Czasem są takie dni, kiedy mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Masz teraz przed oczami obraz pewnej pani z reklamy jogurtu? Doskonale. Taki obraz to istna kwintesencja szczęścia. Znikają problemy, zmartwienia, życie nabiera sensu, a ty masz głębokie, autentyczne poczucie, że w tej jednej, ulotnej chwili jest dobrze. Tak po prostu dobrze. Jest tak, jak miało być, jak chciałaś, żeby było. A teraz zróbmy mały krok w tył.
WIDEO…
Bo gdyby tak spojrzeć na świat z dystansu, łatwo zauważyć, że żyjemy w epoce paradoksów. Nigdy w historii jednostka nie miała dostępu do tak szerokiej palety doświadczeń, produktów i tożsamości. A mimo to poczucie braku sensu, wypalenie zawodowe i epidemia samotności osiągają w krajach rozwiniętych rozmiary nieznane wcześniejszym pokoleniom. To właśnie w tej szczelinie, między dostatkiem materialnym a poczuciem egzystencjalnej pustki, pojawiło się remedium. Hygge, lagom i ikigai. Każda z tych idei przeszła w ostatnich latach tę samą drogę: od lokalnych konceptów zakorzenionych w codzienności do bestsellerowych poradników, kolekcji meblowych, zestawów do medytacji i korporacyjnych warsztatów wellbeingowych. Czy te koncepcje mogą realnie poprawić nasze samopoczucie? Mam mieszane odczucia.
Idea stała się towarem
Wymiana, zapożyczanie oraz przekształcanie idei z różnych kultur i systemów wartości nie jest wynalazkiem ery Instagrama. To jest dokładnie to, co ludzie robią od tysięcy lat. Co ciekawe, jest to jeden z głównych mechanizmów, dzięki którym w ogóle istnieje coś takiego jak ludzka cywilizacja. Genialnym przykładem synkretyzmu jest Boże Narodzenie. Święta, które obchodzimy w grudniu, są wynikiem nawarstwienia się rzymskich obrzędów, germańskich zwyczajów związanych z zimowym przesileniem i religii chrześcijańskiej – warstwa na warstwie, każda przekształcająca poprzednią, żadna niebędąca „oryginałem”, do którego można by się odwołać jako do jedynej prawdziwej wersji.
Duńskie hygge to nie tylko ciepłe skarpety i herbata wypita przy kominku. Hygge opisuje stan bezpieczeństwa i obecności „tu i teraz”. A ta idea ma określony kontekst: egalitarnej kultury duńskiej i bardzo długich, ciemnych zim, które od pokoleń uczyły ludzi, że trzeba sobie ten czas w domu jakoś uprzyjemnić. Hygge nie jest techniką relaksacyjną, którą można sobie „zaaplikować”. To efekt życia w określonym społeczeństwie i odpowiedź na konkretne warunki klimatyczne. Odseparowanie hygge od korzeni sprawia, że traci ona swoją najważniejszą treść.
Z ikigai jest jeszcze ciekawiej, bo ten słynny diagram z przecinającymi się kołami – to, co kochasz, w czym jesteś dobra, czego potrzebuje świat i za co ci zapłacą – w ogóle nie pochodzi z Japonii. Ten wszechobecny w zachodnich poradnikach diagram został stworzony przez zachodnich autorów i przypisany japońskiej tradycji. Prawdziwe ikigai, jak wskazują badacze, jest znacznie bardziej prozaiczne: może nim być poranna filiżanka herbaty, uśmiech wnuka, pielęgnacja ogrodu. Nie ma w tym żadnego przymusu „znalezienia swojej pasji” ani „życia w zgodzie ze swoim przeznaczeniem”. W kulturze japońskiej sens ikigai płynie głównie z relacji z bliskimi i z miejsca w grupie, a nie z odkrycia „swojego wyjątkowego ja”. Presja, że musimy odnaleźć swoje „powołanie”, bo inaczej coś jest z nami nie tak, jest zachodnim wynalazkiem. O ironio, zachodnie idee zapakowaliśmy w japońskie słowo, żeby brzmiało bardziej metafizycznie, a przy tym zrobiliśmy z tego filozofię kariery.
Podobny los spotkał szwedzkie lagom. Słowo, które swoimi korzeniami sięga egalitarnych wspólnot nordyckich i oznaczało „w sam raz”, „ani za mało, ani za dużo” lub „tyle, żeby wystarczyło dla wszystkich”. Współcześnie zostało przejęte przez marki z najwyższej półki jako estetyka minimalizmu dostępnego głównie dla tych, których stać na minimalistyczne produkty w wersji premium. Lagom jako produkt jest właściwie odwrotnością lagom jako idei: dostatkiem udającym umiar.
Jean Baudrillard zauważył, że w późnym kapitalizmie konsumujemy nie tylko rzeczy materialne, ale i stany emocjonalne, doświadczenia, tożsamości. Hygge, lagom i ikigai jako produkt to właśnie taki towar: sprzedaje się nie świeczkę ani koc, lecz obietnicę konkretnego stanu emocjonalnego – ciepła, przynależności, spokoju. Tyle że tego nie można kupić.
Szukamy odpowiedzi na pytanie: „jak żyć”
To nie przypadek, że hygge, lagom i ikigai zrobiły międzynarodową karierę. Chociaż szczerze mówiąc, żałuję, że hitem internetów nie stało się gruzińskie słowo shemomechama, które w wolnym tłumaczeniu oznacza „nie planowałam tyle zjeść, a jednak to zrobiłam, bo było takie dobre”. Jednak wracając do tematyki „lokalnych mądrości”, które stały się viralem, warto zauważyć, że ich pojawienie się w popkulturze nigdy nie było i nie jest neutralne. Arjun Appadurai wskazywał, że przepływ idei, obrazów i wartości w zglobalizowanym świecie jest zakorzeniony w pragnieniach i wyobrażeniach konkretnych zbiorowości. A kultury Zachodu doświadczają kryzysu, a my szukamy nowych (lub pozornie starych) odpowiedzi na pytanie, „jak żyć”. Bo to, co nam znane, wydaje się pozbawioną autentyczności wydmuszką.
Z perspektywy kulturowej, jak i psychologicznej proces ten tłumaczy się przez kilka mechanizmów. Po pierwsze, to, co pochodzi z zewnątrz, postrzegane jest jako bardziej spójne, lepsze czy „mądrzejsze” i automatycznie zyskuje w oczach odbiorcy wyższy prestiż. Zapewne pamiętasz ze szkoły oświeceniową koncepcję „mitu o dobrym dzikusie”, w którym Europejczycy przeglądali się jak w lusterku. To świetna analogia. Idealizujemy odległe, „egzotyczne”, żyjące „bliżej natury”, mniej nam znane społeczności, by na ich tle dostrzec własne wady i niedociągnięcia. Po drugie, przywłaszczanie fragmentów obcych systemów wartości pozwala jednostce na budowanie współczesnej, bricolage'owej tożsamości, o czym pisał nie tylko Lévi-Strauss, ale też Zygmunt Bauman. Jak to wygląda w praktyce? To nic innego, jak wyciągnięcie z kontekstu pewnych elementów bez konieczności przyjęcia całości systemu kulturowego, z którego te elementy pochodzą. To właśnie ta łatwość konsumpcji bez zobowiązania jest kluczem do zrozumienia, dlaczego te hygge, lagom i ikigai stały się globalnymi produktami. Są wystarczająco egzotyczne, by kusić nowością, lecz wystarczająco bliskie zachodniej wrażliwości, by nie wymagać prawdziwego wysiłku. Hygge mówi: ogrzej się przy kominku z bliskimi. Lagom mówi: znajdź umiar. Ikigai mówi: rób to, co kochasz. Żadna z tych idei nie zakłóca fundamentalnie zachodniego modelu życia – wszystkie dają się wpisać w istniejące struktury konsumpcji, jednocześnie oferując ich moralną legitymizację. To bardzo wygodne. I bardzo na rękę firmom, które sprzedają przedmioty opakowane w idee hygge, lago, ikigai, a także feng shui czy jogi. Tymczasem mają one niewiele wspólnego z estetyką na Instagramie.
Dlaczego to działa?
Żyjemy w kulturze, w której tożsamość przestała być czymś, co się ma z urodzenia, a stała się czymś, co się konstruuje. Hygge, lagom i ikigai są w tym sensie wyjątkowo wygodnymi cegiełkami: gotowe, prestiżowe, łatwo rozpoznawalne przez innych. Byłoby jednak zbyt łatwo powiedzieć, że media i popkultura wciskają nam ładnie opakowane idee pozbawione większego sensu.
Hygge to nic innego jak regulacja emocji przez rytuał. Przygaszone światło, ciepły napój, koc, czas bez telefonu to proste, powtarzalne sygnały, które komunikują: jesteś bezpieczna, możesz się rozluźnić. Osobom żyjącym w chronicznym stresie taki rytuał może przynieść ulgę i zmniejszyć ryzyko wypalenia. Oryginalne hygge jest zachętą do spędzenia czasu z bliskimi bez „produktywnego” celu. To zupełne przeciwieństwo współczesnych trendów, które nawet optymalizują czas wolny („efektywny relaks”, „produktywne hobby”). Sam fakt dania sobie pozwolenia na „nic nierobienie” może zdjąć z nas poczucie winy.
Lagom to antidotum na perfekcjonizm. „W sam raz” jest przeciwieństwem „zawsze więcej, lepiej, szybciej” i „nigdy nie wystarczająco dobrze”. Badania pokazują, że osoby, które żyją w zgodzie z ideą „wystarczająco dobrze”, zwykle są bardziej zadowolone z własnych decyzji i mniej podatne na porównywanie się z innymi. Lagom daje nam „pozwolenie” na bycie przeciętnym w jakimś obszarze życia. Co więcej, lagom nie ma sztywnej definicji – „w sam raz” jest subiektywne i kontekstowe. Każda osoba sama definiuje, co dla niej znaczy umiar, zamiast podążać za tym, co nieosiągalne.
Ikigai nadaje nam strukturę, ramy odniesienia. Dla osób, które czują się zagubione zawodowo lub życiowo, uproszczony diagram w postaci czterech kół może być punktem wejścia do głębszej refleksji. Zdaniem psychologów nasze poczucie sensu i sprawczości rośnie, gdy łączymy kompetencję (robię to dobrze), autonomię (robię to z wyboru) i znaczenie społeczne (to ma wartość dla innych). Natomiast bardziej tradycyjne praktykowanie ikigai, czyli dostrzeganie sensu i radości w drobnych, powtarzalnych czynnościach, wspiera nasze poczucie szczęścia. Wbrew pozorom spektakularne osiągnięcia nie mają na naszą psychikę aż tak silnego oddziaływania.
Czy wystarczy zastosować obce nam kulturowo techniki, by poczuć się lepiej? Tak, jeśli nie traktujemy tych słów jak gotowych instrukcji, „jak być szczęśliwą”, a bardziej jak pretekst do postawienia sobie pytania: co się u mnie dzieje, co sprawia, że czuję się dobrze i dlaczego tak rzadko sobie na to pozwalam? To zachęta do zwolnienia, bycia obecnym tu i teraz, docenienia tego, co się ma. Hygge, lagom i ikigai nie są magicznym lekiem. Są zaproszeniem do rozmowy z sobą samą.
Bibliografia:
- Appadurai, A., „Nowoczesność bez granic. Kulturowe wymiary globalizacji”, Kraków 2005;
- Bauman, Z., „Płynna nowoczesność”, Kraków 2006’
- Baudrillard, J., „Społeczeństwo konsumpcyjne: jego mity i struktury”, Warszawa 2006;
- Case, A., Deaton, A., „Śmierci z rozpaczy i przyszłość kapitalizmu”, Warszawa 2021;
- Lévi-Strauss, C., „Myśl nieoswojona”, Warszawa 1969.
Czytaj także:
- Popkultura nauczyła nas romantyzować toksyczne relacje. I przez to mylimy miłość z ekscytacją
- Kobiety są zmęczone ciągłym ściganiem się ze sobą. Dlatego są na przegranej pozycji
- Cyfrowe wdowy doświadczają samotności we dwoje. "Nigdy go nie mam na 100%"



























