W jej pracowni na Saskiej Kępie przedmioty przestają być tylko przedmiotami. Wchodzi się tu jak do środka rozbieganej wyobraźni. Nic tu z pozoru do siebie nie pasuje, ale pasuje wszystko. To unikalna przestrzeń, która oszałamia od progu – pełna nieoczywistego designu, instalacji, obrazów i projektów znanych twórców. To pracownia i showroom Koki Skowrońskiej*, założycielki Totem Studio Warsaw, artystki, która od kilku lat przekonuje, że nie potrzebujemy we wnętrzach kolejnych pustych dekoracji, lecz obiektów, które niosą ze sobą konkretną emocję i osobistą treść.

WIDEO

player placeholder
Koka Skowrońska
Wunderkamera Studio / Ernest Wińczyk / Krzysztof Durmaj / Karol Strupiechowski / Piotr Maciaszek


Totemy Koki Skowrońskiej rozpoznaje się z daleka – geometryczne stożki, kule i krążki „poukładane” jeden na drugim w wieże, które zdają się balansować na granicy równowagi. Malowane ręcznie, niedawno zdobiły wnętrza biur w Strasburgu w ramach programu kulturalnego prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej, a dziś stoją w mieszkaniach ludzi, którzy szukają w designie czegoś więcej.– Jestem trudna do zaszufladkowania – przyznaje artystka. – Moje totemy trafiają zarówno na aukcje do DESY, pokazywane były w Kopenhadze, na festiwalach designu, ale można mnie spotkać także na Targach Rzeczy Ładnych. Poza tym z tego, co wiem ma w Polsce drugiego podobnego projektu, nawet na świecie trudno znaleźć mi jakiś odnośnik. To jest i plusem, i minusem. Kiedy robi się coś po raz pierwszy, trzeba włożyć bardzo dużo energii w komunikowanie nowej kategorii, którą się tworzy. U mnie to działanie na polu łączącym sztukę z designem i rzemiosłem sprawia, że nie da się projektu Totem Studio Warsaw w żaden sposób zaszufladkować i często ląduje się na marginesie tych kategorii. Pamiętam, że kiedy dostałam maila z zaproszeniem do współpracy od sklepu muzealnego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie poczułam, że gdy tak duża instytucja rozumie, docenia i podoba jej się to, co robię to znaczy, że warto kontynuować tę swoją dziwną, nieszufladkowalną drogę artystyczną. Pamiętam, że ten e-mail przeczytałam w pociągu i po prostu popłakałam się ze szczęścia. To był bardzo szczęśliwy dzień w moim życiu.  

Koka ma od razu odpowiedź, dlaczego te przedmioty tak przyciągają – bo to nie są zwykłe ozdoby. – Najkrócej mówiąc, to jest rzeźba z intencją, a nawet bardziej: rzeźba z wyrazem. Wyraz jest dowolny i twój, a ja daję “tylko” kolor formę, w którą możesz wlać swoją treść.  To właśnie ta możliwość – wpisania na spodzie totemu własnego słowa, życzenia, wspomnienia – odróżnia jej pracę od typowego wzornictwa. Nazywa to intencją. – Wierzę w moc słów, ale nie chcę skręcać w stronę magii. To bardziej kreatywna i osobista idea. – zastrzega.  

Piłeczka, taśma klejąca i słowo, którego nie było

Historia totemów zaczęła się długo przed tym, zanim ktokolwiek nazwał je totemami – i zanim Koka w ogóle uświadomiła sobie, że cyklicznie, podświadomie tworzy totemowe kompozycje. Przez piętnaście lat pracowała w branży reklamowej, w tym jako kreatywna i copywriterka. W chwilach intensywnej pracy i przeciążenia umysłu, jej ręce zaczęły układać przedmioty z biurka w pionowe konstrukcje. Kubki, notesy, taśmy klejące i małe piłeczki, które miała pod ręką.  – Nie zdawałam sobie sprawy, że to robię, a już tym bardziej – jak to na mnie wpływa – wspomina. – A wpływało wyciszająco, kojąco, niemal medytacyjnie. Uważność podczas układania balansujących przedmiotów była i jest uziemiająca.

Zobacz także:

Totemy, czyli rzeźby do domu
Wunderkamera Studio / Ernest Wińczyk / Krzysztof Durmaj / Karol Strupiechowski / Piotr Maciaszek / Totemy, czyli rzeźby do domu


Dopiero później, przeglądając telefon, znalazła dowody, że robiła to systematycznie od wielu lat. Gdy w końcu ubrała to zjawisko w słowo – wymyśliła „totemowanie” – sprawdziła dokładnie, czy taki termin już gdzieś istnieje. Nie istniał. – To dla mnie niesamowicie satysfakcjonujące, że jako copywriterka wymyśliłam słowo, które idealnie opisuje to, co oznacza. Nie ma go nigdzie indziej, a działa też po angielsku jako “toteming”. – mówi. Jej pierwszą, świadomą kompozycję nazwaną “Totemem” wieńczyła kauczukowa piłeczka. Dziś ten kulisty element wraca w jej pracach jako motyw przewodni i osobisty podpis. – Piłeczka występuje u mnie symbolicznie. Jest wesoła, radosna - trochę jak nos klauna, bo ja sama mam w sobie dużo z klauna. Kocham radość i poczucie humoru, a tego bardzo mi brakuje w tych wszystkich idealnych, beżowych wnętrzach z katalogów i brutalistycznym świecie współczesnego designu – tłumaczy.

Równowaga, której szukała najpierw dla siebie

Koka Skowrońska nie ukrywa, że w jej fascynacji balansem jest coś więcej niż estetyczny wybór. Myślę, że to, co widać w mojej pracowni, ta ściana kolorów i form, to dowód na to ciągłe poszukiwanie dopaminy. Układanie przedmiotów w wieże było formą medytacji w ruchu, który z czasem przerodził się w język artystyczny. Jakaś harmonia w tym jest i taka równowaga, której zawsze bardzo poszukiwałam.  

Intencje, czyli klienci jako współautorzy

Największym zaskoczeniem dla samej artystki okazało się to, do czego ludzie totemów naprawdę potrzebują. Spodziewała się kolekcjonerów kupujących ładne przedmioty dla siebie. Tymczasem zdecydowana większość trafia w prezencie.

Są intencje oczywiste, jak życzenia na ślub z bajkowym „I żyli długo i szczęśliwie”. Ale bywają też te nieoczekiwane: totem na rozwód czy oblany egzamin. Były też sytuacje magiczne. Pewien niezwykły dziesięciolatek przyszedł do mnie na targi z własnymi oszczędnościami i wybrał dla siebie totem wzmacniający. Na spodzie wpisaliśmy intencję „f*ck haters” – by w szkole pewien niegrzeczny chłopak dał mu spokój. Mam nadzieję, że podziałało! Bywają też intencje, które rozumie tylko obdarowany – prywatny żart, kod znany dwóm osobom, np. „ciepłej wody w kranie” z okazji remontu, albo notatka „zjedz mięsko”. – To była metafora pewnej klientki dla brata, żeby brał z życia to, co najważniejsze. Ziemniaczki niech zostaną dla kogoś innego - puentuje Koka. Sama artystka często pomaga klientom sformułować te krótkie zdania. – Ilość miejsca na spodzie totemu jest ograniczona, a tak się składa, że kiedyś zwięzłe formułowanie zdań było moją pracą. Kiedyś żyłam: z pisania i wymyślania, teraz kontynuuję ten fakt, tylko w nieco odmienionej postaci. Kontynuacja tej myśli, wlewania słowa w przedmiot, jest dla mnie bardzo ważna. Surowy totem to moje płótno. Ja nadaję mu formę, ale intencja to płótno dla mojego klienta, ja tylko pomagam jego myśl ubrać w konkretne słowa. Co ciekawe – totemy zawsze są symbolem sympatii, przyjaźni i życzenia komuś dobrze. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby ktoś kupił totem w prezencie dla kogoś, kogo nie lubi. To jest zawsze czysta radość.  

Intencja na totemie ma zawsz osobiste znaczenie
Wunderkamera Studio / Ernest Wińczyk / Krzysztof Durmaj / Karol Strupiechowski / Piotr Maciaszek / Intencja na totemie ma zawsz osobiste znaczenie

Posypka do codzienności

Zanim koncepcja totemów dojrzała, Koka spotykała się z różnymi reakcjami. – Ludzie mówili, że to „durnostojka”. Pytali: „Czy może zrobi nogę od stołu? Albo lampę?”. Na początku mnie to złościło, bo widziałam w tym bardziej formę sztuki, a nie użytkowy przedmiot. Dzisiaj wiem, że to coś pomiędzy. To jest w pewnym sensie collectible design, tylko pisany przez mniejsze „c” – diagnozuje artystka.  W tym, jak Koka mówi o swojej pracy, wyraźnie słychać sprzeciw wobec nienagannie stonowanych, „katalogowych” wnętrz, którym brakuje duszy. – Jako ludzie mamy dość konkretne potrzeby fizjologiczne - musimy jeść, wyspać się, etc. ale idąc do dalszych potrzeb - potrzebujemy też zabawy. Ta zabawa jest w DNA mojego studia. Tyle, że to nie jest zabawa rozumiana jako imprezowanie, ale zabawa dziecięca, taka kreatywna. Zabawa powinna być taką kolorową posypką do naszej codzienności.

Koka Skowrońska
Wunderkamera Studio / Ernest Wińczyk / Krzysztof Durmaj / Karol Strupiechowski / Piotr Maciaszek / Artystka wymyśliła słowo

Totemy nie wybaczają błędów

Techniczna strona pracy to długa droga prób i błędów. – Początkowo myślałam, że kupię tokarkę i sama będę toczyć te formy w drewnie. Szybko okazało się, że to dość trudne i niebezpieczne. Przy totemowych projektach pełnych przewężeń, wystarczy ułamek sekundy, by naprężone drewno pękło i z dużą prędkością uderzyło w osobę toczącą – wyjaśnia Koka.  Dziś bryły powstają w zaprzyjaźnionej stolarni na południu Polski, precyzyjnie wycinane przez maszyny, potem ręcznie szlifowane, co daje gwarancję idealnych proporcji i jakości. Artystka maluje je ręcznie w swojej warszawskiej pracowni. Nakładanie wielu warstw farby na płaszczyzny pod różnymi kątami to żmudny proces.
– Czasami muszę postawić totem do góry nogamii malować go tak delikatnie, żeby się nie przewrócił. Dopóki nie weźmie się pędzla do ręki, nie rozumie się, jakie to jest trudne. Wymaga to skupienia. Jeśli mam „rozbiegany” dzień i jestem nieskoncentrowana, to po prostu nie maluję tego dnia, bo totemy nie wybaczają wielu błędów.  Koka dzieli swoje prace na dwie główne linie. Pierwsza to kolekcja Deco – bardziej dekoracyjna, oparta na jednolitych barwach. Druga to linia Art, obejmująca formy unikatowe, bogate w kolory i skomplikowane wzory, które artystka w całości maluje samodzielnie lub we współpracy z innymi artystami. Co ciekawe, Koka rzadko tworzy z góry zaplanowane, sztywne kolekcje. – Kiedy jestem w pracowni i mam przed sobą cały kosz farb, muszę poczuć, która dziś ze mną rezonuje. Nie jestem w stanie umówić się sama ze sobą, jakiego koloru dziś użyję. To ma dużo z intuicyjnej twórczości.  – tłumaczy. Wciąż poszukuje nowych wyzwań i realizacji – ma na koncie totem z litego aluminium (zrobiony na zamówienie), a w planach projekty ze szkła, czy łączące drewno z kwarcem różowym.  

Totemy Koki Skowrońskiej
Wunderkamera Studio / Ernest Wińczyk / Krzysztof Durmaj / Karol Strupiechowski / Piotr Maciaszek / Na zdjęciu z lewej - totemy stworzone z Asią Pietrzyk (kolekcja Tańce polskie)

Nie jestem projektantką – i to w porządku

Przez kilka lat towarzyszył jej kompleks braku dyplomu z wzornictwa przemysłowgo (skończyła pedagogikę z edukacją plastyczną na Uniwersytecie Warszawskim). Już w liceum szła jednak pod prąd. – Choć byłam grzeczną dziewczyną, wezwano mnie na dywanik do dyrektorki. Uparłam się, by zdawać maturę z historii sztuki, której w ogóle nie było w programie mojej szkoły. Musieli dla mnie specjalnie powoływać komisję – wspomina ze śmiechem. Na dzienne studia z historii sztuki zabrakło jej zaledwie kilku punktów.  Dziś Koka nie ma już problemu z tym, że nie skończyła wzornictwa przemysłowego, historii sztuki czy ASP.
– To, że nie masz kierunkowego dyplomu wcale nie znaczy, że nie czujesz przestrzeni i proporcji – mówi wprost. – Ja mam już wyćwiczone oko. Kiedy przyjeżdżają do mnie drewniane formy ze stolarni, wystarczy, że je odpakuję i od razu widzę, jeśli proporcja choć trochę się nie zgadza. To się po prostu ma w oku.  To poczucie detalu prowadzi ją teraz w stronę marzeń o wielkiej skali – od metrowych rzeźb do instalacji plenerowej. A w międzyczasie maluje kolejne, intymne totemy, w podstawie których ktoś znów wpisze wybraną intencję, którą zrozumie tylko kilka osób na świecie.



*Koka Skowrońska – artystka, założycielka Totem Studio Warsaw. Tworzy kolekcjonerskie rzeźby do wnętrz, nagrodzone znakiem jakości Must Have 2025. Przez blisko piętnaście lat związana zawodowo z szeroko rozumianą branżą kreatywną – pracowała między innymi w impresariacie i domu produkcyjnym SHOOTME Visual Artists, w domu mediowym MEC oraz jako creative i copywriterka w agencjach reklamowych Lubię to, Isobar i Plej. Kilkukrotnie wyróżniona w konkursie Young Creatives, w latach 2024–2025 przewodnicząca jury konkursu KTR w kategorii Fotografia. Z fotografem Ernestem Wińczykiem prowadzi artystyczne studio fotograficzne Wunderkamera, w którym pełni funkcję art i creative directora.