Kiedy ogłoszono ekranizację trzeciej części, „Właśnie że tak! Nigdy w życiu! 20 lat później”, i oficjalnie potwierdzono powrót Danuty Stenki, poczułam gigantyczną ulgę. Nareszcie! Wraca moja, nasza Judyta! A potem gruchnęła wiadomość: w filmie nie zobaczymy Joanny Jabłczyńskiej. I nagle ten piękny, nostalgiczny powrót, na który tak czekałyśmy, zamienił się w chłodną, korporacyjną kalkulację producentów.
WIDEO…
Wszyscy zachwycają się dziś internetowym trendem na „Judytowanie” – rzucaniem wszystkiego, wyznaczaniem granic i celebrowaniem życia. Ale powiedzmy to sobie szczerze: Judyta mogła być tak cudownym, uroczym i roztrzepanym chaosem tylko dlatego, że miała u boku Tośkę. Dla wielu z nas to właśnie córka głównej bohaterki była prawdziwą, jedyną dorosłą w tej historii, trzymającą patchworkową, rozsypującą się rzeczywistość w ryzach. Przypomnijcie sobie te kultowe sceny. To Tosia, wchodząca w wiek buntu, była głosem rozsądku, gdy Judyta traciła grunt pod nogami. To ona wprowadzała matkę (i przy okazji miliony polskich dziewczyn) w tajniki depilacji, rzucając z nastoletnią nonszalancją, a jednocześnie ogromną życiową mądrością: „Forsę się jakoś zorganizuje. Forsę się zawsze daje jakoś zorganizować”. To spojrzenie Tosi – pełne politowania, przewracania oczami na widok kolejnych wybryków matki, ale zarazem pełne bezwarunkowej miłości – budowało ten film.
Usunięcie Joanny Jabłczyńskiej z obsady to brutalne odcięcie pępowiny i zerwanie wyjątkowej, ekranowej więzi. Zdrada tej błyskotliwej, najbardziej „cool” nastolatki, z którą my wszystkie dorastałyśmy. Bez specyficznej, momentami szorstkiej, ale pięknej chemii między Stenką a Jabłczyńską, całe to słynne „Judytowanie” staje się po prostu takie płaskie. Traci swój komediowy nerw i emocjonalny ciężar.

Tę decyzję castingową uważam za cichy zamach na nasz eskapizm. Na nasz rytuał niedzielnego popołudnia pod kocem z kubkiem herbaty. Eliminacja kluczowej aktorki wywołuje potężny dysonans – to tak, jakbyśmy wróciły po latach do ukochanego rodzinnego domu, drewnianego, z błękitnymi okiennicami, i odkryły, że w naszym dawnym pokoju mieszka ktoś zupełnie obcy. Czas i tak boleśnie przypomina nam o tym, że ten bezpieczny świat już nie istnieje. Niedawno pożegnaliśmy wybitnego Jana Frycza, filmowego Tomasza. Katarzyna Grochola podjęła w tym przypadku przepiękną, pełną szacunku decyzję: postać byłego męża nie zostanie obsadzona na nowo przez innego aktora, nie będzie też tanio uśmiercona – pojawi się po prostu w rozmowach bohaterek, jak duch dawnych lat. Zadbano o takt i szacunek dla twórcy oraz widza. Dlaczego więc nie potrafiono okazać tego szacunku Joannie Jabłczyńskiej?
Nic dziwnego, że w sieci wrze. Fanki są wściekłe, zapowiadają bojkot nowej produkcji, a w mediach społecznościowych krąży pomysł stworzenia oficjalnej petycji do twórców. Może to jest właśnie ten moment, w którym powinnyśmy wykorzystać lekcję, którą dała nam sama Judyta? Może to jest właśnie ten moment, w którym to my powinnyśmy znów zacząć „Judytować”? Postawić własne granice, obronić naszą bezpieczną przystań i stanowczo odmówić zgody na niszczenie naszych popkulturowych wspomnień? Taką petycję podpiszę od razu. Zrobię to dla Judyty, dla Tosi, ale przede wszystkim – dla tej dwudziestojednoletniej siebie, która w 2004 roku uwierzyła, że wszystko jest w naszych rękach.
Czytaj także:



























