Czasem mam wrażenie, że jestem w idealnym miejscu. Osiągnęłam w życiu dokładnie to, co chciałam. I czuję dumę z tego, co mam. I z tego, że dałam radę.
WIDEO…
A chwilę później przypominam sobie, że trzeba nastawić pranie, przejść się do sklepu, kupić składniki na obiad, a potem go ugotować, a potem dojdzie do tego załadowanie i wyładowanie zmywarki, szybkie odkurzanie, bo koty wszędzie zostawiają kłaki i żwirek, obgadanie z dzieciakami bieżących spraw (całe szczęście, że są wakacje, więc odpada wożenie na zajęcia pozalekcyjne, szukanie po sklepach konkretnych kredek, bo „pani kazała takie przynieść” albo jechania na cito do sklepu z obuwiem sportowym, bo nagle się okazało, że obuwie zamiennie ciśnie nie do wytrzymania, ale „zapomniałem ci powiedzieć wcześniej”), i zamienienie kilku zdań z mężem. A jeszcze przed snem warto sprawdzić, co piszczy w internecie, bo rano kołowrotek zaczyna się od nowa, a z samego rana powinnam wiedzieć, jakie frazy są godne wypozycjonowania. Czy jestem samodzielną matką? Nie. Jednak partnerskie relacje z mężem nie zwalniają mnie z myślenia o tym, co powinno być zrobione. Aż czasem aż mnie korci, żeby rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady.
Zanim jednak powiesz mi, że powinnam lepiej organizować sobie czas i zainwestować w kalendarz, mam do ciebie pytanie. Skąd w ogóle wzięło się przekonanie, że musimy mieć, robić, ogarniać wszystko naraz? Czy bez tego możemy się nazwać kobietą sukcesu?
Mit Matki Polki
W latach 90. XX wieku Polacy zachłysnęli się wielkim, kolorowym i pełnym możliwości światem. Zachodnie, a w szczególności amerykańskie, wzorce chłonęliśmy jak gąbka. I akurat tak się złożyło, że kilka lat wcześniej, w 1982 roku Helen Gurley Brown, ówczesna redaktorka naczelna amerykańskiego „Cosmopolitan”, której przypisuje się powiedzenie, że „Good girls go to heaven. Bad girls go everywhere” publikuje poradnik dla kobiet o tytule „Having it all”. Kobieta, która ma wszystko to kobieta sukcesu. Jest spełniona na każdej płaszczyźnie. Zdanie, które dziś brzmi jak diagnoza kobiecości, jest tytułem książki sprzed ponad czterdziestu lat. Tytułem, który miał zwiększyć sprzedaż. A to zmienia perspektywę, prawda?
Ludzie lubią to, co znane, a amerykańska wizja kobiecości padła na podatny grunt. Mit Matki Polki to XIX-wieczna figura, w której wartość kobiety mierzy się nie tym, co osiągnęła, tylko tym, ile udźwignęła na swoich barkach. Poświęciła dla dobra męża, dzieci, rodziny, społeczności, ojczyzny. Z pobudek moralnych, patriotycznych, religijnych. To budowało jej tożsamość, ale także poczucie dumy. Dała radę.
W PRL kobiety pracowały zawodowo masowo, najczęściej z przymusu ekonomicznego. Z czasem kobiety wchodzą do sfery publicznej: na uczelnie, do biznesu, do polityki. Jednak podział obowiązków domowych pozostał przy tym praktycznie nietknięty. To nie zwalnia z przypisanych kulturowo i społecznie obowiązków. Po prostu dołożono nowe. I dała radę.
Współcześnie sukces przestał być sprawą prywatną. Żyjemy w kulturze, w której trzeba mieć wszystko i ze wszystkim sobie doskonale radzić, ale też świetnie wyglądać. Nie dość, że powinnam być chodzącym ideałem, to jeszcze muszę wygospodarować czas, żeby to odpowiednio udokumentować. Inaczej nikt mi nie uwierzy na słowo. Inaczej będzie mi wstyd. Nie będzie powodu ani dowodu na to, że mogę być z siebie dumna, bo dałam radę.
A przecież to mit, współczesna realizacja mitu Matki Polki. Roland Barthes pisał, że mit nie kłamie. Mit odbiera rzeczom historię i podaje je jako oczywistość. Coś, co ktoś kiedyś wymyślił, w konkretnym celu i w konkretnych okolicznościach, po jakimś czasie zaczyna wyglądać naturalnie. Przestajemy pytać, kto to powiedział i po co. Zaczynamy pytać, dlaczego nam nie wychodzi, skoro powinno.
Sukces ma swoją cenę. Wystaw rachunek
Rozwiązaniem nie zawsze jest lepsza organizacja czasu, rozpisanie wszystkich zadań w kalendarzu, a nawet delegowanie obowiązków. Bo często problem leży nie w nas, ale oczekiwaniach i projekcjach, jakie nakłada na nas kultura i społeczeństwo. Na początku lat 90. XX wieku psycholodzy wyróżnili trzy rodzaje perfekcjonizmu:
-
zorientowany na siebie, czyli „mam wysokie standardy i sama sobie je stawiam”,
-
zorientowany na innych, czyli „wymagam doskonałości od otoczenia”,
-
narzucony społecznie, czyli „jestem przekonana, że inni oczekują ode mnie perfekcji i surowo mnie ocenią, jeśli poniosę porażkę”.
To ten trzeci typ najmocniej wiąże się z lękiem i wypaleniem. Niszczy nas nie sam wysoki standard, ale ciągłe poczucie, że jesteśmy obserwowane i rozliczane z tego, co robimy, jak żyjemy, jak wyglądamy, jakie mamy poglądy. Można pracować ciężko i mieć z tego wielką frajdę. A można pracować równie ciężko ze ściśniętym gardłem i strachem, że ktoś za chwilę zauważy potknięcie. Z zewnątrz wygląda to tak samo. W środku to dwa całkowicie różne życia.
Zaraz usłyszę, że wystarczy zagnić partnera do roboty, a jak nie jest wystarczająco domyślny, to jasno powiedzieć, a nawet wskazać palcem, co ma zrobić. I po problemie. Nie ma nad czym bić piany, nie? Nie do końca. Ktoś musi przecież najpierw zauważyć, że dziecko wyrosło z butów, że zbliża się szkolna uroczystość , że trzeba dokupić karmę dla zwierzaków, że skończyło się mleko, że pralka jest pełna. I ten ktoś myśli o tym non stop, w windzie, pod prysznicem, w kolejce w sklepie, stojąc w korku. A to całkiem spore obciążenie psychiczne. Socjolożka Allison Daminger rozłożyła je na cztery etapy: zauważenie potrzeby, znalezienie rozwiązania, decyzję i dopilnowanie efektu. Już wiesz, dlaczego masz poczucie, że cały dom jest na twojej głowie? Wypalenie to problem środowiska, a nie braku odporności jednostki. Czy to nie ostatni dzwonek na rehabilitację pojęcia „wystarczająco dobra”?
Metafora „wystarczająco dobra” nie oznacza byle jaka. Oznacza: dostosowana do realiów, bez robienia wszystkiego z obawy przed oceną. Odpuszczanie to wybór, a nie kapitulacja. Sukces w jednej dziedzinie wymaga obniżenia poprzeczki w innej. Żeby zrzucić z siebie ten ciężar, zamiast pytać „z czego muszę zrezygnować?”, warto zadać sobie inne pytanie: czyj to jest standard? Kto tego ode mnie wymaga? Jeśli odpowiedź brzmi: „mój, po prostu to lubię”. To super! Jednak w większości przypadków są to zazwyczaj spadki po poprzednich pokoleniach albo wzorce, których nigdy świadomie nie wybrałyśmy.
Jak osiągnąć sukces w zgodzie ze sobą?
Doskonale wiemy, że każda z nas ma inną wizję sukcesu. I bardzo dobrze. Świat byłby nudy, gdybyśmy wszystkie marzyły o tym samym. Schody mogą pojawić się w momencie, gdy chcemy złapać dwie sroki za ogon. Zanim przejdziemy do konkretów, jedno zastrzeżenie, bo bez niego ten rozdział byłby nieuczciwy.
Wszystko, co znajdziesz poniżej, działa na poziomie objawów. Żłobka nie założysz sama, a kultury firmy, w której maile wychodzą o dwudziestej trzeciej, nie zmienisz liczeniem do dziesięciu i oddechem przeponowym. Niestety, problem jest systemowy, a naprawa zostaje zlecona jednostce. Kobieta, która ma za dużo zadań, dostaje jeszcze jedno, tym razem pod hasłem pracy nad sobą. Poniższe wskazówki nie naprawią świata, ale mogą poprawić twój nastrój.
- Test 2 tygodni
Wybierz jedną rzecz, którą robisz naprawdę perfekcyjnie (lub wydaje ci się, że bez tego świat się zawali) i przez dwa tygodnie rób ją na siedemdziesiąt procent. Domowe ciasto zamień na kupione. Maila napisz w trzech zdaniach zamiast w siedmiu. Potem sprawdź, kto to zauważył. W ogromnej większości przypadków odpowiedź brzmi: nikt.
- Przekazuj kategorie, nie zadania
Dlaczego prośba: „w czwartek odbierz dziecko z treningu” niczego nie zmienia? Bo to jednorazowe zadanie. Zmień sposób delegowania np. na: „treningi są twoim obszarem, ogarniasz terminy, sparingi, opłaty, buty, strój, kontakt z trenerem". Czujesz różnicę? Przekazujesz wtedy całą kategorię razem z odpowiedzialnością za pamiętanie o niej. Przez pierwsze tygodnie coś przepadnie. Trudno. To jest ten moment, w którym trzeba wytrzymać i nie przejmować z powrotem delegowanych obowiązków.
- Zapisuj zrobione, nie do zrobienia
Lista zadań ma tę wadę, że nigdy się nie kończy. Zawsze jest coś do zrobienia, dochodzą kolejne zobowiązania, zadania, maile, wizyty u lekarza, plany urlopowe. I każdego wieczoru widzisz swój deficyt. Tyle już zrobiłaś, tyle energii, czasu, zasobów poświęciłaś, a cały czas masz poczucie, że jesteś tyle. Dużo lepiej się poczujesz, jeśli twoja lista będzie obejmowała rzeczy, które zrobiłaś. Nie osiągnięć. Rzeczy. Załatwiona wizyta u dentysty też się liczy.
- Nie porównuj się
Wiem, wiem, to oczywiste, a jednak o tym zapominamy. Zaopiekowane dzieci i nienaganny, wysprzątany dom kobiety na wysokim stanowisku bardzo często utrzymuje inna kobieta, sprzątaczka, opiekunka, albo pełnoetatowa gospodyni. To nie jest zarzut wobec nikogo, tylko informacja o tym, że porównujesz się z sumą pracy dwóch, a nawet kilku osób.
Gdybyśmy postawiły w jednym pokoju dziesięć kobiet, każda z nich opowiedziałaby inną historię o tym, co daje jej poczucie spełnienia. I każda z nich miałaby rację. Bo sukces jest szyty na miarę twoich potrzeb, wartości i możliwości. Życie w zgodzie ze sobą polega na dawaniu sobie samej prawa do błędu, do gorszego dnia i do bycia „wystarczająco dobrą”. Kobieta sukcesu to nie ta, która nigdy nie ulega zmęczeniu, ale ta, która potrafi odpuścić bez poczucia winy. Nie musisz wyjeżdżać w Bieszczady, żeby poczuć ulgę. Czasem wystarczy po prostu zrezygnować z wyścigu, w którym nawet nie chciałaś brać udziału.
Bibliografia:
- Barthes R., „Mitologie”, Warszawa 2020;
- Brown Gurley H., „Having It All”, Nowy Jork 1982;
- Daminger A., The Cognitive Dimension of Household Labor, „American Sociological Review" 2019, t. 84, nr 4, s. 609–633;
- Hewitt P. L., Flett G. L., Perfectionism in the Self and Social Contexts: Conceptualization, Assessment, and Association with Psychopathology, „Journal of Personality and Social Psychology" 1991, t. 60, nr 3, s. 456–470;
- Maslach C., Leiter M. P., „Prawda o wypaleniu zawodowym. Co zrobić ze stresem w organizacji", Warszawa 2011.
Czytaj także:
- Pokolenie people pleaserów boi się odczuwać złość i smutek. Bo to brzydkie
- Hygge, lagom, ikigai to „dobrostan” z importu. Ktoś obiecał ci iluzję szczęścia, ale jakim kosztem
- Poranna rutyna to nie problem. Najtrudniej przełamać kulturę produktywności i zwolnić



























