Od dobrych kilku lat nie widziałam żadnego dużego festiwalu polskiej muzyki. W zasadzie wystarczały mi urywki wrzucane następnego dnia do sieci: ktoś fałszuje, kto inny dziwacznie się ubrał, do tego obowiązkowo jakaś odmrożona specjalnie na tę okazję piosenkarka 75+. Słabych żartów prowadzących już nawet nikt nie nagrywa, bo niemal wszystkie są słabe. Wiadomo też, że będą krzyczeli do publiczności, usiłując przekonać ją, że to impreza ich życia (co szczególnie karykaturalnie wygląda w przypadku Opery Leśnej, gdzie z założenia miejsca są siedzące). 

WIDEO

player placeholder

Top of the Top włączyłam przypadkiem, zostawiłam, bo zerknęłam, kto będzie grał tego dnia (w środę, 26 sierpnia). Obok Alicji Majewskiej, Katarzyny Nosowskiej i Artura Rojka na scenie mieli pojawić się Ralph Kaminski, Natalia Szroeder, Kortez czy Igor Herbut. Słowem zestaw przypominający bardziej Męskie Granie z nutką nostalgii niż tradycyjny festiwal dużej telewizji, gdzie szybciej zobaczymy Kombii i Dodę, niż twórców wyznaczających kierunek polskiej muzyki w ostatnich latach.

Gdzie się podziały tamte... zbiorowe doświadczenia

Ku własnemu zdziwieniu odkryłam, że Sopot nadal ma sens. A przynajmniej miewa go przez zadowalającą część wieczoru. I to nie tylko dlatego, że chyba wszyscy tęsknimy za czymś, co oglądalibyśmy wszyscy, jak kiedyś “Klan” czy pierwsze edycje “Tańca z gwiazdami”. Tego typu formaty nie tylko dostarczały rozrywki, ale też scalały nas społecznie o tyle że następnego dnia można było omówić odcinek w szkole, w pracy, a czasem nawet z panią w mięsnym. 

Zobacz także:

Wracając jednak do 2026. Po raz drugi w tym roku natknęłam się na jednym z dużych, emitowanych przez telewizję koncertów na Ralpha Kamińskiego. I po raz kolejny uznałam go za jednego z lepszych wykonawców wieczoru. Choć na razie obok Maryli Rodowicz albo Alicji Majewskiej wygląda jak gdyby został posadzony na weselu przy stoliku ciotecznych babek, ma szansę zostać etatowym wyjadaczem festiwali tego typu. Kamiński, jak na absolwenta Akademii Muzycznej przystało, świetnie śpiewa, ale dobrych wokalistów jest w Polsce sporo. Dużo rzadsza jest umiejętność wyjścia na wielką scenę i natychmiastowego zrobienia z niej swojej własnej. Bez potrzeby wykrzykiwania “Sopoooot!” czy puszczania ognia z podłogi (zespół taneczny u Ralpha akurat był, ale świetnie wpisał się w show).

Do tego Kamiński dobrze obsługuje polską przeszłość. Nagrał cały album z repertuarem Kory, rewelacyjnie wypadł na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu z "Witajcie w naszej bajce", w Sopocie w 2023 roku wziął na warsztat “Już nie ma dzikich plaż” Ireny Santor, a podczas tegorocznego festiwalu wystąpił też w koncercie poświęconemu Stanisławowi Soyce. Z kolei w poniedziałek razem z podopiecznymi Fundacji Anny Dymnej za co Opera Leśna nagrodziła wykonawców owacją na stojąco.

Jest na tyle samoświadomy jako artysta, że bez problemu robi z cudzego utworu autorską interpretację i nie czuje się w tym silenia się na oryginalność. Trudno przecenić tę umiejętności w przypadku koncertów, które często wyglądają na przeglądanie albumu rodzinnego, w którym tylko babcia zna wszystkich krewnych. Za trzydzieści lat prawdopodobnie sam będzie śpiewał swój jubileusz w towarzystwie kogoś, kto się jeszcze nie urodził. 

Wielki artysta i ulubiony zięć Polaków

Na antypodach tego, co prezentuje Kamiński jest natomiast Kuba Badacha. Nie dlatego, że źle śpiewa. Wręcz przeciwnie. Problem polega na tym, że w szerokiej świadomości Badach istnieje od lat trochę obok własnego repertuaru: jako znakomity wykonawca piosenek innych ludzi, a także mąż Oli Kwaśniewskiej. Sprowadzenie wokalisty z dwoma Fryderykami wyłącznie do tej roli, byłoby niesprawiedliwe. Niestety nic nie poradzę na to, że dla mnie pozostaje przystojnym panem w średnim wieku o charyzmie miotły.

W środę organizatorzy postanowili dodatkowo wysłać go na scenę z “Last Christmas” zespołu Wham! i obsypać sztucznym śniegiem. Nawet ten brawurowy żart nie sprawił, że miotła zamieniła się w roombę. Uznałam w samobiczowaniu, że chodzi pewnie o moje problemy z koncentracją, ale sorry not sorry Kuba – nie o nie. 

Są dinozaury i artyści

Wiem to na podstawie eksperymentu na sobie, w dodatku z tej samej sceny. Bo gdy śpiewać zaczyna Artur Rojek albo Katarzyna Nosowska, po trzech słowach odkłada się telefon. To chyba zresztą najlepsza recenzja charyzmy scenicznej w 2026 roku. Nie wykorzystujesz spokojniejszego utworu do szybkiego przejrzenia wiadomości. Patrzysz, bo nagle szalenie interesuje cię to, o czym jest piosenka (z Badacha zapamiętałam “lalala” – dosłownie). 

I tutaj należałoby może zadać niewygodne pytanie o polską alternatywę. Nosowska ma 54 lata, Rojek jest o rok młodszy. Zespół Hey powstał w 1992 roku, w lata 90. zaczynało też Myslovitz. Minęło trzydzieści lat, powstały setki zespołów, a streaming zabił pozycję krwiożerczych wytwórni, które latami decydowały, kto dostanie szansę na karierę. Dlaczego więc po tylu latach to wciąż oni są najjaśniejszymi punktami wieczoru (i piszę to jako umiarkowana fanka twórczości Rojka). 

Oczywiście Polska wydała w tym czasie świetnych artystów. Mamy Zalewskiego, Dawida Podsiadłę, Brodkę, Kaśkę Sochacką, Błażeja Króla, Darię Zawiałow, do tego osobny świat hip-hopu. Rojek i Nosowska mają jednak ten rodzaj scenicznej obecności, którego nie da się załatwić dobrym stylistą i przygotowaniem technicznym. Nosowska może stać prawie nieruchomo, w za dużym płaszczu i nadal wiadomo, gdzie patrzeć. Rojek może i wyłysiał, a mimo to wciąż ma w sobie coś z chłopaka śpiewającego w Myslovitz. Przy takim kalibrze performerów reszta wygląda trochę jak postaci na szkolnym apelu (Badach to pan od muzyki).

Uwiąd legendy

Telewizyjny Sopot zawsze był rodzajem narodowego salonu muzycznego. Festiwal istnieje od początku lat 60., zmieniał nazwy, nadawców i formuły; TVN organizował go w latach 2005–2009, a po przerwie wrócił do Opery Leśnej w 2017 roku. Dwadzieścia lat temu podobna impreza była jeszcze naprawdę masowym (pod względem liczby widzów) wydarzeniem. Sopot Festival 2006 oglądało średnio 3,2 mln osób, a najpopularniejszy fragment jednego z koncertów zebrał 4,1 mln widzów. 

W 2025 roku średnia wyniosła już 1,38 mln. Trudno porównywać te liczby jeden do jednego, bo przez dwie dekady telewizja straciła monopol na nasze wieczory. Dzisiaj festiwal konkuruje z całym internetem trzymanym w dłoni i biorąc pod uwagę streamingi, nie jest najciekawszą dostępną propozycją. Może dlatego występy Nosowskiej i Rojka tak dobrze pokazujś, kto tę konkurencję jest w stanie wytrzymać. 

Środowy Top of the Top był nierówny, ocierał się też o dobrze znaną telewizyjną potrzebę połączenia wszystkiego ze wszystkim. Mazowsze (swoją drogą też zjawiskowe), Michał Bajor, Ralph Kaminski i “Last Christmas” wyglądają jak wyjątkowo przypadkowa playlista. A mimo to nie uważam tego czasu za zmarnowany. Więcej! Mam zamiar oglądać festiwal i dziś, całkiem jak moja babcia, dysponująca może pięcioma kanałami telewizyjnymi i nie mająca abonamentu na Netflixa i HBO. 

Sopot ma sens, ale tylko pod warunkiem, że na scenie jest ktoś, kto sprawia, że chce się na niego patrzeć. Nawet jeśli tylko na cztery utwory. 


Czytaj także:

"Te piosenki nie wymagają przemyśleń". Skąd wziął się Skolim i Skolimomania? 
Koniec „Judytowania”. Brak Joanny Jabłczyńskiej niszczy nasz najważniejszy polski comfort movie 
Miliarder i jego Maryja. Jest wyższa od Chrystusa ze Świebodzina