Zanim tzw. przedsiębiorczość weszła w koleiny oddolnej inicjatywy, by sprzedawać ją dwa razy drożej, kolonie dla dorosłych były w Polsce jedne, w starej Stanicy Harcerskiej w podwarszawskiej Wildze. Kilka stów za trzy doby, warsztaty, często manualne, a do tego ogniska, dyskoteki i oczywiście inni dorośli.
WIDEO…
Nocleg do wyboru – w domku, we wspólnej sypialni z piętrowymi łóżkami albo pod namiotem (tu konfiguracja dowolna). Do tego wspólne łazienki i trzy wegańskie posiłki dziennie. Można brać pieski, nie można palić na terenie ośrodka, nie ma też Wi-Fi, a i zasięg niedomaga
W tym roku najstarsze w Polsce kolonie dla dorosłych doczekały się po raz pierwszy dwóch 4-dniowych turnusów. Bez problemu można by ich było zrobić więcej, bo chętnych nie brakuje, ale (jak nie trudno domyślić się z opisu) nie o to w tym wszystkim chodziło i chodzi.
Chodzi bowiem przede wszystkim o wspólnotowość tworzoną oddolnie, a nie taką za którą można zapłacić ponad 2000 złotych za kilka dni. Może i głównym trendem w turystyce jest dziś zbieranie doświadczeń, zamiast odhaczanie kolejnych punktów, ale kapitalizm potrafi zagospodarować wszystko i doświadczenie wykreować. Pewnie dlatego na koloniach dla dorosłych nikt za bardzo nie narzeka.
– Bardzo chciałam jechać już kilka edycji temu, ale bałam się, że wpakuję się w jakąś złą atmosferę, wynikającą z warunków. Mam 37 lat, jeździłam na kolonie jako dziecko i mi to tam nie przeszkadza, ale przyzwyczaiłam się do wyjazdów, gdzie polski rezydent słucha o głośności klimatyzacji w hotelu i o za krótkiej przerwie na zakupy na wycieczce fakultatywnej – opowiada Aga, pracująca na co dzień w PR-ze.
Na miejscu najbardziej zdziwiło ją to, że spotkała osoby podobnie jak ona bezproblemowe. Ty chcesz śpiewać przy ognisku, a osoba z którą śpisz na łóżku piętrowym chce iść spać? Nie ma problemu.
Podobnie jak ze sprzątaniem po sobie piachu spod wspólnego prysznica, albo zjedzeniu dwóch dań z tego samego talerza, żeby nie marnować wody i nie dokładać zmywania ludziom, którzy wolontaryjnie przy kolonii pomagają. Znajoma Agi pojechała na podobny typ wypoczynku – z innymi dorosłymi i wspólnymi zajęciami, ale bardziej wypasiona oferta przyciągnęły chyba nieco inny typ osób. Część po prostu chciała imprezować. Koleżanka wróciła umordowana jak po all inclusive w Hurgadzie w hotelu pełnym Rosjan.
Bieganie po lesie nie zna wieku
Choć w Polsce wyjazdy dla dorosłych opierające się na modelu kolonijnym – ze zorganizowanym czasem i sporą ilością zajęć grupowych (i nie o jodze czy pilatesie tu mowa, a jeśli już to gdzieś w tle) nie mają nawet dekady, Amerykanie zdążyli zrobić z kolonii dla dorosłych osobną gałąź turystyki, zanim w Polsce mieliśmy wolny rynek.
Victor Fink miał w Connecticut ośrodek Camp Leonard-Leonore, którego historia sięgała lat 20. Jego ojciec przyjeżdżał tam jako dziecko, a w 1946 roku kupił cały teren. Przez kolejne dekady nad jeziorem spędzały wakacje dzieciaki z Nowego Jorku, New Jersey i okolic. W połowie lat 70. Victor pojechał na wakacje, na których chyba nie bawił się najlepiej, bo zaczął zastanawiać się, dlaczego obozy są tylko dla dzieci. Rok wcześniej urządzał w swoim ośrodku weekend urodzinowy dla kilkudziesięciorga znajomych i zobaczył, że las, woda (no i pewnie w tym przypadku trochę alkoholu) zupełnie wystarczają dorosłym do lepszej zabawy, niż czekała go na wakacjach na Karaibach.
W 1976 roku Camp Leonard zmienił się więc w Club Getaway – jeden z pierwszych amerykańskich obozów wakacyjnych przeznaczonych dla dorosłych. Pomysł okazał się na tyle dobry, że przeżył swojego twórcę. Sam Fink po latach podsumował zmianę mówiąc, że wystarczyło postawić kilka barów, a reszta wyszła sama.
Club Getaway istnieje do dziś i świętuje w tym roku 50-lecie. Nadal są domki nad jeziorem, kajaki, park linowy, ogniska i kolonijne konkursy. Dzisiejszy trend przedstawiany jako remedium na przebodźcowanie scrollowaniem zaczął się od faceta, który uznał, że bieganie po lesie może być zabawniejsze niż leżak nad basenem, nawet jeśli jesteś już po 40.
Oczywiście urozmaiceń nie brakuje – w Stanach można pojechać z innymi dorosłym na obóz, gdzie używa się tylko wymyślonych ksywek, nie można mieć ze sobą nawet zegarka, a rozmowy o pracy są zakazane, albo na kolonie tematyczne, gdzie dorośli we własnym środowisku inicjują misje kosmiczne. Kto dorosłemu zabroni!
Nic na siłę
Michalina Samborska, która na zeszłorocznych koloniach dla dorosłych prowadziła plenerowe warsztaty dla 60 osób z tworzenia własnego zapachu (ukończyła studia podyplomowe w tym zakresie w Katowicach i ma nadzieję, że wkrótce uda się jej rzucić “normalną” pracę i utrzymywać tylko z tego), na kolonie wróciła już po raz trzeci.
– Byłam po bardzo intensywnym wyjeździe i w pełni doceniłam, co to znaczy, że kolonie są właśnie dla dorosłych. Nie zawsze miałam siłę czy ochotę się integrować, więc sporo siedziałam z moim psem na kocu i czytałam, chodziłam też spać około 20 – tutaj nikt cię nie strofuje, nie namawia na aktywności na siłę, ale jeśli chcesz wrócić do grupy, jesteś traktowana jak jej część.
Dla Michaliny ważnym elementem tego typu wyjazdów była nostalgia – była harcerką, świetnie pamięta ośrodki z lat 70., lubi też spać pod namiotem. Tyle że nie trzeba mieć pięciu sprawności harcerskich, by odnaleźć się w tego typu warunkach, większość uczestników (mimo że zdarzają się i studenci) świetnie pamięta lata 90. i tego typu wakacje.
Dla Łukasza problem był przede wszystkim mentalny.
– Nie mam żadnego problemu ze spaniem przez tak krótki czas z innymi osobami w pokoju ani z korzystaniem ze wspólnej łazienki. Miałem natomiast problem z tym, że mam prawie 40 lat, nie zarabiam wcale źle, więc “powinienem” spędzać wakacje w bardziej luksusowym miejscu. Było mi chyba głupio przed samym sobą? – zastanawia się głośno.
Ale że podróżnik z niego żaden, zagranicznych kurortów stworzonych pod turystów nie znosi, a prawie wszyscy znajomi mają już rodziny, uznał, że wyjazd nie zaszkodzi – najwyżej wróci wcześniej do miasta. Nie ukrywa, że trochę miał nadzieję, że może pozna kogoś ciekawego, bo od trzech lat jest sam. O “kolonijne pary” pytam też Michalinę.
– Wydaje mi się, że jest trochę osób, z takim nastawieniem, ale to nie są jakieś wakacje dla singli poszukujących drugiej połówki, raczej kwestia tego, że ludzie są zmęczeni aplikacjami randkowymi, a nie da się ukryć, że po 30. szanse na poznanie kogoś, kto nie jest znajomym-znajomych w realu są małe.
Sama z kolonii przywiozła kilkoro znajomych i dziewczynę, która dziś jest jedną z jej najbliższych przyjaciółek, ale jest i kilka par, które poznały się właśnie w Wildze.
– Na początku wyjazdu robimy sobie zdjęcia polaroidami i przypinamy je do tablicy razem z kopertami. To taka poczta kolonijna – można ją czytać na bieżąco, albo zabrać do domu. Uważam, że to fajny sposób na powiedzenie komuś czegoś miłego czy zapoznanie się, gdy jest się nieśmiałym. To przecież nie tak, że nieśmiałe są tylko dzieci – opowiada Michalina.
Introwertykiem na koloniach był Wojtek. I pewnie nigdy nie pojechałby na wyjazd, gdyby nie jego ówczesna dziewczyna. Nie są już razem, więc na razie na kolonie nie chce wracać, ale zdziwił się, jak łatwo nawiązać mu kontakt podczas wspólnej aktywności.
– Pracuję od ośmiu lat w tym samym miejscu, a są osoby, z którym nie zamieniłem w życiu dwóch zdań. To nie tak, że bym nie chciał, po prostu nie jestem duszą towarzystwa, mam wrażenie, że ktoś musi zagadać mnie. Podczas zorganizowanych zajęć przychodziło mi to o wiele łatwiej. Wystarczy zwykła dyskusja – ktoś powie swoją opinię, inna osoba ją zapamiętuje i jest jakieś pole do nawiązania znajomości, a nie small talk przy ekspresie na myśl o którym dostaję gęsiej skórki.
Fakt, że to kolonie, a nie wspólny wyjazd z biura podróży, pomógł też Agnieszce.
– Na innego typu wyjazdach nie wiesz, czy możesz tak po prostu kogoś zagadać i czy się nie narzucasz. Mam wrażenie, że my w Polsce mamy problem z asertywnością. Nie chcesz rozmawiać z panią w tramwaju, ale robisz to “z grzeczności”, albo odpowiadasz “uhmm” i biczujesz się potem, że to było niekulturalne – przynajmniej ja tak mam. W przypadku takich wyjazdów przynajmniej w teorii możesz założyć, że inni uczestnicy są otwarci na nawiązywanie nowych znajomości – mówi Aga.
Na obóz nie pojechała jednak szukać koleżanek ani miłości. Po prostu w pewnym wieku wyjazdy są do jakiegoś stopnia przewidywalne, kolonie były absolutną nowością. Najbardziej zdziwiła się, że tak bardzo dostymulowały ją intelektualnie. Nie sądziła, że dla osoby w jej wieku, która lubi kino i teatr, to możliwe bez zapisywania się do klubu czytelniczego czy na podyplomówkę.
Dla samotnych, acz nie samotników
Łukasz, który pojechał na kolonie, bo “prawie wszyscy znajomi mają już rodziny” nie jest przypadkiem odosobnionym. W badaniu CBOS z 2024 roku odsetek dorosłych, którzy czują się samotni “bardzo często” albo “zawsze”, wzrósł w ciągu siedmiu lat dwukrotnie (do 8 proc.). Wśród 25–34-latków wynosi już niemal 13 proc. I wbrew pozorom nie chodzi tu o brak partnera, bo samotność deklarują też osoby pozostające w związkach (choć oczywiście rzadziej niż single).
Co ciekawe, bardziej narażeni na samotność okazali się mieszkańcy dużych miast niż wsi. Można więc mieć pracę, pieniądze, mieszkać w Warszawie i mieć 500 znajomych na Facebooku i nie bardzo mieć z kim wyjechać na kilka dni nad wodę.
W osobnym badaniu osób dorosłych do 44. roku życia zaledwie 3 proc. ankietowanych powiedziało, że nie ma żadnych przyjaciół, zaś 7 proc. ma jedną taką osobę. Statystyczny młody Polak ma więc przyjaciół tyle że znajomość niekoniecznie oznacza dostępność (niemal co 5 osoba nie spotykała się ze znajomymi nawet raz w miesiącu). Do tego 29 proc. osób w tej grupie wiekowej nie jest obecnie w związku.
Najczęściej partnerów poznajemy wciąż nie w aplikacjach, tylko na prywatnych imprezach lub przez znajomych. Po trzydziestce pula imprez i wyjść gwałtownie się kurczy. Kolonie może nie rozwiązują problemu, ale sprawiają, że statystyka jest po naszej stronie: przez kilka dni wrzucają kilkadziesiąt dorosłych osób w jedno miejsce, w którym zagadanie do obcej osoby jest na porządku dziennym. Nie muszą być wyjazdem dla singli, albo spragnionych przyjaźni, żeby zwiększać szanse, że wrócimy z czyimś numerem telefonu. Poza tym nie o sam numer tu chodzi, ale o naturalne poznawania drugiego człowieka, a nie z implikowanym przez portal randkowy założeniem.
Michalina zwraca uwagę na jeszcze jedną, ciekawą kwestię: Najczęściej obracamy się na co dzień wśród osób z podobnym wykształceniem i z podobnych branży. Kolonie dają też networking. Może i słowo kojarzy się z jakimś potencjalnym zyskiem, ale jeśli szukałabym grafika, to okazuje się, że znam grafika z wyjazdu i nawet, jeśli nie będzie miał czasu, albo będzie tworzył w innym stylu, niż potrzebuję, to będzie mi w stanie kogoś polecić. To jakaś namiastka współczesnej wioski – zamiast kowala i zduna, potrzebujesz czasem prawnika albo grafika.
Nostalgia z nutką oddania sterów
Nie da się ukryć, że lwia część kolonii dla dorosłych opiera się dziś na jakiegoś rodzaju nostalgii – stołówki, podchody, kiełbasy na patyku. Badania nad nostalgią pokazują jednak, że najczęściej wracamy pamięcią do sytuacji społecznych – ludzi, wydarzeń, poczucia bycia częścią jakiejś grupy. Oranżada w proszku i zapach wilgotnego materaca w starym domku, to tylko sztafaż.
Nie trzeba więc szczególnie tęsknić za koloniami w Pobierowie w 1999 roku, żeby dobrze reagować na dekoracje. Kluczem są jednak nie one, ale tworzenie nowej wersji tego, co tak naprawdę budzi w nas nostalgię. Wspólne przygody, nowi znajomi, zabawa, która nie ma żadnego większego celu.
Jest jeszcze coś, za czym jako dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy, że zatęsknimy: ktoś układał nam dzień, a my po prostu musimy (lub nie) w nim uczestniczyć.
Wiele osób męczy już samo planowanie wakacji, bo wymaga ono podjęcia niezliczonej liczby decyzji: wybierz kraj, hotel, restauracje (a w tym celu przeczytaj 120 opinii). Doczytaj o najlepszych plażach, atrakcjach i wpisz to wszystko w wakacyjny grafik, bo kilka dni nie wystarczy na wszystko. Jeden z moich rozmówców, Łukasz, mówił nawet, że odpoczął już choćby dlatego, że miał trzy razy dziennie gotowy posiłek. Nie musiał myśleć o zakupach, albo tracić pół godziny na przeglądanie opcji obiadu z dostawą do domu.
To zjawisko ma nawet swoją nazwę – choice overload (red. przeciążenie wyborami), gdy przy zbyt dużej liczbie możliwości wybór zaczyna męczyć. W jednym z eksperymentów już zestaw ponad 22 wakacyjnych opcji zwiększał prawdopodobieństwo rezygnacji z wyjazdu.
Na kolonii można nie iść na kajaki, ale różnica polega na tym, że nie trzeba wtedy przez pół godziny zastanawiać się, co zamiast nich. Ktoś już zrobił plan dnia za nas. Być może to jest tu największe podobieństwo do “all inclusive”.
Czytaj także:
- "Te piosenki nie wymagają przemyśleń". Skąd wziął się Skolim i Skolimomania?
- Sezon na jagodzianki jeszcze nie tak dawno temu był związany z Matką Boską
- Miliarder i jego Maryja. Jest wyższa od Chrystusa ze Świebodzina



























