Jeżeli miałabym wskazać jedną osobę w polskim show-biznesie, której życiorys nadaje się na wciągający film, bez wątpienia byłby to Jan Borysewicz. Gdy czytałam jego autobiografię w postaci wywiadu-rzeki przeprowadzonego przez Marcina Prokopa, byłam zafascynowana od początku do końca i stwierdziłam, że jest to świetny materiał na scenariusz. Z tego samego założenia wyszli twórcy produkcji Netflixa. Film „Mniej obcy” od 7 października jest dostępny w bibliotece platformy streamingowej, a ja zastanawiam się, czy po tym seansie Jan Bo faktycznie jest mniej, czy może „wciąż bardziej obcy”.
WIDEO…
„Twoje miejsce na ziemi tłumaczy zaliczona matura na 5”
Życie Jana Borysewicza to samograj. Nie trzeba było fajerwerków, podkręcania dram, sztucznego budowania napięcia. Od pierwszej minuty otrzymujemy poruszającą historię młodego chłopaka, który po prostu chce grać na gitarze. Opowieść w stylu american dream o dążeniu do spełnienia marzeń, ciężkiej pracy, ale też o ogromnym zagubieniu w życiu i uciekaniu od tego, co prawdziwe.
Największym plusem tego filmu jest gra aktorska debiutantów. Po raz pierwszy na ekranie pojawia się Mikołaj Bukrewicz i to od razu w głównej roli. I jest to bardzo udany debiut. Na początku miałam wrażenie, że nie pasuje mi wizerunkowo do tej postaci. Im jednak dłużej oglądałam ten film, tym mocniej przekonywałam się, że Bukrewicz po prostu stał się Borysewiczem i to nie tylko przez podobieństwo nazwisk. Wszedł w rolę rockmana, jakby sam urodził się z gitarą w jednej ręce, a „Jasiem Wędrowniczkiem” w drugiej. I kupił publiczność swoim nietuzinkowym urokiem oraz talentem.
Z kolei Marcel Barra w roli Janusza Panasewicza zachwycił mnie wizerunkowo. Casting do tego filmu został zaliczony na 5 i to nawet z plusem. Szczególnie że tłem dla młodego pokolenia są wybitni aktorzy. Kinga Preis w roli mamy Borysewicza błyszczy na ekranie. Wystarcza ruch ręki czy pusty wzrok przepełniony bólem, żebyśmy czuli, co ma nam do przekazania – nawet bez słów. Ireneusz Czop jako ojciec jest w punkt – surowy, chłodny, nie do polubienia. Bo to z Jankiem mamy sympatyzować – nawet, gdy chcemy krzyknąć do ekranu „chłopie, co ty odwalasz”, gdy wyrzuca telewizor przez okno.
„Jesteś idolem, wielbi cię tłum”
Świetna gra aktorska, scenariusz samograj, więc do czego można się tu przyczepić? Można, oj można, bo ten film nie jest idealny. Znając historię z biografii Borysewicza, wiedziałam, że niektóre wątki są podkoloryzowane – zupełnie niepotrzebnie. Historia gitarzysty jest na tyle barwna, a jednocześnie tragiczna, że naprawdę potrafimy zrozumieć jego motywacje, nawet bez wyolbrzymiania. I nie trzeba go wybielać – Janek Bo to Janek Bo – idol, guru i niedościgniony autorytet dla wielu młodych gitarzystów, nawet wtedy, gdy błądzi i szuka poklasku – lub szczególnie wtedy.
Nie znam osoby w naszym kraju, która nie potrafiłaby zanucić choć jednego utworu zespołu Lady Pank. Wszyscy kojarzą grupę muzyków, których dziś można już nazwać seniorami, ale nigdy, gdy są na scenie. Każdy ich koncert wciąż kojarzy się z ogromną charyzmą, którą widać przede wszystkim w grze Jana Borysewicza. Bo choć bywa szorstki względem swoich współpracowników, wie, po co to robi, a my z zapartym tchem nadal będziemy słuchać jego wyjątkowych kompozycji.
Również w filmie możemy usłyszeć wiele piosenek Lady Pank, które pojawiają się w konkretnych momentach w życiu bohaterów. Gdy usłyszałam jeden z moich ukochanych utworów – „Małą wojnę” – w momencie, w którym Janek trafia do szpitala (bez zbędnych spoilerów), miałam ciary. Przez cały seans towarzyszył mi ogrom emocji związanych ze smutną historią gitarzysty. Nie jest to jednak typowy dramat. Mamy tu dynamiczne kadry, w których mimo wszystko znajduje się czas na uczucia bohaterów. I to jest kolejny ogromny plus tej produkcji. Bo te emocje są prawdziwe, nawet jeżeli niekiedy sztucznie wywoływane nieco patetycznymi scenami.
„Zawsze iść – rozkaz, który masz we krwi”
Uwierzcie mi, że film „Mniej obcy” obejrzycie z wypiekami na twarzy, bo historia Lady Pank, choć tak mocno osadzona w realiach polskości, zupełnie polskiej nie przypomina. To jazda bez trzymanki, sex, drugs and rock’n’roll na modłę PRL-owską. Właśnie dlatego chętnie obejrzą ją starsze pokolenia, które doskonale pamiętają początki zespołu. Z filmową biografią Borysewicza z ogromną ochotą zapoznają się też milenialsi, którzy przeżywali pierwsze pocałunki przy dźwiękach „Zawsze tam, gdzie ty”. I na pewno po produkcję Netflixa sięgną kolejne pokolenia, zachęcone młodymi aktorami i scenami rodem z amerykańskiego Young Adult.
Trudno mi powiedzieć, czy dziś, po obejrzeniu filmu i przeczytaniu biografii, Jan Borysewicz jest mi bardziej, czy mniej obcy. Z pewnością wiem więcej zarówno na jego temat, jak i na temat samego Lady Pank. Biorąc jednak pod uwagę ekscesy muzyka, trudno mi się z nim utożsamić. Facet, który do tej pory kojarzył mi się z miłym dziadkiem z gitarą, ma dość sporo za uszami, ale też sporo przeżył. Więc tak, po tej produkcji patrzę na niego inaczej. Jednak tym chętniej będę wracać do utworów Lady Pank, bo dziś usłyszę w nich znacznie więcej prawdy niż wcześniej. Doceniam też szczerość, pracowitość i talent Borysewicza. Uważam go za najwybitniejszego gitarzystę polskiej sceny muzycznej. I cieszę się, że „Mniej obcy” trafił w nasze ręce, pokazując, że polski rock’n’roll to coś więcej niż pogo pod sceną i koszulka Kultu na brzuchu piwnym.
Czytaj także:
- Łęcka w H&M, Wokulski na Tinderze... Jak z „Lalki" zrobiono viral XXI wieku
- Dawniej romantyk, dziś „red flag”. Romantyzowaliśmy zachowanie Wokulskiego, dziś wiemy, że to obsesja
- On chce akcji, ty dobrej fabuły? 10 filmów na Dzień Chłopaka, przy których żadne z was nie uśnie