Katarzyna Racławska: Co konkretnie decyduje o sile ubrania? Dużo mówi się o kolorach w power dressingu. Czy one faktycznie mówią nam najwięcej?
WIDEO…
Iwona Sasin: Chciałabym powiedzieć, że to jest proste, ale sprawa jest trochę bardziej złożona. Fajnie byłoby powiedzieć: „załóż czerwony T-shirt albo czerwoną sukienkę, a poczujesz siłę” – rzeczywiście może tak być, ale wszystko zależy od kontekstu i bardzo dużo zależy od osoby, od tego, na jaką okazję ta czerwona sukienka ma być założona. Wiele osób rzeczywiście może wtedy odczuć siłę, ale też wiele osób może poczuć się za bardzo wyeksponowanym, bo czerwony kolor już kojarzy się z tą ekspozycją, energią, widocznością. Nie dla każdej osoby jest to rozwiązanie.
Niektórzy poczują moc w granatowym garniturze, białej koszuli lub jeszcze innym konkretnym zestawieniu kolorystycznym, który dla nich będzie sprawdzony podczas negocjacji, podejmowania decyzji, rozmowy z zespołem. To niekiedy może być nawet czerń. Czerń łączona jest z elegancją, dystansem i niektóre osoby właśnie w tym kolorze poczują moc. Granat też jest kolorem eleganckim, sprawdzającym się w power dressingu i na wielu poziomach dress code’u – zarówno tego biznesowego, jak i w business casual. Dużo zależy od kontekstu, znaczenia kulturowego, wydarzenia, w którym jesteśmy i od osoby oraz tego, co chce przez swój ubiór powiedzieć.
Czyli jeżeli mówimy o power dressingu, to mówimy tylko o bohaterze – osobie, która coś zakłada na siebie? Czy w tej sytuacji istotne jest też wspomnienie o tym, jak odbierają nas nasi rozmówcy? Czy ja w tym czarnym garniturze nie zniknę w oczach drugiej osoby?
Kiedy mówimy o ubraniach, rozważamy ten temat w kontekście własnych doświadczeń, własnych nawyków, przyzwyczajeń, także tego, jak zostaliśmy wychowani, z czym nam się kojarzy dany kolor. I zawsze osoby, które będą w naszym otoczeniu, będą nasz ubiór czytały. To nie jest prawda, że ubiór nie ma znaczenia i nie ocenia się książki po okładce – okładkę też czytamy i zastanawiamy się, co pod tą okładką się kryje. To samo jest z ubiorem. W czarnym garniturze możemy zniknąć dokładnie tak jak w czerwonej sukience. Dużo zależy od tego, co my nadajemy temu ubiorowi. Jeśli jakaś osoba stwierdzi, że w czarnym garniturze nie jesteśmy dla niej przekonujący, to też dotyczy to jej własnych doświadczeń.
Dlatego, dobierając ubrania, ważna jest samoświadomość. Świadomość siebie, własnego stylu, tego, jak wygląda nasze życie – to jest baza, podstawa. Musimy wiedzieć, czy dziś będziemy mieć 10 spotkań, czy w salach, w których będziemy, będzie klimatyzacja, czy to będzie spotkanie z 50 osobami czy z 1 osobą, czy będziemy musiały potem pójść do przedszkola lub na mniej oficjalne spotkanie, ale np. przy kolacji. Wszystko zależy od tego, co mamy do zrobienia w konkretnym dniu. Wybierajmy ubrania pod kątem tego, jak żyjemy.
Czyli jeżeli ja nie czuję się pewna siebie w czerwonej sukience, nawet jeśli inni wskazują to jako power colour, lepsze wrażenie zrobię w czarnym garniturze niż tej czerwonej sukience?
Chodzi o to, aby ubranie nas nie przytłaczało. Jeśli zakładamy coś, co mamy we własnej garderobie, ale to nie do końca jest połączone z tym, kim jesteśmy naprawdę, zawsze będziemy wyglądać w tym ubraniu jak w przebraniu. Ta czerwona sukienka może wypaść rzeczywiście genialnie, ale też niekoniecznie. Jeżeli kobieta będzie czuła się nieswojo, szef to od razu wychwyci, bo to widać w sposobie poruszania się, sposobie rozmowy, tym, jak co chwilę poprawia sukienkę. Gdy wchodzimy na jakieś spotkanie, to widać, że nie jesteśmy sobą w takim ubraniu.
Czy są jakieś materiały, które mogą sprawić że poczujemy się bardziej pewne siebie?
Materiał sam w sobie nie ma magicznej mocy i nie da nam kompetencji, wiedzy, pewności siebie, ale może sprawić, że zakładając na siebie określoną część garderoby, czując tę fakturę na własnej skórze, możemy poczuć coś w naszej pamięci, naszych emocjach – coś, co nam się kojarzy, że czujemy siłę, prostujemy plecy, sylwetkę, podnosimy głowę. Np. wełna może coś takiego robić. Ja mam takie spodnie z wełny, które zakładam i jestem inną osobą. Podejrzewam, że w wielu przypadkach tak może być.
Duży wpływ tutaj będzie miała też gramatura. Lekka wełna, lejąca się nie da nam tej struktury. Jeśli chcemy poczuć moc, może to być bardziej strukturalna marynarka, o innej fakturze, grubszej przędzy, trochę bardziej wyrazistym splocie.
To jest też już kulturowe w naszym społeczeństwie, że garnitur, marynarka kojarzą nam się z kompetencją. Natomiast jeśli nie chcemy budować dystansu, możemy przełamać tę marynarkę miękkim jedwabiem pod spodem, który da trochę błysku. Matowy kolor tkaniny będzie sprawiał wrażenie dystansu, natomiast błysk, lekkość, poruszanie się materiału ten dystans skraca. Także fakturami możemy osiągnąć cel, o jaki nam chodzi. Jeżeli jesteśmy świadome tego, co mamy w sobie, ale mamy tendencję do tremy, to jak założymy taką marynarkę, czy tę koszulę, tę spódnicę, te spodnie, przypomnimy sobie, że mamy to w sobie, mamy tę moc i możemy to wykorzystać.
Powiedziałaś o łączeniu materiałów, żeby np. wełnę połączyć z jedwabiem, aby dodać blasku stylizacji. Ale czy miękki kaszmir może sprawić, że osiągniemy to samo, co zakładając na siebie sztywną marynarkę tweedową lub wełnianą?
To by wymagało naprawdę dużej wyobraźni ze strony naszego rozmówcy. Jeżeli na biznesowe spotkanie, gdzie np. negocjowane są ogromne ilości pieniędzy, ktoś wejdzie w kaszmirowym, kremowym sweterku, na pewno pozostawiałoby to niesmak u części rozmówców i mogłoby być źle odebrane. Koncentrowałoby bardziej uwagę na sweterku, niż na tym, co ta osoba mówi. Dress code ma znaczenie nie dlatego, że są to jakieś sztywne reguły, tylko po prostu pozwala nam skoncentrować się na sednie naszego spotkania oraz celu, po który w danej chwili przyszliśmy.
Czy możesz wskazać materiały, które faktycznie są profesjonalne, będą wyglądać dobrze, sprawią, że wejdę do pokoju, w którym zamierzam prowadzić negocjacje i wszyscy stwierdzą: „ok, ona wie, po co tutaj przyszła”?
Na pewno nie zachęcałabym do przychodzenia na negocjacje w kaszmirowym sweterku, ale już w kaszmirowej marynarce czy w kaszmirowej garsonce jak najbardziej. To nie będzie sam kaszmir, ponieważ to jest zbyt miękkie włókno, ale z jakimś dodatkiem włókien, które sprawią, że nadana będzie odpowiednia struktura. Na pewno dużo lepiej w tym wypadku wypadają włókna naturalne.
Poliester widać gołym okiem i widać, że ktoś przyszedł na negocjacje czy na spotkanie w poliestrowym garniturze. To włókno jest wyjątkowo tanie w produkcji i w momencie, kiedy chcemy negocjować nawet naszą rozmowę o pracę, lepiej przyjść w takim ubraniu, które pokazuje szacunek dla drugiej osoby. To widać, to wygląda brzydko, poliester ma tendencję do elektryzowania się i poza tym, że ludzie odczytają, że coś nie gra w tym stroju – nawet jeżeli nie są w stanie nazwać, że chodzi o skład materiału – to zobaczą to, że np. ta marynarka będzie się na nas kleić, spodnie będą przyklejać się do skóry i będziemy je ciągle poprawiać.
To prawda… Coraz więcej mówi się o tym, aby wybierać jakościowe materiały. I myślę, że tu warto podkreślić, że nawet jeżeli my trochę więcej wydamy na to ubranie, to ono nam posłuży przez lata. To też się łączy z tym, o czym powiedziałaś – jeżeli ja dziś założę na negocjacje tę marynarkę wełnianą, za dwa lata też mogę w niej pójść i doda mi pewności siebie, bo będzie się kojarzyła z udanymi negocjacjami...
Jak najbardziej. Power dressing wywodzi się z końca lat 70., początku lat 80., kiedy kobiety postanowiły wejść do biur, zmusiła je do tego też trochę sytuacja ekonomiczna. Ale nawet gdyby dziś ktoś przyszedł do biura w takiej marynarce z lat 80., znalezionej gdzieś w sklepie vintage, z tymi przeskalowanymi ramionami, z zapięciem dwurzędowym, z czystej wełny, zdecydowanie lepiej odebrałabym taką osobę i byłabym pod dużym wrażeniem, niż taką, która przyszła na rozmowę w poliestrowym garniturze kupionym wczoraj w sieciówce.
Dlaczego dziś, kiedy mówimy o power dressingu, kobiety wciąż chcą wzorować się na męskiej garderobie?
Zaczęło się od tego, że w Stanach Zjednoczonych był pan, który nie był ani socjologiem, ani psychologiem, ani nawet inżynierem, ale sam nazwał siebie „wardrobe engineer”, czyli „inżynier garderoby”. Nazywał się John T. Molloy i on w 1975 roku napisał książkę „Dress for Success” – najpierw dla mężczyzn. Ta książka powstała na bazie jego badań – pomierzył ubrania, przetestował, pokazywał ludziom zdjęcia osób ubranych w określone zestawy i pytał, jakie skojarzenia w nich wywołują. Dwa lata później powstała taka sama książka dla kobiet. To można uznać za podstawy power dressingu, który znamy dziś. Natomiast autor cechował się patriarchalnym podejściem do życia. Powiedział wtedy kobietom, że jeżeli chcą rzeczywiście zaistnieć w męskim świecie, powinny w swoim ubiorze się do nich upodobniać. Jeżeli szminka, to nie powyżej 30. roku życia. Spódnica owszem, ale za kolana. Marynarka szara, granatowa lub w innych stonowanych kolorach. I powiedział, że to mężczyźni mają największy wgląd w to, jak kobieta powinna wyglądać w pracy. Stąd wzięły się wszystkie modele power dressingu, które znamy jeszcze z lat 80.
Natomiast dla mnie ten power dressing rozpoczął się dużo wcześniej. Podczas I wojny światowej kobiety zaczęły pracować np. w fabrykach, które produkowały amunicje. Tam nie można było nosić np. gorsetów z metalowymi elementami, ponieważ groziło to wybuchami. Nie można było nosić długich spódnic, ponieważ mogły się wciągnąć w maszyny, ale też na olejowych podłogach kobiety mogły się na nich poślizgnąć, przewrócić – to prowadziło do wypadków. Do tego wszystkiego nałożyła nam się Coco Chanel, która w tym czasie, wzorując się na wojskowych mundurach, wyrzuciła do śmieci długie suknie, pokazała kobietom, że można istnieć bez gorsetu, a nawet bez stanika. Pokazała, że można nosić spodnie i sylwetka może wyglądać doskonale. Dla mnie to jest prawdziwy początek power dressingu, kiedy to wojna pokazała kobietom bardzo brutalnie i bez pytania o zgodę, że ubiór ma znaczenie.
Ten power dressing, który mamy teraz i będzie w przyszłości, jest już czymś zupełnie innym. To nie są sztywne reguły, które narzucił nam pewien Amerykanin. My już mamy własne przemyślenia, wyrobione sprawdzone zestawy, które pomagają nam w codziennym życiu.
Ok, to jak w 2026 roku wygląda ten power dressing?
Power dressing charakteryzuje się dzisiaj dużo większą świadomością kobiet – i nie tylko znajomością tkanin, ale też przede wszystkim znajomością siebie. Oczywiście bardzo dużo zakupów robimy jeszcze kompulsywnie i aspiracyjnie, co bardzo psuje podejście do stylu i ubrań, natomiast kobiety zaczynają wybierać siebie i tworzyć własny power dressing. Dla jednej kobiety będzie to beżowa garsonka, dla innej granatowy garnitur, a dla innej jeszcze szara wełniana sukienka np. z pięknym kwiatem. Może to być też mocny kolor, który jest danej kobiecie potrzebny, aby skrócić dystans, ale zachować wizerunek kompetentnej businesswoman.
To wróćmy jeszcze do tych materiałów. Wspomniałaś już o wadze, która może sprawić, że np. marynarka będzie się inaczej układać. Na co dokładnie powinnyśmy zwracać uwagę? Bo wiemy już, jakich materiałów szukać, ale przecież to nie wszystko…
Wszystko zależy od tego, gdzie pracujemy i w jaki sposób. Inaczej będziemy patrzeć na dane ubranie w biurze, w korporacji, na spotkaniu z zarządem, a inaczej w momencie, gdy jesteśmy przedszkolanką, na spacerze w parku. Dużo zależy od kontekstu. Jeżeli pracujemy w środowisku finansowym czy prawniczym, odradzałabym miękkie, lejące marynarki – np. jedwabne czy wiskozowe. One skracają dystans, nie budują profesjonalnego wizerunku tak jak strukturalna marynarka z wełny czy z jakiejś mieszanki z wełną o określonym kroju. Przede wszystkim z wiskozy i lekkiego jedwabiu nie uda się uszyć strukturalnej marynarki – tu wchodzi właśnie ta konkretna waga.
Jeśli kochamy jedwab, to wybierajmy na taką marynarkę grubszy jedwab. Jest dużo odmian przędz jedwabnych o różnych wagach i splotach, które jesteśmy w stanie dostosować do strukturalnej marynarki. Jeżeli z kolei pracujemy w środowisku bardziej kreatywnym, gdzie taka sztywna marynarka nie sprawdziłaby się, tutaj mamy prawo do większej gamy kolorystycznej np. różowy garnitur z pięknego lnu czy wiskozy, jakiś piękny błękit. Pamiętajmy o tym, że siła nie musi krzyczeć… Ta siła jest w nas i ją i tak będzie widać.
Czy to nie kłóci się trochę z tym, że „ubiór biznesowy to ma być zbroja”?
Może być zbroją. Wykorzystujmy ubrania w taki sposób, żeby nam pomagały i nauczmy się je dobierać tak, aby nie grały przeciwko nam. Jeżeli dzisiaj założymy poliestrowy garnitur, jest bardzo duża szansa, że strzelimy sobie w stopę. Ważne, aby zachować wizerunek kompetencji i dopasowania do sytuacji.
Mimo wszystko ja mam poczucie, że są takie materiały, które kojarzą nam się luksusowo – jedwab, satyna, tweed. Dużo mówi się teraz o quiet luxury. Czy nie jest trochę tak, że kobiety mogą wpaść w jego pułapkę, wybierając tylko takie materiały, aby nabrać „mocy”, a mogą po prostu źle w tym wyglądać?
Zgadzam się – najważniejsze, aby wiedzieć, gdzie ten nasz power jest. Nie wybierajmy wszystkiego w stylu Carolyn Bessette-Kennedy. Dla niej to była zbroja, ona starała się zniknąć – jej ubrania miały mówić „nie ma mnie”. To była piękna kobieta, ale nie to dyktowało jej styl. Jej styl był podyktowany jej życiem, żyła w rodzinie, w jakiej żyła, z mężczyzną, który nie był łatwym mężczyzną. Ona to wyczucie stylu i ubrań wykorzystała, aby właśnie z tego szumnego quiet luxury zrobić zbroję. Te minimalistyczne sweterki, płaszcze, proste spodnie miały wyglądać na niej nudno. Nie nosiła biżuterii, aby nie przyciągać spojrzeń, chciała zrezygnować z siebie. Rzeczywiście to był przepiękny styl, ale to była zbroja – to jest doskonały przykład tej zbroi.
Możemy czerpać inspirację, ale zastanówmy się, z czego i co czerpiemy. Czy czerpiemy to życie, czy chcemy zainspirować się jakimś zestawem ubrań, aby dostosować je do swojego życia. To nie jest takie proste, że będziemy dobrze wyglądać, bo ubierzemy się jak ktoś. Internet sprzedaje nam dziś gotowe rozwiązania, które wcale nie muszą pasować do dynamiki naszego życia.
Czyli przeciętna kobieta, która będzie próbowała wzorować się na stylu Carolyn, może po prostu zniknąć?
Tak, taki był cel Carolyn Bessette. My też mamy prawo zniknąć i zniknięcie też może być nasza siłą. Są osoby, które ściszają głos, aby zostać usłyszane. O tym jest dress code na poziomie najwyższym – ten granatowy garnitur, niebieska koszula – znikamy, żeby wydobyć sedno naszej wypowiedzi. Najpierw zastanówmy się, czy na pewno tego zniknięcia potrzebujemy i w jakim stopniu. I na jakim etapie, bo to nie musi być przez całe życie.
A co z krojami oversize? W ostatnich latach są bardzo popularne w ubiorze biznesowym… Czy to faktycznie power dressing?
Nie kupujmy aspiracyjnie. Jeżeli na Instagramie wszystkie dziewczyny doskonale wyglądają w marynarkach oversize i spodniach oversize, nie znaczy, że i my będziemy. Załóżmy, że mamy piękny beżowy garnitur oversize z lnu. Przejdźmy się kilometr po Warszawie w spodniach, które ciągną się nam po chodniku, potem wejdźmy w tych spodniach po schodach na spotkanie biznesowe. Te spodnie ściągnęły kurz z całej Warszawy. Czujemy się z tym niekomfortowo, bo nasze spodnie są brudne i już zachowujemy się inaczej. Jeżeli komuś ten oversize jest potrzebny, bo to będzie ta jego zbroja – proszę bardzo. Ale nie traktujmy ani tego, ani wełny, jedwabiu jako złoty środek – wszystko zależy od kontekstu.
Załóżmy, że nie mam pojęcia od czego zacząć. Co warto kupić, co do mnie pasuje? Czy możesz wskazać konkretne punkty, na co zwrócić uwagę, aby dobrać tę garderobę biznesową?
Najpierw, zanim pójdziemy na zakupy, przygotujmy się do nich. Zróbmy listę z odpowiedziami na pytania:
- jak żyję,
- do czego jest mi ten garnitur potrzebny czy ta sukienka – czy na rozmowę o pracę, czy na jakieś negocjacje, czy może do notariusza,
- czy ta rzecz potem zostanie w mojej szafie i za 2 lata znów będę chciała ją założyć, czy wyrzucę ją po 1 razie,
- czy to ma być szary kolor, czy granatowy, w jakim czuję się lepiej,
- czy będę chciała w tym chodzić codziennie,
- co się stało, że do tej pory w mojej szafie nie było takiej rzeczy,
- jeżeli to ma być biała koszula – czy oversize, czy bardziej stylowa.
Czy marka ma tu znaczenie?
Absolutnie nie – ani cena, ani marka. Żadne logo nie zastąpi dobrej jakości materiału. Dużo więcej o statusie mówi dobrej jakości materiał niż wielkie logo.
Mat czy połysk?
Badania nad psychologią stylu pokazują, że odczucia, jakie mamy w kwestii ubioru, możemy podzielić na damskie i męskie. Połysk łączy się ze skracaniem dystansu, chęcią pokazania się. Mat buduje ten dystans, pokazuje większą siłę, kompetencję – siłę, która nie chce krzyczeć. Połysk pokazuje miękkość, kojarzy się z kobiecością, a mat z męskością.
Gdybyś miała wskazać jeden element garderoby, który powinien znaleźć się w szafie kobiety sukcesu?
Chciałabym powiedzieć, że to jest granatowa marynarka, ale to może być też biała koszula. Moda się zmienia. Moja odpowiedź na to pytanie jest taka – zastanówmy się, w czym tkwi nasz power. Jeżeli w spokoju, będzie to kaszmirowa marynarka czy wełniane spodnie. Jeżeli nasz power tkwi w chęci przebicia się przez męski świat – możliwe, że to będzie granatowa strukturalna marynarka. Nie ma jednej złotej rady.
Zamiast kupować kompulsywnie, poświęćmy ten czas na przeczytanie kilku metek, dotknięcie kilku marynarek – to nam już bardzo dużo powie. Uważajmy też na marki aspiracyjne, które mówią: „jak założysz ubrania od nas, będziesz czuła się jak kobieta sukcesu”. Niekoniecznie tak jest. Nie czułabym się jak kobieta sukcesu, zakładając drogą marynarkę, która jest uszyta z niskiej jakości tkaniny. Nie jest sztuką wydanie pieniędzy. Sztuką jest wiedzieć, jak wydać te pieniądze.
Będę zachęcać do eksperymentowania, przymierzania, chodzenia. Gdy planujemy zakup, poświęćmy na to trochę czasu. Poprzymierzajmy, poruszajmy się w przymierzalniach, poskaczmy w tych ubraniach, podotykajmy, pogniećmy trochę materiały, popatrzmy pod światło – to nam naprawdę bardzo dużo powie. Po kilku takich eksperymentach będziemy wiedziały, co jest dla nas, w czym czujemy się dobrze, który materiał się sprawdza. Zyskają na tym wszyscy – my, nasz portfel, nasza garderoba, a ostatecznie środowisko.
Powiem ci, że to jest cudowna recepta na fast fashion – chodzi o to, aby znaleźć czas dla siebie i swojej garderoby. No to podsumowując, jaki jest top materiałów do power dressingu, który byś wskazała?
Na pewno wełna, jedwab, dobrej jakości bawełna – o dobrym splocie. Niekoniecznie sprawdza się len, ponieważ mocno się gniecie – chyba że w mieszankach. Dla mnie naturalne materiały wygrywają.
Powiedziałaś, żeby na metkach nie zwracać uwagi tylko na materiały. To na co jeszcze?
Na składy, na proporcje. Wiele marek pisze np. marynarka z wełną, a wełny jest tam zaledwie 5% - to zdecydowanie za mało. Zwróćmy uwagę, z czego jest podszewka. Jeżeli marynarka jest o dobrym składzie – powiedzmy 80% wełny, 20% poliamid – ale mamy poliestrową podszewkę, to psuje nam wszystkie korzyści, które płyną z tej wełny. Jeżeli chcemy, aby ta wełna czy jedwab nie gniótł nam się drastycznie, może być trochę tego poliamidu, ale zwróćmy uwagę, aby włókien syntetycznych nie było więcej niż 20%. I tego się trzymajmy na początek. A potem, jeżeli naprawdę poświecimy trochę czasu na to, żeby poznać te tkaniny, to same będziemy wiedziały, co robić – nawet w jakiejś sieciówce.
To jak osiągnąć ten power i sprawić, żeby stylizacja faktycznie była nasza?
Power dressing nie oznacza tego, ze to ma być sztywny, granatowy garnitur. Możemy pozwolić sobie na odrobinę koloru, ale tak, żeby nie odciągnąć naszych współrozmówców od sedna. To może być ciekawa broszka, apaszka, może pasek, bransoletki, zegarek, ale też nie za dużo. Dodajmy jakiś osobisty element. Wtedy ten nasz power dressing rzeczywiście będzie nasz i będziemy się w nim czuć jak my, a nie jak w jakimś przebraniu.
Unikajmy jaskrawych kolorów, bo to nie jest ten power, o który nam chodzi. Unikajmy ogromnych printów, zestawienia pasków, kropek, kratek ze sobą, sprawmy, aby to nie było przeskalowane w żadnym wymiarze.
Iwona Sasin - inżynier włókiennictwa, edukatorka, psychostylistka i mentorka. Absolwentka Wydziału Włókienniczego Politechniki Łódzkiej oraz francuskiej École d’Ingénieurs ITECH w Lyonie, gdzie zdobyła również dyplom Université de la Mode na kierunku komunikacja w przemyśle modowym i luksusowym.
Swoje inżynierskie doświadczenie zdobywała w dzianinowym zagłębiu Francji, w Roanne – od projektowania komputerowego po realizację wzorów na maszynach. Współtworzyła jedną z pierwszych europejskich firm produkujących dzianiny seamless, wiele lat przed światową modą na tego typu rozwiązania. Wiedzę technologiczną i projektową rozwijała we Włoszech, Niemczech, Wielkiej Brytanii i Szwecji, współpracując z międzynarodowymi markami odzieżowymi oraz biurami stylu Nelly Rodi, Peclers i Martine Leherpeur. Po powrocie do Polski prowadziła agencję handlową realizującą produkcje odzieży dla zagranicznych klientów. Widząc jednak ilość odpadów, jakość materiałów i skutki nadprodukcji, postanowiła przekształcić działalność w edukacyjną. Dziś uczy, jak świadomie wybierać ubrania, od poznania właściwości włókien, przez ocenę jakości tkanin, po tworzenie stylu, który jest spójny z osobowością i wartościami. Prowadzi webinary, wykłady, szkolenia i konsultacje indywidualne. W pracy łączy wiedzę o technologii włókien z psychologią stylu, pokazując modę jako narzędzie komunikacji, a nie tylko estetyki. Jej misją jest pomaganie ludziom w pozbyciu się nadmiaru w szafie, w myśleniu i w wyborach konsumenckich. W wolnych chwilach maluje, tworzy wzory na tkaninach, skórach i kamieniu. Wyznaje zasadę „sharing is caring” – największą satysfakcję daje jej, gdy jej wiedza i doświadczenie pomagają innym rozwijać się i działać w zgodzie ze sobą. W kwietniu 2027 roku ukaże się jej książka „Materiałoznawstwo. Włókna. Tkaniny. Ubrania. Moda”.
Czytaj także:
- „Czujemy się źle, sięgamy po najgorsze rzeczy”. Monika Jurczyk o tym, że styl potrafi zmienić życie
- Minimalizm to luksus dla bogatych? “Taką narrację budują marki luksusowe”
- Szminka to nie kaprys, czy chwilowa moda. Kolor ust niesie ze sobą komunikat, którego nie warto lekceważyć



























