Rozwój osobisty – przepięknie brzmiące hasło, które od lat jest nam sprzedawane jako cudowna opcja dla każdego. Zdobywanie nowych kompetencji, praca nad sobą, całe morze możliwości… Jeszcze kilka lat temu była to piękna historia o samodoskonaleniu w ramach własnej inicjatywy i chęci. Dzisiaj? To raczej obowiązek. “Stanie w miejscu” nie jest już tak mile widzine. Z każdej strony słyszymy, że inwestowanie w siebie i wychodzenie ze strefy komfortu pozwala budować pewność siebie. Zwiększa się nasza produktywność. Cudowna cecha, której każdy oczekuje. Optymalizacja, wydajność, wszystko, aby stać się perfekcyjnie naoliwionym trybikiem w maszynie codzienności. Coach powiedziałby, że tkwi w tobie potencjał, ale musisz go oszlifować.
WIDEO…
Już sam poczyniony przeze mnie wstęp powinien zapalić ci w głowie czerwoną lapmkę. Nie do końca brzmi to pozytywnie, prawda? I właśnie tak jest. Samodoskonalenie może być super, ale tylko do pewnego momentu. “Zabawa” kończy się, kiedy zaczynasz czuć, że musisz się doskonalić, bo inaczej zostajesz z tyłu, a całe życie jest zmarnowane. W ten sposób rozwój przestaje służyć człowiekowi i role się odwracają – człowiek zaczyna służyć idei nieustannego rozwoju. Brzmi strasznie i jest straszne. Bo przecież zawsze znajdzie się coś do udoskonalenia w sobie. Cel nieustannie się oddala, a kobieta pozostaje z poczuciem, że jeszcze nie dotarła tam, gdzie powinna.
Nie chcemy być niewystarczające
Wiesz, co jest dla mnie najciekawsze? Tyle razy już przeczytałam, że źródłem rozwoju osobistego jest ambicja. Ale wiem to po sobie – i po rozmowach ze znajomymi – że ze wszystkich scenariuszy ten ma najmniejsze szanse na realizację w prawdziwym życiu. Kobiety nie chcą wzrastać. Kobiety chcą się poczuć wystarczające. I staną na głowie, żeby w końcu to osiągnąć.
Spójrz, ile razy otrzymujemy sygnały, że powinnyśmy być inne niż jesteśmy. Za głośna, za cicha, za ekstrawertyczna, za introwertyczna, za infantylna lub za poważna i tak można wymieniać bez końca. Ciągle jest w nas coś nie tak. Krytykiem jest nie tylko otoczenie, chociaż to ono jest źródłem naszego niezadowolenia z siebie. Największym krytykiem jesteś ty sama. Bo się tego nauczyłaś od innych. Bo tak zostałaś wychowana przez społeczeństwo. Bo dokładnie to widzisz w mediach społecznościowych.
Efekt? Wiele kobiet sięga po kolejne kursy, poradniki, szkolenia czy obserwuje profile coachy nie dlatego, że tego potrzebuje, ale dlatego, że chce poczuć ulgę. One wierzą, że jak zdobędą jeszcze jedną kompetencję, to wreszcie staną się wystarczające. Ale za zdobyciem jednej góry przychodzi kolejna. I jeszcze jedna. Za nią czai się następna, chociaż jeszcze jej nie widać. Każdy osiągnięty poziom staje się jedynie punktem wyjścia do kolejnych stawianych samej sobie wymagań.
A im bardziej próbujemy zasłużyć na poklepanie po plecach za dobrą robotę, tym bardziej oddalamy się od poczucia, że już jesteśmy “najlepszą wersją siebie”.
Nierealne ideały psują nam głowę
Kiedyś usłyszałam od jednego z wujków, że “teraz to kobiety mają high life”. Dzisiaj, kilkanaście lat później, zastanawiam się, gdzie jest to moje high life, bo jakoś go nie widzę. Mniejsza presja? Absolutnie nie. Oczekiwania są inne, ale presja ich spełnienia zdaje się nawet jeszcze większa niż w przypadku naszych matek czy babek. Bo jak im się powinęła noga, to były “tylko kobietami”. Ja jestem “niezależna i samowystarczalna”.
Żona, matka, pracownica, fitnesiara, na dodatek zdrowa fizycznie oraz psychicznie. Mamy mieć zdrowe relacje i realizować swoje pasje. A w międzyczasie najlepiej zrobić instagramowy doktorat z bycia coachem dla samej siebie, bo przecież dokształcanie to podstawa. Kontrola na wszystkich płaszczyznach – nie ma obszaru życia, który może zostać niezaopiekowany.
Masz być wszystkim – i to nie na pół gwizdka, o nie. Półśrodki zostawiamy za drzwiami. Masz wiedzieć, rozumieć i wykonywać wszystko na 100%. Takiego standardu nie da się spełnić, chociaż od lat notorycznie jest nam powtarzane, że "jak to się nie da, wszystko się da". Może to i prawda, ale jakim kosztem? Myślę, że w takim przypadku na pewno musiałabyś skreślić z listy swoich idealnych cech zdrowie psychiczne. Wszystko ma jakąś cenę, a najdroższa waluta XXI wieku to właśnie nasza psychika.
Sprytne podsycanie niedosytu
Nie bez powodu tu i ówdzie wspominam o mediach społecznościowych. Tak, wiem – temat przerabiany niemal w każdym możliwym zagadnieniu. Ale jak tu nie wspominać o największym błogosławieństwie i przekleństwie współczesnej technologii, kiedy to właśnie ono ma na nas taki wpływ?
Oczywiście media społecznościowe nie stworzyły problemu perfekcjonizmu, ale są idealnym źródełkiem do podsycania niezadowolenia z siebie. I to codziennie. Porównywanie siebie do innych weszło nam w krew przez pokolenia. Podejrzewam, że nawet babki naszych babek, a nawet jeszcze wcześniej żyjące przodkinie miały problem ze ściganiem się z kimś, kogo uznały za lepszego w danej dziedzinie. Łącząc to z kilkugodzinną stymulacją oglądaniem wymuskanych profili odartych z trudu codzienności, możemy łatwo przewidzieć skutki.
Ta schudła, ta trenuje 5 x razy w tygodniu, ta dostała awans, ta otrzymała współpracę, ta jest idealną matką, inna ma perfekcyjny makijaż każdego dnia, a jeszcze inna jest w stanie codziennie przygotować dla siebie posiłki bez korzystania z cateringu. Materiału do porównań jest całe mnóstwo. Szkoda tylko, że ten materiał to wycinek, który ktoś chciał, żebyśmy zobaczyły.
Nie zrozum mnie źle – inspiracja to nic złego. Problem zaczyna się wtedy, gdy widzisz innych jako ideały, do których musisz dążyć. Ludzki umysł nie został stworzony do nieustannego porównywania się z setkami osób jednocześnie. Tymczasem właśnie to robimy. Nawet jeśli świadomie wiemy, że internet pokazuje jedynie wycinek rzeczywistości, emocjonalnie często reagujemy tak, jakby był pełnym obrazem świata.
W rezultacie coraz trudniej czerpać satysfakcję z własnych osiągnięć. Tak rodzi się poczucie niedosytu, które napędza kolejne próby samodoskonalenia. Nie dlatego, że rzeczywiście czegoś nam brakuje, ale dlatego, że stale patrzymy na ludzi, którzy mają więcej, osiągnęli więcej… a najczęściej po prostu sprawiają takie wrażenie.
Nie perfekcjonizm, a rozwój
Wypadałoby dokonać rozróżnienia pomiędzy rozwojem a perfekcjonizmem. Uświadomienie sobie różnicy jest prawdziwym game changerem. Zdrowy rozwój wynika z ciekawości, potrzeb i wewnętrznej chęci poszerzenia własnych możliwości. Jest czymś naturalnym i dobrym. Perfekcjonizm, który możemy też określić toksycznym rozwojem, opiera się na przekonaniu, że obecna wersja nas samych nie jest wystarczająco dobra i wymaga ulepszenia.
Jak zauważyć, w jakiej jesteśmy sytuacji? Jeśli rozwijasz się z ciekawości, czerpiesz satysfakcję z procesu – jest ok. Natomiast kiedy odczuwasz lęk, konieczność i wewnętrzny przymus, to jest jasny sygnał, że znajdujesz się w tej “toksycznej” strefie, gdzie liczy się rezultat, a nie nauka. A na dokładkę nie doceniasz tego, co już osiągnęłaś i ciągle mierzysz wyżej.
W takim przypadku samodoskonalenie staje się maniakalną odmianą perfekcjonizmu. Nie chodzi ci o rozwój i doświadczanie nowych ciekawych rzeczy. Chodzi o perfekcyjne życie.
To cel niemożliwy do osiągnięcia, ponieważ człowiek z natury jest niedoskonały. Próba wyeliminowania wszystkich słabości, błędów i ograniczeń przypomina walkę z własną naturą. Im bardziej angażujemy się w ten proces, tym większe staje się rozczarowanie.
Życie odkładane na później
Najbardziej dotkliwa konsekwencja obsesji na punkcie samodoskonalenia nie jest związana ani z pieniędzmi, ani z czasem. Jest nią utrata teraźniejszości.
Wiele kobiet funkcjonuje w przekonaniu, że prawdziwe życie zacznie się później. Kiedy schudną. Kiedy zdobędą wymarzone stanowisko. Kiedy nauczą się lepiej radzić sobie ze stresem. Kiedy staną się bardziej pewne siebie. Każdy kolejny cel wydaje się przepustką do szczęścia i spokoju.
Ale kiedy wpadasz w obsesyjny perfekcjonizm, stajesz się częścią mechanizmu samodoskonalenia, który się nie kończy. W konsekwencji twoje “później” nigdy nie nadejdzie. Marnujesz lata na przygotowywaniu się do życia, zamiast faktycznie je przeżywać.
Tymczasem najcenniejsze doświadczenia rzadko zdarzają się wtedy, gdy jesteśmy idealne. Pojawiają się wtedy, gdy jesteśmy obecne. Gdy pozwalamy sobie na niedoskonałość, spontaniczność i zwyczajne bycie człowiekiem.
Rozwiązaniem tego problemu wcale nie jest całkowita rezygnacja z rozwoju. Trudno wyobrazić sobie satysfakcjonujące życie bez uczenia się nowych rzeczy, zdobywania doświadczeń czy realizowania ambitnych celów. Ale za każdym razem warto zapytać samej siebie: “dlaczego to robię?”. Odpowiedź nie zawsze będzie wygodna, ale za to dużo dowiesz się o sobie. I o tym, czego chcesz ty, a czego chciałoby twoje otoczenie i społeczeństwo. Właśnie to rozróżnienie jest w samorozwoju najważniejsze. Prowadzi do osiągania własnych celów, a nie spełniania cudzych, projektowanych na nas oczekiwań.
Czytaj także:
- Kobiety czują, że muszą się ze wszystkiego tłumaczyć. Tego jesteśmy uczone od małego
- Zamiast dzieci wybieram wakacje. Pokolenie bezdzietnych turystów to dziś ratunek dla branży turystycznej
- Pół żartem, pół staro. Dzisiejsze 45-latki wyglądają młodziej niż ich matki w tym samym wieku



























