My, kobiety, od dziecka jesteśmy karmione szeregiem romantycznych mitów. Zaczyna się od starych bajek o księżniczkach, które zostają uratowane z wysokiej wieży, wiecznego snu lub rąk złej macochy – oczywiście przez księcia.

WIDEO

player placeholder

Nastolatki czują się zbyt dojrzałe na bajki, ale popkultura co najmniej od lat 90. zagospodarowuje również ten segment filmami o zwykłej dziewczynie/kujonce/szarej myszce/dziwaczce, która zostaje dostrzeżona przez kapitana drużyny czy innego chłopca w typie licealnej gwiazdy.

Dla kobiet dorosłych lista możliwych scenariuszy jest bardziej urozmaicona – ot, plus wyrośnięcia ze szkolnej ławki. Fabuła jest jednak podobna – przeciwności różnego typu i szczęśliwy finał.

Zobacz także:

I żyli długo i szczęśliwie

W życiu odpowiednikiem jest oczywiście ślub, najlepiej jak z bajki – w wynajętym pałacu, z balem i ucztą, w wymarzonej sukni i jako “najlepsza wersja siebie” (odpowiednio na tę okazję odchudzoną, a także we fryzurze i makijażu, które mają za sobą próby generalne).

Dobre to wszystko i piękne, zgodnie z antycznym wzorcem, gorzej, że nikt nie mówi tym wszystkim dziewczynkom, nastolatkom i pannom młodym, co dzieje się po "żyli długo i szczęśliwie”. Rozwody od dawna nie są w Polsce zjawiskiem marginalnym – w dużych miastach w ten sposób kończy się już ponad ⅓ małżeństw, do tego 66 proc. pozwów jest składanych przez kobiety. Tyle że nikt, biorąc ślub, nie przypuszcza, że ma cokolwiek ze statystyką wspólnego.

Wierzymy, że skoro mamy na palcu pierścionek, to miłość już na zawsze. Łatwo dyskredytujemy swoje poprzednie związki – te, które nie zakończyły się ślubem. Bo skoro się nim nie zakończyły, to widocznie on nie był “tym jedynym”. A być może wszyscy jesteśmy dla siebie tylko etapami. Miłość nie musi być do grobowej deski, żeby była prawdziwa. I piszę to również z własnego doświadczenia.

Kiedy Ewa Chodakowska ogłosiła, że po 17 latach rozstaje się z Lefterisem Kavoukisem, informacja z miejsca stała się najgłośniejszą informacją dnia (a pewnie i miesiąca – nie mam cienia wątpliwości, że przyćmi publiczny spór wokół roli Tosi w sequelu “Nigdy w życiu”).

Związek przez lata był częścią publicznego wizerunku trenerki – kolejną rzeczą, która miała udać się, nie inaczej niż wyzwanie bikini, dzięki ciężkiej pracy, konsekwencji i wspólnemu celowi.

Żeby ukrócić domysły, Chodakowska w swoim oświadczeniu dobitnie podkreśliła brak konfliktu czy osoby trzeciej, pisząc o tym że “dali sobie wszystko, co mieli do zaoferowania”, a w tej historii nie ma “winnego ani ofiary”. To praca miała zdominować wszystkie sfery ich życia, zaś oni sami ponoć zaczęli wyobrażać sobie przyszłość inaczej.

Choć wyjaśnienie jest antytezą tego, czego poszukuje się na portalach plotkarskich, jest ciekawe z innego powodu. Pokazuje coś, co nie mieści się polskim imaginarium małżeństwa i rozwodu – że związek może się skończyć nie dlatego, że od początku był pomyłką, albo ktoś zdradził, ale dlatego, że przestał się sprawdzać. Ale co ważniejsze, że małżeństwo nie musi być “na zawsze”, żeby można je było uznać za udane.

Magia i groźba przysięgi 

Przekonanie o trwałości związku jest według mnie, wyżej podpisanej, niezbędne, by w ogóle był sens w nim pozostawać. Trudno zbudować bliskość, jeśli myślimy, że nasz partner “na teraz może być”, ale kredytu byśmy z nim nie brali. Bez założenia, że druga osoba jutro nadal będzie obok, nie sposób podejmować wspólnych decyzji ani urządzać życia. Gorzej, gdy obietnicę trwałości mylimy z gwarancją.

– Jeśli zakładamy, że coś jest “już na zawsze” i przestajemy się starać, to przekonanie może nie służyć nie tyle nam, ile naszemu związkowi. Jednocześnie przeświadczenie o trwałości relacji to fundamentalna ludzka potrzeba – niezależna od płci, wieku czy orientacji. Przekonanie, że nasza najbliższa osoba, nasz partner nas nie opuści, daje poczucie bezpieczeństwa, bardzo ważne w każdym związku. Jednym z wyznaczników bezpieczeństwa w relacji jest wiara w to, że kiedy zwrócimy się do drugiej osoby, ona będzie tam dla nas – że będziemy mieli oparcie w trudnych chwilach, poczucie bycia wysłuchanymi i że będziemy czuć się dla niej ważni – mówi Agnieszka Koch, psycholożka i terapeutka par związana z Uniwersytetem SWPS. 

Licznik miłości

Być może właśnie dlatego tak chętnie liczymy miłość w latach. Łatwiej w końcu policzyć czas, niż zmierzyć jakość wspólnego życia. Związek dwuletni może się rozpaść, ale taki piętnastoletni już mniej – mówimy czasem “zobacz, ile ze sobą wytrzymali” – a w języku często kryją się nie do końca nawet uświadomione poglądy na daną kwestie. 

Para z pięćdziesięcioletnim stażem automatycznie budzi szacunek, choć przez ostatnie dwadzieścia lat mogła ze sobą nie gadać, a jedynie mieszkać pod tym samym adresem. O związku, który trwał trzy lata, mówimy, że zakończył się “w odpowiednim momencie” i że “po prostu nie wyszło”. Całkiem jak gdyby sukcesem było samo dotrwanie, niezależnie od ceny. I tak, jakby po tak krótkim związku nie było, co płakać. Jakoś nie stosujemy tej samej miary – że sięgnę po przykład odrobinę makabryczny – w rozmowie z rodzicami śmiertelnie chorych dzieci. 

“Na zawsze” nie zawsze znaczy “najlepiej”. Czasem oznacza również kolejne lata spędzone w relacji, w której uczucie dawno zastąpiły obowiązek, lęk przed samotnością i przekonanie, że szkoda “zmarnować” wspólnie przeżyty czas. Im więcej lat za nami, tym trudniej odejść, całkiem jak gdyby staż był zgromadzonym kapitałem, który musielibyśmy oddać za bezcen. Albo inaczej: kapitałem, którym możemy zagrać na giełdzie – mimo że możemy się znacznie wzbogacić, jednocześnie możemy też zostać z niczym. W ten sposób dziesięć niezbyt dobrych lat staje się argumentem za jedenastym.

Zdanie “wszyscy jesteśmy dla siebie etapami” brzmi tyle smutno, co mądrze, może przynieść ulgę, ale równie dobrze stać się wygodnym alibi dla ludzi, którzy każdą trudność uznają za znak od losu, że pora się zwijać. Akceptacja możliwości rozstania nie oznacza przecież, że nie warto próbować zostać. 

– Ludziom jest źle w związkach z wielu różnych powodów, a dla niektórych osób decyzja o rozstaniu i ukróceniu cierpienia związanego z relacją jest po prostu łatwiejsza. Czasem jeden z partnerów nie jest już w związku mentalnie, mimo że relacja nadal trwa. Oczywiście myśl, że nie wszystkie związki są “na zawsze”, może pomóc w szybszym wyjściu z relacji, która nam nie służy, ale równie dobrze może też otworzyć furtkę do szybkiego poddania się. Nie każdy związek da się naprawić czy uratować, ale jeśli po obu stronach jest jeszcze chęć, by spróbować to zrobić – warto chociaż spróbować. Mam też wrażenie, że w dzisiejszych czasach często podchodzimy do związków – że użyję dosadnego porównania – jak do zakupów online. Te spodnie mi nie leżą, więc przymierzę inne. Tyle że to nie daje żadnej gwarancji, że kolejne będą idealne – będą inne tam, gdzie nie pasowały poprzednie, ale po czasie możemy dojść do wniosku, że są na przykład za długie. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy się zgadzać na półśrodki, albo tkwić latami w relacji, która więcej nam odbiera, niż daje. Bardziej mam tu na myśli to, że niektóre pozornie nierozwiązywalne problemy da się rozwiązać, na przykład na terapii – podkreśla psycholożka.

Kochaj, albo rzuć?

Granica między “poddaliśmy się za szybko” a “za długo to ciągnęliśmy” biegnie niestety często w trudnym do określenia miejscu. Potrafi zmieniać się też w czasie, czasem nawet kilka razy – po rozstaniu się cieszymy, potem żałujemy, następnie poznajemy nową miłość i znów sobie gratulujemy, by po 10 latach z nostalgią pomyśleć o tym, że może trzeba było dać tamtej dawnej miłości drugą szansę. 

Wspomnianej granicy nie wyznacza ani liczba kłótni, ani lata stażu, ani nawet to, czy wciąż się kochamy. Można kochać i jednocześnie nie umieć już dobrze ze sobą żyć. Albo przechodzić trudny czas, który po latach okaże się jednym z wielu, a nie ostatnim rozdziałem. 

Nie podoba mi się też dość powszechny zwyczaj przepisywania przeszłości po rozstaniu. Nagle wakacje okazują się beznadziejne, czułość udawana, a kilka czy kilkanaście wspólnych lat – zmarnowane. Nie trzeba unieważniać poprzedniej miłość, żeby uzasadnić jej koniec. Nieustannie, choć tak powoli, że czasem trudno to zauważyć, się zmieniamy, a to, że kiedyś chcieliśmy dzielić z kimś życie, nie zobowiązuje nas do tego samego pragnienia w każdej kolejnej wersji siebie.

– To, że związek się zakończył, nie oznacza, że był nieważny ani że łączące nas uczucia nie były szczere. Mam wrażenie, że mamy tendencję do tego typu myślenia, a poczucie “zmarnowanego czasu” – bo skoro się rozstaliśmy, to widocznie nie było to “prawdziwe” – może paradoksalnie utrudniać żałobę po rozstaniu. Nie należy umniejszać czy negować własnych emocji i uczuć. Każde doświadczenie coś nam daje, a już w szczególności relacja z drugim człowiekiem, nawet jeśli tuż po rozstaniu widzimy ją wyłącznie w czarnych barwach. Żeby wynieść  coś z zakończenia relacji ważne jest spojrzenie krytycznym okiem nie tylko na partnera, ale też na siebie. Związek zawsze budują dwie osoby – mówi Agnieszka Koch.

W myśleniu o zakończonych związkach jako o kolejnych pomyłkach na drodze do tego właściwego jest też jakaś niesprawiedliwość (także wobec siebie). Nie każda osoba, z którą nie spędzimy reszty życia, była stratą czasu. Ktoś mógł być najważniejszy przez kilka lat, znać nas lepiej niż ktokolwiek wcześniej i wpłynąć na to, kim jesteśmy teraz. 

Miłość nie staje się ściemą w dniu rozstania, podobnie jak małżeństwo zakończone śmiercią współmałżonków nie jest z automatu “starym, dobrym małżeństwem”. 

Wieczna miłość może być taką samą bajką, jak bycie uratowaną z opresji życia w pojedynkę przez księcia. Po “żyli długo i szczęśliwie”, okazuje się, że książe zostawia brudne skarpetki w komnacie sypialnej, a Kopciuszek wcale nie jest tak pracowity i dokładny, jak wtedy, gdy wybierał mak z popiołu. Niektórych książąt można reformować, innych nie. Czasem też po prostu Kopciuszek dochodzi w trakcie do wniosku, że bardziej niż pałac i bale interesuje ją walka ze smokami. 


Czytaj także:
Kolonie dla dorosłych to odpowiedź na samotność po 40. Single pokochali je szczególnie