Nawet, jeśli nigdy nie upiekło się ani jednego ciasta z przepisu siostry Anastazji, znało się jej twarz. Wystarczyło zajść na pocztę (gdzie m.in. były sprzedawane jej książki), albo zajrzeć na kuchenną półkę u kogoś z rodziny. Mało kto pamiętał przed jej śmiercią nazwisko Pustelnik, charakterystyczne imię robiło za znak rozpoznawczy. 

WIDEO…

player placeholder

4 października 2026 roku media podały informację o jej śmierci – była w końcu autorką książek sprzedanych w milionach egzemplarzy. O samej Anastazji wiedzieliśmy jednocześnie niewiele – jak np. to, że na długo przed pierwszą publikacją pracowała w hucie szkła. Wystąpienia w mediach ją krępowały, a do imienia, pod którym poznała ją Polska, długo nie mogła się przyzwyczaić.

Na świat przyszła w Dylągowej na Podkarpaciu jako Krystyna – najmłodsza z pięciorga rodzeństwa. Dom był skromny, z jedną izbą mieszkalną i częścią gospodarczą. Jej ojciec zmarł, gdy miała pół roku, a matkę straciła jako nastolatka. Następnego dnia trzeba było przygotować coś do jedzenia – ugotowała ziemniaki z kwaśnym mlekiem – dla siebie i brata, bo tylko on mieszkał jeszcze w domu rodzinnym. To był pierwszy posiłek, który robiła samodzielnie. 

Zobacz także:

Wkrótce nauczyła się także piec chleb. Sklep był oddalony o 12 km, więc codzienne zakupy nie wchodziły w grę. Wspominała potem, że pierwszy bochenek się spalił, a drugi wyszedł z zakalcem. Słowem zaczynała od rzeczy, które nie nadawały się na okładkę książki kulinarnej. 

Wraz z bratem przejęła gospodarstwo, a dodatkowo dorabiała przy sadzeniu lasu, ale nie był to stały zarobek, w dodatku starczał tylko na najpotrzebniejsze rzeczy, a młoda siostra Anastazja – wówczas jeszcze po prostu Krysia – marzyła o choć jednej ładnej sukience. Z kartki z ogłoszeniami, którą na wsiach nazywało się “motylem”, jako że krążyła od domu do domu, dowiedziała się o pracy w Czechosłowacji. Zgłosiła się i przez dwa lata kolejne lata pracowała w hucie, między innymi przy polerowaniu ekranów telewizorów. 

W fabryce poznała sporo starszą Czeszkę, polubiły się, a kobieta uznała ją za dobrą kandydatkę na żonę dla swojego syna. Krysia miała już jednak inny pomysł na życie, które dopiero się dla niej zaczynało. Siostra dziewczyny, z którą mieszkała w pokoju w hotelu robotniczym była zakonnicą i często pisywała listy. Życie zakonne nie wydawało się Krysi nudne, wręcz przeciwnie – tym bardziej, że kobieta należała do zgromadzenia otwartego i pracowała pomagając innym. W porównaniu do pracy na gospodarstwie czy fabryce wydawało się fascynujące. W końcu zdecydowała się napisać list do przełożonej zakonu z prośbą o przyjęcie do zgromadzenia. 

Wstąpiła do niego w 1973 roku, mając 23 lata. Chciała przyjąć imię Aldona, ale z niejasnych powodów została Anastazją. Wspominała potem, że jej koleżanki z nowicjatu trochę się z niego śmiały, a ona jeszcze przez kilka miesięcy nie mogła się do niego przyzwyczaić i na nie nie reagowała.

W zakonie uczyła się gotowania od starszych sióstr. Przez dwanaście lat przygotowywała posiłki dla dzieci z niepełnosprawnościami w Jastrzębiu-Zdroju, a ponieważ część z nich miała trudności z przełykaniem, jedzenie trzeba było przecierać. Kiedy pod koniec 1999 roku objęła kuchnię krakowskich jezuitów, miała za sobą lata głównie takiego gotowania – dalekiego od programów kulinarnych czy nawet popisowych ciast na co ważniejsze okazje. 

A to właśnie ciasta wychodziły jej szczególnie dobrze – od dawna prowadziła zeszyt, w którym zapisywała przepisy, wspominała też, że podobny zeszyt prowadziła sąsiadka z jej rodzinnej wsi, która piekła torty na wesela. U jezuitów mogła wreszcie zacząć więcej piec. W ten sposób zwróciła uwagę ojca Bogdana Całki i brata Grzegorza Sochackiego, którzy wpadli na pomysł, że Anastazja powinna podzielić się przepisami z innymi i wydać książkę. 

Droga była z pozoru prosta – krakowscy jezuici prowadzili w końcu wydawnictwo WAM – najstarsze polskie wydawnictwo katolickie, założone jeszcze w 1872 roku. Tyle że ówczesny dyrektor odmówił – wydawnictwo zajmowało się głównie teologią, a książka kucharska nie tylko nie pasowała, ale też postrzegana była jako coś niepoważnego. Ojcowie wrócili do dyrektora, gdy w ofercie znalazł się napisany śląską gwarą “Pamiętnik górnika”. No bo skoro górnik, to dlaczego nie kucharka, w dodatku zakonnica?

“103 ciasta siostry Anastazji” ukazały się w 2001 roku. Pierwszy nakład wynosił dwa tysiące egzemplarzy. Książka może i miała twardą oprawę, ale niewiele zdjęć i błędy drukarskie. Czytelniczkom to nie przeszkadzało – szybko okazało się, że potrzebne będą kolejne dodruki.

Rok później “Trybuna Śląska” napisała o 60 tysiącach kobiet, które kupiły książkę i relacjonowała spotkanie autorskie w Rybniku. Padały pytania o przepisy, ale i o to, co właściwie jada się w klasztorze i co jedzą jezuici. Anastazja tłumaczyła, że zwyczajne rzeczy, jak barszcz i rosół. Na pytanie, co dodać do rodzynkowca, odpowiedziała, że miłość – podczas pieczenia warto myśleć o osobie, dla której przygotowuje się ciasto.

W kolejnych latach liczby rosły – w 2009 roku “Gość Niedzielny” pisał o 1,1 miliona sprzedanych książek, a kolejną dekadę później już 4 miliony. Zakonnica osiągnęła sprzedaż, o której marzy niejeden zawodowy autor (i to niekoniecznie książek kucharskich). Jej przepisy były robione i zagranicą – korzystały z nich zakonnice innych narodowości. 

Anastazja gotowała zwykle w białym habicie, kolorowym fartuchu i samodzielnie wybierała składniki na krakowskim Starym Kleparzu. Zanim przepisy trafiały do książek, były wielokrotnie wypróbowywane i udoskonalane. Być może w tym tkwił sekret jej popularności – ciasta, dość niewdzięczne dla laika, zawsze wychodziły. Zakonnica podkreślała też, że stara się myśleć o tym, żeby składniki były dostępne – nie tylko w sklepie, ale także cenowo. 

Przygotowanie książki zajmowało jej zazwyczaj około trzech miesięcy. Przepisy zapisywała ręcznie, z czasem pojawiły się też profesjonalne sesje zdjęciowe. Anastazja śmiała się, że po oddaniu finalnych wersji przepisów do druku, ma na tyle dużo notatek, że wszystkie wyrzuca, po czym zdarza się jej nie pamiętać własnych przepisów i musi zaglądać do własnych książek. 

Podobnie praktycznie podchodziła do gotowania na urlopie. W rozmowie zachowanej w zakonnym biuletynie, mówiła, że podczas pobytów w Dylągowej kuchnią zajmuje się jej bratowa, bo urlop to urlop. Przy cudzym stole nie dodawała przypraw, nie lubiła też oceniać cudzych potraw, bo uważała, że powinno się doceniać przede wszystkim pracę osoby, która ugotowała dla nas posiłek. Wizyta autorki bestsellerowych książek kucharskich mogła w końcu oznaczać sporo nerwów. Anastazja nie widziała powodu, żeby ich dokładać.

Zachęcała też czytelników do wspólnego gotowania, podając przykład przygotowywania przetworów w klasztorze: jedna siostra przygotowuje zalewę, druga obiera czy kroi. Autorytet, na który łatwo powołać się przy pieczeniu ciasta, może przydać się również przy podziale obowiązków.

Prywatnie najbardziej lubiła ponoć serniki i gołąbki z ziemniakami, a poza kuchnią przyjemność sprawiało jej czytanie i praca w ogrodzie. 

Co ciekawe, nie była zwolenniczką zmuszania dorosłych dzieci, żeby każde święta spędzały u rodziców. W książkowej rozmowie ze Sławomirem Rusinem tłumaczyła, że mają prawo urządzić Wigilię we własnym domu, na własnych prawach, z własnymi daniami. Można przecież spotkać się w innym dniu. Nie negowała też diety wegetariańskiej czy wegańskie, uważała, że tradycje są ważne, ale ludzie są ważniejsi – wysiłek włożony w gotowanie nie daje prawa do zarządzania cudzym życiem i kwestionowania cudzych wyborów.

W rozmowie z 2016 roku zapytana o emeryturę, bardzo chwaliła siostrę Salomeę, swoją następczynię. Doceniała jej doświadczenie zdobyte we Włoszech i nie bała się, że to ona stanie się najbardziej znaną siostrą-kucharką. W końcu czytelnicy dostawali nowe pomysły i inspiracje. 

W ostatnich latach gotowała niewiele – mówiła o puchnących nogach i bólach kręgosłupa, które nie sprzyjały staniu nad kuchnią. Po dziesięcioleciach gotowania dla innych potrzebowała odpoczynku. Na emeryturze dyżurowała na furcie, rozmawiała z przychodzącymi, dawała jeść tym, którzy o to prosili. Nawet gdy nie prowadziła już kuchni, posiłek pozostawał sposobem, w jaki mogła się kimś zająć. 

Pozostała jednak osobą, którą pytano, jak gotować. W 2024 roku portal o2 poprosiło ją o wskazanie najlepszego majonezu. Nie wskazała konkretnej firmy, zaznaczając, że każda gospodyni ma swoje upodobania, a zamiast zwycięskiej marki podała przepis. W tej krótkiej odpowiedzi jest sporo z Anastazji znanej z wcześniejszych rozmów: własne zdanie, praktyczna rada i przekonanie, że wcale nie wie lepiej od drugiej osoby. 

Ksiądz Jakub Kołacz, dyrektor WAM, wspominając ją po śmierci w rozmowie z Onetem, mówił o początkowej powściągliwości, która po bliższym poznaniu ustępowała serdeczności. Po odejściu z kuchni nadal odwiedzała pracowników wydawnictwa. Książki przyniosły znaczące pieniądze jej zgromadzeniu, ale on sam nie zauważył, żeby popularność zmieniła jej stosunek do ludzi. Pod słynnym imieniem została osoba, którą znali od lat.

Na okładkach zostanie zakonnica z ciastem.


Czytaj także: