Zmierzch szpiega, jakiego znaliśmy

James Bond nigdy nie był po prostu bohaterem kina akcji – od dekad służył za popkulturowy barometr naszych czasów. Był ucieleśnieniem brytyjskiego imperium, zimnowojennym cynikiem, a w erze Daniela Craiga ewoluował w poturbowanego weterana, który w końcu zaczął krwawić i płakać. Craig zostawił Bonda poturbowanego, złamanego i bardzo ludzkiego, udowadniając, że kuloodporny twardziel to dziś przeżytek. Gdy emocjonalny kurz opadł, producenci stanęli przed karkołomnym zadaniem: jak ulepić nowego 007 w erze po #MeToo, w świecie zmęczonym toksyczną męskością, w którym mizoginia w stylu wczesnego Seana Connery'ego to materiał na proces karny, a nie kinowy hit?

WIDEO…

player placeholder

Aby zrozumieć skalę tej rewolucji, wystarczy uświadomić sobie, jak bardzo (źle?) zestarzeli się poprzednicy Craiga. Sean Connery stworzył absolutny archetyp 007, ale jego bohater, choć hipnotyzujący, był bezwstydnym szowinistą, którego siłowe metody uwodzenia i protekcjonalne traktowanie partnerek dzisiaj wywołałyby uzasadniony bojkot. Roger Moore zamienił agenta w czarującego flirciarza z wiecznie uniesioną brwią, jednak dla niego kobiety stanowiły jedynie komediowy, jednorazowy rekwizyt w przerwie między ratowaniem świata. Nawet Pierce Brosnan, idealnie skrojony korporacyjny szpieg lat 90., z dzisiejszej perspektywy wydaje się emocjonalnie niedostępnym manekinem, chowającym pustkę za fasadą perfekcyjnych garniturów. Żaden z nich nie przetrwałby konfrontacji z dzisiejszą widownią, która bezlitośnie odziera męskość z toksycznego pancerza.

W wyścigu o rolę zostali Jack Lowden, Callum Turner i Josh O’Connor. Trzech aktorów o diametralnie różnej energii, ale połączonych jednym, kluczowym mianownikiem – żaden z nich nie jest klasycznym, jednowymiarowym "samcem alfa".

Zobacz także:

Arystokracja buntu i skomplikowane emocje

Josh O’Connor to nazwisko, które wnosi do tego wyścigu najwięcej intelektualnego fermentu. Ulubieniec kina autorskiego, gwiazda „Challengers” i „The Crown”, to uosobienie eleganta o mrocznym, skomplikowanym wnętrzu. O’Connor na ekranie mistrzowsko ogrywa męską słabość, uwikłanie i niejednoznaczność. Zrobienie z niego szpiega byłoby ruchem absolutnie rewolucyjnym – sygnałem, że nowy Bond to neurotyk, który najpierw analizuje swoje poplątane uczucia, a dopiero potem pociąga za spust. To szpieg, który uwodzi intelektem i intrygującym pęknięciem w życiorysie.

Josh O'Connor
Getty Images

Callum Turner reprezentuje z kolei fizyczność, ale w zupełnie nowym, odświeżonym wydaniu. Gwiazdor „Władców przestworzy” ma warunki klasycznego amanta, jednak jego uroda jest przełamana łobuzerskim, niemal chłopięcym wdziękiem. To brutal o miękkim sercu – typ faceta, który potrafi rzucić się w wir walki w luksusowym kasynie, by sekundę później spojrzeć w obiektyw z autentyczną melancholią i bezradnością. Turner to dowód na to, że kino akcji desperacko szuka emocjonalnej dostępności.

Callum Turner
Getty Images

Stawkę zamyka Jack Lowden – chłodny, brytyjski profesjonalizm w najczystszej postaci. Znany z genialnej roli w „Kulawych koniach”, Lowden emanuje spokojną, inteligentną siłą podszytą ostrym, ironicznym dowcipem. W jego interpretacji męskość nie krzyczy ani pręży muskułów. Jest pewna siebie, stylowa i pozbawiona arogancji, która tak często gubiła jego poprzedników. To agent, który nie potrzebuje uprzedmiotawiać kobiet, by poczuć się panem sytuacji; to partner, z którym można ramię w ramię ratować świat.

Jack Lowden
Getty Images

Licencja na wrażliwość

Producenci Bonda doskonale wiedzą, że współczesny widz – a zwłaszcza współczesna widzka – nie kupi już bohatera, który traktuje empatię jak zbędny balast. Kobiety nie chcą ratować straumatyzowanego twardziela ani znosić jego protekcjonalnego uśmieszku. Chcą partnera. Mężczyzny, który potrafi nawiązać relację, który ma świadomość własnych ograniczeń i dla którego smoking to tylko ubranie, a nie zbroja ukrywająca brak więzi ze światem.

Finałowa trójka to dowód na to, że definitywnie pożegnaliśmy erę facetów nieomylnych. Architekci popkultury zrozumieli, że w 2026 roku największą siłą mężczyzny nie jest obwód jego bicepsa ani celność ciosu, ale zdolność do bycia bezbronnym. Niezależnie od tego, czy kolejnego Aston Martina poprowadzi Lowden, Turner czy O’Connor, jedno jest pewne: nowy James Bond nie będzie bał się oberwać, ale jeszcze bardziej nie będzie bał się przyznać, że go to boli. 

Ta nowa wrażliwość determinuje również to, kto ostatecznie stanie u jego boku. Branżowe korytarze huczą od plotek, a na liście faworytek do głównej roli żeńskiej brylują nazwiska takie jak Jodie Comer czy Florence Pugh. We współczesnym kinie nie ma już bowiem miejsca na "dziewczyny Bonda" – potrzebujemy kobiet Bonda. Nie bezbronnych piękności w bikini, czekających na ratunek, lecz równorzędnych przeciwniczek i partnerek z własnym planem działania, mrokiem i tajemnicą. Potrzebujemy postaci, które intelektualnie i fizycznie dorównają nowemu agentowi 007, potrafiąc go nie tylko uwieść, ale przede wszystkim rzucić mu wyzwanie, na które żaden z jego poprzedników nie byłby gotowy.


Zobacz także:
W latach 80. gwiazdy takie jak Kora albo Izabela Trojanowska kombinowały tak jak zwykłe kobiety