W tym roku wchodzą w życie trzy unijne dyrektywy, które mają ograniczyć brak proekologicznych postaw szeregu marek, a także niezgodne z prawdą oznaczenia (jak np. “kosmetyki bio” bez certyfikatów potwierdzających skład).

WIDEO

player placeholder

Choć dla przeciętnego zjadacza chleba brzmi to może mało efektownie, warto wiedzieć, co realnie możemy zyskać, a raczej – czego możemy oczekiwać jako konsumenci. Tym bardziej, że zmiany obejmą szereg produktów codziennego użytku – od kosmetyków, przez ubrania, buty i dodatki, aż po sprzęt RTV i AGD (a lista jest jeszcze dłuższa). 

Zmiana pierwsza: zakaz niszczenia ubrań, czyli więcej promocji i outletów

Do tej pory, co roku w Europie, niszczyliśmy (konkretnie: spalaliśmy) od 1/20 do nawet 1/10 niesprzedanych tekstyliów, a mówiąc dosadnie – nowych ubrań.

Zobacz także:

Zazwyczaj z dwóch powodów. 

Część marek dbało w ten sposób o swój status, uznając, że przecenianie produktów obniż jej prestiż. Ostatnio głośna była sprawa Chanel, ale absolutnym rekordzistą w tej dziedzinie było Burberry, które przez 5 lat zniszczyło ubrania, dodatki i perfumy o wartości 90 mln funtów (a więc ponad 450 mln złotych). 

Drugim powodem niszczenia ubrań były wysokie koszty magazynowania niesprzedanej odzieży przy stosunkowo niskim koszcie jej produkcji (tutaj głośno było szczególnie o H&M-ie i Nike).

Od 19 lipca 2026 na terenie UE duże firmy (a więc większość sieciówek) obowiązuje całkowity zakaz niszczenia odzieży, butów i dodatków, które są nowe i zdatne do użycia. Przepis ma objąć też firmy średniej wielkości do 2030 roku

Co to oznacza w praktyce? Że firmy będą musiały opracować nowe strategie zarządzania niesprzedanym towarem. 

Jednym ze sposobów jest gospodarka cyrkularna, w ramach której materiały “krążą” w obrębie firmy tak długo, jak to tylko możliwe. Jeśli spotkałyście się kiedyś w sieciówce z bluzką, która wygląda dokładnie tak, jak wasza sukienka z zeszłego roku, najprawdopodobniej producent upcyclingował w ten sposób ten model, by powrócił do sprzedaży nie jako sukienka sprzed dwóch sezonów, ale nowy model. 

Luksusowe marki, takie jak np. Gucci czy Louis Vuitton ze skrawków skór i tekstyliów robi drobne akcesoria lub limitowane serie. Z kolei na Zalando można już od jakiegoś czasu sprzedać swoje używane ubrania. 

Jest jeden haczyk: przeprojektowywanie ubrań i upcycling resztek materiałów wymaga dodatkowych nakładów czasu, pieniędzy i pracy specjalistów. Najbardziej prawdopodobne jest więc, że duże marki postawią na outlety – online, ale i te “w realu”, zlokalizowane z dala od centrów miast, gdzie powierzchnię można wynająć za mniejsze pieniądze i przyoszczędzić na wystroju sklepu. Inną opcją (dotychczas niewykorzystywaną, bo droższą niż spalenie) są darowizny produktów np. dla domów samotnej matki czy domów dziecka. 

Zmiana druga: firmy mają znacząco ułatwić naprawy swoich towarów

Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy nie był w klasycznej sytuacji: naprawa dwuletniego telefonu (/lodówki/wstaw dowolne) kosztuje prawie tyle samo, co nowy model. Większość z nas szarpnie się na te 200 czy 300 zł więcej, podążając za – często pozornymi – udogodnieniami. 

Nie chodzi o z lekka dziaderskie z narzekanie, że “kiedyś to były czasy, a urządzenia działały 30 lat”, bo biorąc pod uwagę skok technologiczny nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby używać telefonu komórkowego sprzed 20 lat, ani telewizora wyprodukowanego w 1996. 

Wracając jednak do przepisów. Od 31 lipca 2026 roku państwa UE muszą stosować dyrektywę w sprawie zasad promujących naprawę towarów takich jak m.in. pralki, suszarki, lodówki, telefony (słowem RTV i AGD). Ma ona na celu zwiększenie dostępności napraw leżących po stronie producenta oraz ograniczenie nieuczciwych praktyk wspomnianych wyżej – w przypadku większości uszkodzeń naprawa nie powinna być droższa niż niemal równa cenowo zakupowi nowego towaru. 

Znów chodzi tu o ekologię, ale taką która przekłada się na korzyści dla konsumenta – produkty powinny służyć dłużej. Dyrektywa wspomina nawet o ustaleniu rozsądnych cen części zamiennych (tak, by naprawa nie stała się fikcją). 

Producenci nie będą ułatwiać napraw wyłącznie na papierze. Jeśli dany sprzęt podlega unijnym wymogom naprawialności, części i narzędzia mają być dostępne w cenie, która nie zniechęca do naprawy, a sam producent nie może stosować blokad utrudniających korzystanie z części używanych czy kompatybilnych choć niemarkowych. Nie może też odmówić naprawy, bo wcześniej nasze urządzenie naprawiał niezależny serwisant (co w wielu przypadkach było dotychczas normą). 

Mówiąc mniej urzędowo: skończyć ma się model, w którym wymiana jednego elementu wymaga kupienia całego modułu albo wizyty wyłącznie w autoryzowanym punkcie, bo producent zablokował wszystkie inne opcje.

Jest też marchewka dla osób, które zamiast wymiany wybiorą naprawę u sprzedawcy. W takim przypadku gwarancja na produkt ma zostać wydłużony o co najmniej rok. UE nie precyzuje niestety, że reperowanie telefonu musi kosztować np. maksymalnie połowę ceny nowego. 

Zmiana trzecia: koniec z “eko”, bo opakowanie jest zielone

Napis “eco friendly” albo “bio” i znaczek sugerujący, że produkt przeszedł jakiś ekologiczny test, wyglądają zachęcająco. Relatywnie niskim kosztem możemy poczuć się lepiej i pomyśleć, że “wybieramy odpowiedzialnie”. Problem w tym, że część takich oznaczeń marki wymyślały sobie same. 

27 września 2026 roku wchodzi w życie unijna dyrektywa zakazująca stosowania tego typu haseł, jeśli producent nie posiada powszechnie uznawanych certyfikatów. Zniknąć mają również stworzone przez same firmy znaczki z listkiem, drzewkiem czy planetą, sugerujące, że mamy do czynienia z produktem ze składników naturalnych lub też marką wyjątkowo dbającą o dobro zwierząt i planety. 

Od końca września nie będzie też można “przenosić” jednego ekologicznego elementu na cały produkt. Przykładowo: jeśli butelka szamponu powstała z plastiku z recyklingu, producent nie może sugerować, że sam produkt jest eko. 

Podobnie firma korzystająca z zielonej energii tylko w jednej fabryce nie może na tej podstawie robić z całej swojej działalności neutralnego klimatycznie wzoru do naśladowania. Zniknąć mają też napisy w rodzaju “neutralny dla klimatu”, jeśli neutralność polega głównie na wykupieniu offsetów, czyli finansowaniu np. sadzenia drzew gdzieś indziej.

Dla konsumenta oznacza to przede wszystkim mniej zgadywania. Zielone opakowania z nami zostaną, ale kupując produkt nie będziemy mamieni znaczkami nieznaczących certyfikatów stworzonych przez zdolnego. 

Zmiany w prawie mają wspólny mianownik: ekologiczny ma być nie tylko konsument, który segreguje śmieci i stara się kupować mniej, a jeśli już, to bardziej świadomie, ale i firmy, które zostały (wreszcie!) zmuszone do wzięcia odpowiedzialności za swoją produkcję – jej wolumen, brak wprowadzania konsumenta w błąd, jak i trwałość swoich produktów. Dużym producentom po prostu przestaną się “opłacać” psujące się mikrofalówki. 

Nowe przepisy przenoszą przynajmniej część odpowiedzialności, tam, gdzie ze względu na skalę wpływu powinna ona być od dawna. 
Nas czekają po prostu tańsze naprawy, większe przeceny na ubrania i mniej marketingowych gierek. 

Warto znać przepisy, żeby wiedzieć, kiedy sprzedawca albo producent próbuje nam wmówić, że “rzeczy się psują”. Ekologia w praktyce to nie 5 proc. bawełny organicznej w dziesiątym nowym tiszercie w tym roku, ale sprawienie, że rzeczy które mamy, nie będą nadawały się do śmieci po trzech praniach albo dwóch latach odkurzania. 


Czytaj więcej:
Skandynawki przekonują, że czas powiedzieć "papa" quiet luxury. Oto 7 największych trendów na jesień 2026