. Druga osoba pod żadnym pozorem nie może poczuć się odrzucona, zawiedziona albo urażona. Dlatego łagodzimy potencjalny dyskomfort poprzez dodatkowe wyjaśnienia. Tłumaczenie się w tej sytuacji działa jak mechanizm ochronny przed przykrymi emocjami.

Zobacz także:

Z czasem wykształcamy w sobie odruch tłumaczenia się i zaczynamy działać na autopilocie. Nawet wtedy, gdy ktoś nie oczekuje usprawiedliwień, otrzymuje szczegółowe wyjaśnienie podjętej przez nas decyzji, nawet tej pozornie nieistotnej. I to nie jest kwestia braku pewności siebie, ale wieloletnie przyzwyczajenie do pełnienia funkcji emocjonalnej opiekunki otoczenia.

Kobieca vs. męska asertywność 

Ciekawostką jest fakt, że ta sama cecha może być zupełnie inaczej odbierana w zależności od płci. Stanowczy mężczyzna często jest postrzegany jako zdecydowany i pewny siebie. Stanowcza kobieta może zostać uznana za nieprzyjemną, chłodną lub zbyt wymagającą. Tego rodzaju różnice są obecne zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. A przecież stanowczość to jedna z cech, która pozwala nam podejmować decyzje.

Na pozór może się wydawać, że to nie ma związku z potrzebą tłumaczenia się, ale jeśli zastanowić się nad tym chwilę – jest wręcz kluczowe. Jako kobiety dobrze wiemy, jakie cechy u nas “nie są pożądane”. Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze zachowanie będzie analizowane bardzo szczegółowo. To powód, dla którego wyprzedzanie krytyki weszło nam w krew. Zanim ktoś uzna naszą decyzję za egoistyczną lub niesprawiedliwą, za wczasu pokazujemy, że mamy ważne powody i naszym celem nie jest zranienie kogoś. 

Wyjaśnienie w tym przypadku działa jak zabezpieczenie. Ma pokazać, że za odmową nie stoi brak szacunku, ale konkretne okoliczności. Ale takie tłumaczenie się ze wszystkiego to zgubna droga. Może sprawić, że po jakimś czasie uznamy, że samo prawo do decydowania o sobie nie jest wystarczającym argumentem. 

Potrzeby innych na pierwszym planie

Człowiek jest istotą społeczną i naturalnie potrzebuje przynależności. A kobiety dodatkowo czują, że ich wartość jest ściśle związana z tym, jak są odbierane przez innych. W ten sposób otrzymujemy gotowy przepis na katastrofę.

Dobra córka, dobra partnerka, dobra matka, dobra pracownica i dobra przyjaciółka – zawsze w służbie innym, nigdy sobie. Nieustanne stawianie siebie na drugim miejscu sprawia, że powoli zaczynamy czuć ogromne wyrzuty sumienia, kiedy zaczynamy myśleć o tym, czego potrzebujemy my. W takiej sytuacji niesamowicie trudno jest podejmować jakiekolwiek decyzje wynikające z własnych potrzeb. A kiedy tylko uda nam się przełamać – natychmiast mamy poczucie winy i… kolejny raz się tłumaczymy. Po to, by zasłużyć na sympatię i zrozumienie.

Za wieloma wyjaśnieniami nie stoi więc potrzeba przekonania innych, że decyzja jest słuszna. Znacznie częściej chodzi o uspokojenie lęku przed tym, że samodzielny wybór może zostać odebrany jako przejaw egoizmu i doprowadzić do utraty akceptacji.

Wyjaśnianie i tłumaczenie się to nie to samo

Warto jednak pamiętać, że samo wyjaśnianie swoich decyzji nie jest czymś niewłaściwym. W zdrowych relacjach otwarta komunikacja buduje zaufanie i pomaga lepiej się rozumieć. Problem pojawia się wtedy, gdy wyjaśnienia nie wynikają z chęci rozmowy, ale z poczucia, że samo “nie chcę”, “nie mogę” albo “wybieram inaczej” nie jest wystarczającym powodem.

Jest ogromna różnica między powiedzeniem: “Nie przyjdę, ponieważ mam już inne plany”, a gorączkowym szukaniem argumentów, które mają przekonać drugą osobę, że nasza decyzja jest usprawiedliwiona. W pierwszym przypadku dzielimy się informacją. W drugim próbujemy zasłużyć na zrozumienie i uniknąć czyjegoś rozczarowania.

Nie każda decyzja wymaga obrony przed wyimaginowanym sądem. Czasem potrzeba odpoczynku, zmiana planów czy zwykłe “nie mam na to ochoty” są wystarczającymi powodami. Nie dlatego, że nie liczymy się z innymi, ale dlatego, że prawo do decydowania o sobie nie musi być za każdym razem poparte listą argumentów.

Nadmierne tłumaczenie to wyuczony mechanizm, nie kobieca natura

Kobiety nie rodzą się z potrzebą usprawiedliwiania każdego swojego wyboru. Nie jest to cecha charakteru ani element kobiecej natury. To efekt wieloletniej nauki, w której akceptacja otoczenia często była ważniejsza niż autonomia. Jeżeli przez całe życie człowiek słyszy, że powinien być miły, wyrozumiały i nie sprawiać problemów, zaczyna traktować własne potrzeby jak coś, co należy odpowiednio uzasadnić.

Dlatego kobiety tłumaczą się nie dlatego, że nie wierzą w swoje prawo do decydowania o sobie. Tłumaczą się dlatego, że przez lata były uczone, iż samo prawo do wyboru nie wystarczy. Że oprócz podjęcia decyzji trzeba jeszcze udowodnić, że nikogo się nie zawiodło, nikogo się nie zraniło i nadal zasługuje się na akceptację.

Dobra wiadomość jest taka, że skoro potrzeba ciągłego usprawiedliwiania się została wyuczona, można się jej również stopniowo oduczyć. Stawianie granic nie wymaga długich wyjaśnień. Czasem zwykłe “tak będzie dla mnie lepiej” jest wystarczającym powodem – nawet jeśli nie wszyscy będą zadowoleni z naszej decyzji. 


Czytaj także: