Nazwisko Danuty Mieloch w amerykańskim beauty biznesie nie wymaga dziś przedstawiania. „New York Magazine” nazwał ją sekretną bronią najlepszych nowojorskich twarzy, a wśród klientek jej gabinetów przewijały się między innymi Naomi Campbell, Emma Stone, Colin Farrell i Rosie Huntington-Whiteley. Zanim jednak zbudowała markę, na którą dziś czeka się w kolejce, przeszła drogę, która zaczęła się od nauki u Yvana Allouche'a, twórcy kultowej linii Biologique Recherche w Paryżu, a zaprowadziła ją najpierw do Nowego Jorku, później do Filadelfii, gdzie w 2004 roku otworzyła swoje pierwsze Rescue Spa.
WIDEO…
Dziś Rescue Spa działa w dwóch amerykańskich miastach i zatrudnia około 150 specjalistek, które Mieloch sama wykształciła. Sama właścicielka zabiegi wykonuje już rzadko – to ona uczy, konsultuje, tworzy filozofię marki, a sesja w jej wykonaniu to prawdziwa rzadkość. Kilka lat temu do spa dołączyła też autorska linia kosmetyków Danucera, oparta na idei pięciu prostych kroków, które – jak przekonuje Mieloch – dają skórze więcej niż półka pełna przypadkowych produktów.

W tym roku historia zatoczyła koło: Mieloch otworzyła Danucera Spa w Warszawie, pierwsze miejsce marki w Polsce. To świadome domknięcie pewnej drogi – z całym doświadczeniem, jakie zdobyła po drugiej stronie oceanu.
O tym, co z polskiej, „pielęgniarskiej” szkoły kosmetologii przetrwało konfrontację z amerykańskim rynkiem, dlaczego przestała wierzyć w hasło „więcej znaczy lepiej”, oraz czemu uważa, że pora przestać „walczyć” ze zmarszczkami – rozmawiamy z Danutą Mieloch.
Polki.pl: Zaczęła Pani od mieszania balsamów mamy w dziecięcym pokoju, a dziś ma Pani spa w Nowym Jorku, Filadelfii i Warszawie. Które z tamtych, dziecięcych intuicji o skórze okazały się z czasem naukowo słuszne, a które musiała Pani po latach całkowicie zrewidować?
Danuta Mileloch: Jako dziecko oczywiście nie znałam słów takich jak bariera hydrolipidowa, mikrobiom czy stan zapalny. Ale intuicyjnie rozumiałam coś, w co wierzę do dziś: skóra potrzebuje troski, regularności i dobrych składników, a nie agresji. Mieszałam balsamy mamy, obserwowałam konsystencje, zapachy, to, jak skóra reaguje. Fascynował mnie sam rytuał. Później nauka dała nazwy wielu rzeczom, które wtedy czułam intuicyjnie. Potwierdziła między innymi znaczenie bariery skórnej, nawilżenia, lipidów i konsekwencji w pielęgnacji. Zrewidowałam natomiast przekonanie, że więcej znaczy lepiej. Dzisiaj wiem dokładnie odwrotnie. Nadmiar kosmetyków, składników aktywnych i ciągłe eksperymentowanie mogą skórę przeciążyć. Dlatego moja filozofia to precision over excess — precyzja zamiast nadmiaru. Pięć dobrze dobranych kroków wykonanych codziennie może zrobić dla skóry więcej niż półka pełna przypadkowych produktów.
Wyjechała Pani z Polski w latach 90., w czasach, gdy o kosmetologii mówiło się zupełnie inaczej niż dziś. Co z polskiej szkoły pielęgnacji – tej „pielęgniarskiej”, opartej na współpracy z dermatologami – okazało się w Ameryce Pani największym atutem, a co trzeba było przeprogramować?
Polska i europejska szkoła pielęgnacji dała mi ogromny szacunek do skóry jako żywego organu, a nie powierzchni, którą trzeba tylko upiększyć. Uczyłyśmy się anatomii, fizjologii, pracy manualnej, obserwacji skóry i odpowiedzialności. To było bardzo konkretne, niemal kliniczne podejście i w Ameryce stało się moją przewagą. Kiedy zaczęłam pracować w Stanach, zobaczyłam rynek bardziej nastawiony na szybki efekt i sprzedaż. Ja chciałam najpierw zrozumieć skórę. Do dziś mówię mojemu zespołowi: education before selling. Najpierw wiedza i diagnoza, później rekomendacja. Ameryka nauczyła mnie natomiast odwagi biznesowej. W Europie uczono mnie przede wszystkim, jak być świetną kosmetyczką. W Stanach zrozumiałam, że mogę być jednocześnie świetną estetyczką, przedsiębiorczynią, liderką i twórczynią marki. Tego rzeczywiście musiałam się nauczyć.

Co – poza kapitałem – najbardziej różniło start Pani biznesu w Filadelfii od otwierania Danucera Spa w Warszawie: mentalność inwestorów, oczekiwania klientek, czy może tempo, w jakim trzeba było działać?
To są dwa zupełnie różne momenty mojego życia. W Filadelfii zaczynałam od podstaw. Miałam przede wszystkim wiedzę, ręce, ogromną determinację i przekonanie, że jeśli będę wykonywać swoją pracę wyjątkowo dobrze, klientki wrócą. Rescue Spa rosło organicznie — klientka po klientce.Warszawa jest powrotem z całym doświadczeniem, które zdobyłam przez lata w Filadelfii i Nowym Jorku. Nie otwieramy po prostu kolejnego spa. Budujemy Danucera Spa — pierwsze i jedyne takie miejsce Danucera w Polsce, będące fizycznym wyrazem filozofii marki. Największą różnicą nie jest więc dla mnie kapitał, lecz perspektywa i doświadczenie. Ale moja motywacja od początku pozostaje taka sama. Nigdy nie budowałam biznesu po to, żeby udowodnić, że potrafię. Budowałam go po to, żeby dzielić się wiedzą i inspirować ludzi do świadomego dbania o swoją skórę. To jest moja misja i właściwie mantra, która prowadzi mnie od początku mojej drogi. Dzisiaj, otwierając Danucera Spa w Warszawie, robię dokładnie to samo — tylko z całym doświadczeniem, które zdobyłam przez lata.
Amerykański rynek beauty przyzwyczaił Panią do pewnego modelu skalowania biznesu. Czy ten sam model da się przenieść jeden do jednego na polski rynek, czy raczej trzeba go było „przetłumaczyć”?
Nigdy nie wierzyłam w kopiowanie modelu jeden do jednego. Można przenieść standardy, filozofię i DNA marki, ale trzeba rozumieć lokalnego klienta. Z Ameryki przywożę przede wszystkim standard obsługi, konsekwencję, edukację klienta i sposób myślenia o doświadczeniu. To, co nazywam Unreasonable Care — troską wykraczającą poza to, czego klient się spodziewa. Natomiast Polska ma własną kulturę beauty. Polki są bardzo świadome, wymagające, czytają składy, interesują się zabiegami. Nie chcę ich „amerykanizować”. Chcę połączyć najlepsze elementy obu światów: europejską tradycję pielęgnacji z amerykańską kulturą serwisu, innowacji i przedsiębiorczości.
Pani wspólniczka i prezeska Danucery, Agnieszka Colombié, zaprojektowała wnętrza warszawskiego spa. Jak wygląda Wasz podział ról w prowadzeniu firmy międzykontynentalnej – kto za co odpowiada, i czy prowadzenie biznesu w dwóch tak różnych systemach prawnych i kulturowych bywa źródłem tarć?
Agnieszka i ja mamy bardzo różne kompetencje i właśnie dlatego tak dobrze się uzupełniamy. Ja jestem estetyczką i twórczynią — żyję produktem, skórą, zabiegami, doświadczeniem klienta i wizją marki. Agnieszka ma niezwykły talent do przekładania wizji na strukturę, biznes i przestrzeń. Zaprojektowała również wnętrze Danucera Spa w Warszawie i stworzyła miejsce, które naprawdę wygląda tak, jak Danucera powinna się czuć. Oczywiście biznes pomiędzy USA a Polską wymaga elastyczności. Inne jest prawo, tempo podejmowania decyzji, sposób komunikacji czy oczekiwania pracowników i klientów. Czy się różnimy? Oczywiście. I dobrze. Nie potrzebuję obok siebie osoby, która zawsze się ze mną zgadza. Potrzebuję kogoś, kto potrafi powiedzieć: „spójrzmy na to inaczej”. Najważniejsze jest to, że obie chronimy tę samą wizję.
Zajmuje się Pani również mentoringiem i wspiera kobiety w biznesie. Jaki błąd popełniała Pani sama na początku swojej drogi, przed którym najczęściej dziś przestrzega młodsze koleżanki?
Przez wiele lat myślałam, że muszę zrobić wszystko sama. To bardzo częsty błąd ambitnych kobiet. Jesteśmy odpowiedzialne, pracowite, chcemy mieć pewność, że wszystko będzie wykonane perfekcyjnie. Ale w pewnym momencie to, co było siłą, zaczyna ograniczać rozwój. Dzisiaj mówię młodym kobietom: nie czekaj, aż będziesz stuprocentowo gotowa. Ucz się, pracuj ciężko, ale buduj wokół siebie ludzi lepszych od siebie w obszarach, których nie musisz kontrolować.I jeszcze jedno: nie buduj biznesu tylko po to, żeby był duży. Buduj coś, co jest dobre. Skala bez jakości nigdy mnie nie interesowała.
Branża beauty jest zdominowana przez kobiety jako klientki, ale często zarządzana przez mężczyzn-inwestorów. Czy budując Rescue Spa i Danucerę, czuła Pani presję, by dostosować się do „męskiego” modelu prowadzenia biznesu, czy od początku robiła to Pani po swojemu?
Na początku myślałam, że żeby być traktowaną poważnie w biznesie, muszę mówić jego językiem i dopasować się do istniejących reguł. Z czasem zrozumiałam, że moja największa przewaga leży właśnie w tym, że prowadzę firmę inaczej. Nie oddzielam empatii od wyników. Troska o klienta nie jest dla mnie miękkim dodatkiem do biznesu — jest modelem biznesowym. Można być bardzo wymagającą liderką i jednocześnie kierować się intuicją, empatią i relacjami. Można analizować liczby i jednocześnie pamiętać, jak klientka czuła się po swoim pierwszym zabiegu. Nie chciałam budować firmy według „męskiego” czy „kobiecego” modelu. Chciałam zbudować ją po swojemu — wokół jakości, odpowiedzialności i niezwykłej troski.
Czy w Ameryce łatwiej być kobietą-przedsiębiorczynią w branży beauty niż w Polsce – w sensie dostępu do kapitału, poważnego traktowania przez partnerów biznesowych, czy chociażby oczekiwań dotyczących równoczesnego bycia matką i CEO?
Nie powiedziałabym, że jest łatwiej. Jest inaczej. Ameryka ma ogromną kulturę przedsiębiorczości. Ambicja nie wymaga tam specjalnego usprawiedliwienia. Jeśli masz pomysł i potrafisz pokazać wyniki, ludzie chcą wiedzieć, co zbudujesz dalej. To daje energię. Jednocześnie kobiety wszędzie spotykają się z oczekiwaniem, że powinny świetnie radzić sobie ze wszystkim jednocześnie — firmą, domem, rodziną, wyglądem, relacjami. I często same nakładamy na siebie jeszcze większą presję. W Polsce widzę dzisiaj fantastyczne pokolenie kobiet, które budują firmy na własnych zasadach. To bardzo inspirujące. Nie chciałabym więc stawiać Ameryki przeciwko Polsce. Bardziej interesuje mnie to, czego kobiety przedsiębiorczynie w obu krajach mogą się od siebie nauczyć.
Po latach pracy z klientkami w Nowym Jorku i Filadelfii, a teraz w Warszawie – co Panią zaskoczyło w podejściu Polek do własnej skóry i do siebie samych?
Zaskoczyło mnie, jak ogromną wiedzę mają dziś Polki. Są niezwykle zainteresowane pielęgnacją, składnikami, technologiami. Zadają bardzo dobre pytania. Ale zauważyłam też pewien paradoks: czasami ta wiedza prowadzi do nadmiaru. Dziesięć produktów, kilka kwasów, retinol, kolejne trendy z internetu — i skóra zaczyna mówić: dosyć. Chciałabym dać Polkom trochę więcej spokoju w pielęgnacji. Nie trzeba bez przerwy siebie poprawiać. Skóra nie potrzebuje ciągłej rewolucji. Potrzebuje konsekwencji. Moja filozofia jest bardzo prosta: pięć kroków, pięć minut. Dobry rytuał rano i wieczorem, regularne profesjonalne zabiegi, ochrona przeciwsłoneczna i cierpliwość. Skóra naprawdę lubi regularność.

W USA panuje kult prewencji i regularności, w Polsce częściej przychodzimy do kosmetyczki „na już”, gdy coś nas zaboli lub zauważymy oznaki starzenia. Czy widzi Pani, że to się zmienia, i co jest największą przeszkodą w budowaniu w Polsce nawyku regularnej pielęgnacji?
Zmienia się bardzo szybko. I myślę, że będzie się zmieniało jeszcze bardziej wraz z przejściem od myślenia anti-aging do longevity. Profesjonalny zabieg nie powinien być karetką pogotowia dla skóry. Najlepsze rezultaty powstają wtedy, kiedy pracujemy z nią systematycznie — tak samo jak z ciałem, zębami czy kondycją. Największą przeszkodą jest chyba przekonanie, że pielęgnacja musi być skomplikowana albo czasochłonna. Nie musi. Właśnie dlatego tak mocno wierzę w pięć minut i pięć kroków. Chcę, żeby dbanie o skórę stało się czymś tak naturalnym jak mycie zębów.
Mówi Pani o przejściu od „anti-aging” do „longevity”. Co to w praktyce oznacza dla kobiety w Polsce, która przez lata słyszała, że po czterdziestce trzeba „walczyć” ze zmarszczkami – jak Pani przedefiniowałaby dla niej ten cel?
Przede wszystkim przestałabym używać słowa „walczyć”. Nie chcę walczyć ani ze swoją twarzą, ani ze swoim wiekiem. Longevity oznacza dla mnie utrzymywanie skóry w najlepszej możliwej kondycji przez jak najdłuższy czas. Chodzi o jej zdrowie, jakość, elastyczność, nawilżenie, barierę ochronną, mięśnie twarzy i naturalną zdolność do regeneracji. Zmarszczka nie jest porażką. Możemy wyglądać fantastycznie w wieku 40, 50, 60 czy 70 lat, nie próbując wyglądać na 25. To jest ogromna zmiana mentalna: zamiast pytać „jak mam wyglądać młodziej?”, pytamy: „jak mogę starzeć się pięknie, zdrowo i w zgodzie ze sobą?” I właśnie w tym kierunku, moim zdaniem, zmierza najbardziej inteligentna część współczesnego beauty.
Otwarcie warszawskiego spa nazwała Pani „powrotem do miejsca, od którego wszystko się zaczęło” i „momentem głęboko osobistym”. Czy to koniec pewnej pętli, czy raczej początek nowego rozdziału?
Zdecydowanie początek. Jest w tym oczywiście piękne domknięcie pewnego kręgu. Wyjechałam z Polski z ogromną ciekawością świata. Stany Zjednoczone dały mi możliwość zbudowania Rescue Spa, pracy z niezwykłymi klientami i stworzenia Danucera. Po tylu latach wracam do Polski nie tylko z marką, ale z całym doświadczeniem zawodowym i życiowym. To jest bardzo emocjonalne. Ale nie wracam po to, żeby patrzeć wstecz. Wracam, żeby budować. Danucera Spa w Warszawie jest dla mnie początkiem nowego etapu — miejscem, w którym spotykają się moje polskie korzenie, europejska szkoła pielęgnacji i wszystko, czego nauczyła mnie Ameryka. Kiedy wyjeżdżałam, nie mogłam wiedzieć, dokąd zaprowadzi mnie ta droga. Dzisiaj możliwość powrotu do Polski i stworzenia tutaj czegoś, co zawiera całe moje zawodowe DNA, jest niezwykłym przywilejem. To nie jest powrót do początku. To powrót z całym doświadczeniem drogi.
Zobacz również:
Zostawiła etat bez planu B. "Nie romantyzuję rzucania pracy z dnia na dzień" – mówi dziś założycielka Luãre



























