W przeszłości wcale nie zastanawiałyśmy się nad tym, jak wygląda nasz poranek. To był po prostu element codzienności. Wstawanie, przygotowanie śniadania, szykowanie się do pracy i wyjście z domu odbywały się na autopilocie. W ostatnim czasie nie da się oprzeć wrażeniu, że pierwsze godziny po przebudzeniu to cała strategia, która ma podnieść jakość naszego życia. 

WIDEO

player placeholder

Książki rozwojowe, media społecznościowe, poradniki dotyczące dobrostanu karmią nas przekonaniem, że pierwsze minuty po przebudzeniu mają wyjątkową moc. To właśnie w tym momencie nasz mózg “programuje się” na cały dzień. O ile fakt, że te pierwsze chwile są istotne, jest prawdą, to sama metoda “prawidłowego zaprogramowania” często nie skręca w dobrą stronę. Staje się przestrzenią pełną oczekiwań i punktów do odhaczenia

Najpierw szklanka ciepłej wody z cytryną. Potem kilka minut medytacji. Następnie joga, ćwiczenia oddechowe, dziennik wdzięczności, zdrowe śniadanie, ograniczenie kontaktu z telefonem i odpowiednio dobrana muzyka. Każdy z tych elementów sam w sobie może być wartościowy, ale ich natężenie – zgubne.

Zobacz także:

Właśnie tutaj natrafiamy na paradoks. Szukając większego spokoju, wpadamy w nową formę presji. Chcemy żyć wolniej, ale próbujemy osiągnąć ten cel za pomocą coraz bardziej rozbudowanych procedur. W rezultacie poranek, który miał przynosić ulgę, zaczyna przypominać projekt wymagający konsekwencji, samodyscypliny i regularnego raportowania postępów.

To właśnie dlatego najtrudniejsze w budowaniu poranków slow nie jest znalezienie odpowiednich nawyków. Znacznie trudniejsze okazuje się zakwestionowanie przekonania, że każda część dnia musi zostać wykorzystana maksymalnie efektywnie.

Kultura produktywności nie znika po zamknięciu służbowego laptopa

Nasza rzeczywistość po brzegi wypełniona jest produktywnością. Nie dotyczy to tylko pracy, ale również naszej zwykłej codzienności. W tej pułapce czas niespędzony na udoskonaleniu siebie i osiągnięciu zamierzonego wyniku jest czasem straconym.

A co gorsza, ta nowoczesna “produktywność” zawłaszczyła sobie język troski o siebie. Mówi o dobrostanie, zdrowiu psychicznym i równowadze. To nie jest bezpośrednie powtarzanie sobie: pracuj więcej, szybciej, lepiej. Sprzedaje nam obietnice. Dziesięć minut jogi dziennie sprawi, że będziesz zrelaksowana cały dzień. Wypij szklankę wody z cytryną dla lepszego trawienia i oczyszczenia organizmu. Puść sobie odgłosy natury w tle i medytuj, aby ukoić umysł i móc spokojniej podchodzić do problemów dnia codziennego. Zrób to wszystko, aby być perfekcyjnie przygotowaną na całą resztę godzin, które pozostały ci do snu.

Te drobne elementy oceniane są przez pryzmat ich skuteczności. Wszystko robimy po coś, a już niekoniecznie dlatego, że nam to sprawia przyjemność. Poranek staje się pierwszym polem codziennej optymalizacji. A to przecież nie o to chodzi w porankach w rytmie slow.

Rzecz jasna wymienione przeze mnie elementy porannej rutyny nie są czymś niewłaściwym. Chodzi tu o samo podejście do budowania nawyków, które sprawia, że wpadamy w sprytnie zastawioną przez nasz mózg pułapkę. “Produktywny” sposób myślenia sprawia, że nawet najbardziej kojące praktyki zostają podporządkowane logice osiągania rezultatów.

Gdy zaczynamy traktować poranne rytuały jak zadania do wykonania, tracimy kontakt z ich pierwotnym sensem. Zamiast doświadczać chwili obecnej, koncentrujemy się na realizacji planu. Zamiast słuchać własnych potrzeb, próbujemy spełnić wyobrażenie o idealnym początku dnia.

Dlaczego tak bardzo chcemy mieć idealną poranną rutynę?

Fakt, że właśnie teraz poranne rytuały zyskują na znaczeniu, wcale nie jest przypadkowy. Funkcjonujemy w świecie pełnym niepewności, gdzie rutyna zaspokaja potrzebę poczucia kontroli. Powtarzanie czynności stabilizuje naszą codzienność i pomaga odzyskać równowagę. Ogranicza też stres związany z podejmowaniem decyzji. Chęć posiadania schematu poranka to nic złego, o ile podchodzimy do niego z właściwym mindsetem. 

Największy problem pojawia się w chwili, w której rutyna zaczyna pełnić funkcję miary naszej wartości. Na takie jej postrzeganie wpływ ma wiele rzeczy, chociaż z pewnością największy impakt mają nasze własne obserwacje wyniesione z mediów społecznościowych. Przekaz płynący z profili na Instagramie jest prosty: ludzie odnoszący sukcesy mają określone poranne zwyczaje. Łatwo więc dojść do wniosku, że odpowiednia rutyna jest nie tylko sposobem organizacji czasu, ale również dowodem dojrzałości, odpowiedzialności i skuteczności.

Sukces w tym przypadku rozumiany jest w różny sposób. Odchudzające się dziewczyny na pewno chudną, bo tuż po obudzeniu piją specjalny napój, szczęśliwa mama osiąga niezbędny do przeżycia dnia spokój dzięki codziennej wyciszającej lekturze, a wzięte bizneswoman tworzą rano dokładny plan dnia.

W efekcie wiele osób nie tworzy poranków w zgodzie ze sobą. Są one kalką, która jest zgodna z oczekiwanym rezultatem. Nawet jeśli deklarujemy, że zależy nam na spokoju, podświadomie nadal próbujemy zasłużyć na poczucie, że dobrze wykorzystaliśmy czas.

Poranek w rytmie slow nie jest listą praktyk

Istota przeżywania slow poranków to uważność na własne potrzeby i świadome przeżywanie codzienności. Polega na dokładnym analizowaniu siebie i tego, co nam służy. Dla jednej osoby spokojny początek dnia to kilkanaście minut rozciągania. Inna odnajdzie potrzebną równowagę w spacerze z psem, a kolejna – w wypiciu ciepłej zielonej herbaty przy oknie. A wiesz, co jest w tym wszystkim najlepsze? Że równie dobrze możesz zostać w łóżku dodatkowe pięć minut i nie mieć wyrzutów sumienia, bo właśnie to najlepiej przygotuje cię na cały dzień.

Jednym z największych nieporozumień wokół idei slow jest przekonanie, że można ją sprowadzić do określonego zestawu zachowań. Problem jednak polega na tym, że to nie estetyka i nie gotowy przepis, który można zaadaptować do dowolnego stylu życia. Zamiast zadawać sobie pytanie: “Czego potrzebuję dzisiaj rano?”, zaczynamy pytać: “Jak powinien wyglądać prawidłowy poranek?”. To pozornie niewielka różnica, ale właśnie ona decyduje o jakości całego doświadczenia.

Slow morning nie wymaga idealnych warunków. Nie wymaga godzin wolnego czasu ani perfekcyjnie zaplanowanej rutyny. Wymaga natomiast gotowości do zauważenia własnych potrzeb, nawet jeśli są one inne niż te promowane przez media społecznościowe czy poradniki.

Największa trudność spokojnych poranków

W kulturze nastawionej na wyniki coraz trudniej znaleźć przestrzeń, która nie służy żadnemu konkretnemu celowi. Niemal każda aktywność ma dziś przynosić wymierne korzyści. Tymczasem człowiek potrzebuje również doświadczeń, które nie są środkiem do osiągnięcia czegokolwiek. Poranna chwila ciszy nie musi poprawiać koncentracji. Powolne picie kawy nie musi zwiększać kreatywności. Patrzenie przez okno nie musi prowadzić do żadnego odkrycia ani refleksji. Wielu wartościowych momentów nie da się przeliczyć na efektywność.

Osiągnięcie prawdziwego spokojnego poranka jest dla wielu osób tak trudne nie z braku czasu, ale przez to, że nie pozwalają sobie na istnienie bez natychmiastowego uzasadniania każdej czynności. Przez lata uczymy się, że wartość czasu zależy od jego produktywnego wykorzystania. Nic więc dziwnego, że bezczynność budzi dyskomfort. Nawet gdy organizm potrzebuje odpoczynku, umysł podpowiada, że powinniśmy robić coś bardziej użytecznego.

Poranek slow proponuje zupełnie inną perspektywę. Zakłada, że pierwsze minuty dnia nie muszą być inwestycją w lepszą wersję siebie. Mogą być po prostu doświadczeniem bycia człowiekiem.

A co najważniejsze – myśląc o swoim poranku w rytmie slow nie myśl o spokoju jako nagrodzie za dobrze wykonane zadania. Nie czuj wyrzutów sumienia, jeśli akurat jednego dnia zrobisz wszystko inaczej niż dotychczas. Nie musisz nic wypracowywać ani zdobywać. Aby łagodnie wejść w rytm dnia czasem wystarczy, że sobie po prostu odpuścisz.


Czytaj także: