Na tydzień przestałam dostosowywać się do innych. Dla ciebie łatwizna? Mnie zżerało poczucie winy
Ile razy robisz coś, czego nie chcesz? Tylko dlatego, że głupio ci odmówić, nie chcesz być uznana za egoistkę, boisz się zrobić komuś przykrość, w końcu dlatego, że nie umiesz inaczej. Jeśli też jesteś „panią dostosowującą się”, to mój tekst jest dla ciebie. Zrobiłam tygodniowy eksperyment, przestałam dopasowywać się do innych.

- Redakcja
Od dziecka słyszałam, że jestem miła i kontaktowa. W przedszkolu ostatniego cukierka oddawałam koleżance, godziłam się na zabawy, które wybierały inne dziewczynki i nigdy „nie robiłam problemów”. Podobnie w podstawówce i liceum. Byłam dziewczyną z sąsiedztwa, super przyjaciółką, dla wszystkich miałam czas. Byłam też poprawiaczką nastroju znajomych i odkąd pamiętam, czułam ogromną odpowiedzialność za nastrój innych.
Kiedyś, zanim modne stało się chodzenie na terapię, byłam przekonana, że taka się urodziłam. Trochę zazdrościłam tym dziewczynom, a później kobietom, które nie bały się mówić „nie”, to one decydowały, jak spędza czas grupa, wybierały muzę na imprezy i emanowały pewnością siebie. Trochę też się ich bałam. Wychodzenie przez szereg wydawało mi się... niestosowne - tak, to najlepsze słowo. Byłam absolutnie przekonana, że nie wypada na sobie koncentrować uwagi, że epatowanie sobą, zajmowanie przestrzeni jest nieeleganckie. A potem, już jako dorosła osoba, poszłam na terapię. I okazało się, że bycie „panią miłą” jest wypadkową wielu rzeczy.
Na tydzień przestałam dostosowywać się do innych
Na pewno już to wiecie. Mnóstwo zależy od naszego dzieciństwa, atmosfery w domu, tego czy pozwalano nam wyrażać siebie, jakie przekonania miały bliskie osoby w rodzinie. Zdałam sobie sprawę, podobnie, jak wiele innych kobiet w moim wieku, że zostałyśmy wychowane do usługiwania innym. A te słowa, że coś jest nieeleganckie, nie wypada - to po prostu rodzinne skrypty.
Mimo ogromnej świadomości, pracy nad sobą nie byłam w stanie do końca wyplenić z siebie „pani miłej”. Może dlatego tak bardzo mi się spodobał eksperyment dziennikarski, który miał polegać na tym, że przez tydzień nie będę się do nikogo dostosowywać. Będę sobą. I jeszcze mam zawodowe usprawiedliwienie. Jeśli ktoś uzna, że jestem szalona, to później zadzwonię i się wytłumaczę. Zresztą tydzień to prościzna, prawda? Akurat! W ciągu tych siedmiu dni zaliczyłam kilkanaście napadów paniki, zżerało mnie poczucie winy, byłam też przekonana, że zaraz zawali się świat. I cóż, aż trudno uwierzyć, ale chyba straciłam jedną koleżankę.
Dzień pierwszy: brak natychmiastowej reakcji
Zaczynam łagodnie. Przestaję być dostępna na zawołanie. Kiedyś Karolina Cwalina– Stępniak, coachka, powiedziała mi, że tylko dwa razy dziennie odbiera maile i odpisuje na wiadomości. Zszokowało mnie to: "Ale jak to?". Wydawało mi się, że wypada odpisywać, to pokazuje, że jesteśmy dobrze wychowane (znów przekonanie, fakt). Później przeczytałam, że natychmiastowa reakcja aktywuje ciało migdałowate w mózgu, włącza się tryb: walcz, uciekaj, dopasuj się. Jeśli natomiast dajemy sobie przestrzeń, pozwalamy, żeby aktywowana została nasza kora przedczołowa (odpowiedzialna za świadome decyzje), wtedy łatwiej nam zastanowić się, chcemy zareagować, czy niekoniecznie. Poza tym nieustanna dostępność męczy.
Od rana bombardują mnie wiadomości. Jedna koleżanka pisze, że idzie do lekarza, druga chce, żebym jej coś szybko zredagowała, trzecia dzwoni, bo akurat ma wolne, czwarta wysyła tytuł swojej książki i pyta, co o tym myślę. Dostaję też maila służbowego od osoby, która zawsze wymaga natychmiastowej reakcji (sama natomiast potrafi nie odpisywać miesiącami). Postanawiam, że owszem, odpiszę, ale nie teraz. W sumie to dziwne, że nikt nie traktuje pracy freelancera poważnie. Gdybym była na etacie w korporacji przecież nikt z bliskich nie domagałby się kontaktu ze mną od samego rana.
Odkładam telefon i zajmuję się swoimi sprawami, kończę o 15.00, telefon rozgrzany do czerwoności. Koleżanki piszą zdenerwowane, gdzie jestem i że się martwią, współpracowniczka wysyła mi znaki zapytania (dopiero dziś rozumiem, jak mnie to wkurza).
Nagle widzę, ile czasu marnuję na co dzień. Należę też do kilku grup na Facebooku, na jednej z nich moja dobra koleżanka publikuje rozpaczliwy post, że potrzebuje pomocy w remoncie. Normalnie zareagowałabym natychmiast, teraz nie robię nic. Trudne to, szczególnie, że wpisują się inne znajome i zapewniają o swojej pomocy. A ja gdzieś w środku czuję, że nie mam siły na pomaganie komuś w remoncie. Zresztą dlaczego mam wciąż jej pomagać? Przecież to nie pierwszy raz. Sama mam bajzel i powinnam najpierw sprzątnąć swój taras. Dlaczego do tej pory wyskakiwałam przed szereg z pomocą, zamiast zobaczyć, co się dzieje na moim własnym podwórku?
Choć w ciągu dnia zauważam swoje automatyczne reakcje (cały czas chcę reagować, podobnie już prawie zaproponowałam pomoc sąsiadce, która żaliła się na spacerze, że nie ma co zrobić w weekend z psem), wieczorem jestem spokojniejsza. Zasypiam bez charakterystycznego szumu w głowie, również bez wyrzutów sumienia z powodu zawalenia pracy. Czuję też dziwną złość, ależ mnie wkurzają ludzie. Czy naprawdę uważają, że jestem ich służką?
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: 7
Zadowolenie z efektów: 9
Reakcje innych: dopytywanie, co mi jest i dlaczego zniknęłam (po kilku godzinach!!!)
Dzień drugi: mikro „nie” bez zbędnego tłumaczenia
Przyznaję, zaczynam dzień od odpisania na wczorajsze wiadomości. Ale nie wysyłam epopeji, jak to mam w zwyczaju. Oznajmiam, że wszystko okej, byłam zajęta. Ależ to sucho brzmi, czuję niepokój, ale przetrzymuję go. Przecież nic złego nie zrobiłam. Chyba. Syn pyta, czy podwiozę go do kolegi, już prawie wstaję po kluczyki, gdy uświadamiam sobie, że wcale nie muszę się godzić. „Dziś nie mogę, naprawdę” - mówię. Spodziewam się jęków, ale w odpowiedzi słyszę, że spoko, pojedzie na rowerze.
Próbuję przetrwać dzień, mówiąc „nie”, gdy czegoś naprawdę nie chcę. Jestem zszokowana, ile jest takich drobnych sytuacji. Zawsze wysłuchuję pań z banków, które dzwonią z propozycją karty kredytowej, ustępuję miejsce przy kasie w sklepie, bo przecież się nie spieszę i zgadzam się wychodzić z psem sąsiadki, chociaż jestem chora i ledwo z łóżka wychodzę. Słucham też mamy, która każe mi dzwonić albo pisać SMS-y do swojej przyjaciółki z podziękowaniami, że wysłała mojemu dziecku pieniądze na urodziny. Dlaczego niby ja mam to robić, a nie moja mama albo mój syn?
Czuję, że jedyną osobą w życiu, która naprawdę nie narusza moich własnych granic, jest mój mąż.
Wieczorem nachodzą mnie wątpliwości. Dlaczego powiedziałam pani namawiającą mnie na kupno bukietu tulipanów, że ich nie potrzebuję? To jej zarobek... Dlaczego nie dałam kasy chłopakowi, który stał pod Biedronką? Co mi szkodziło? Świat się na mnie zemści, nikt mi nie pomoże, kiedy ja będę potrzebowała pomocy. Zaraz oszaleję.
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: 10!!
Zadowolenie z efektów: 2 (co fajnego jest w byciu „odmawiaczką”?)
Reakcja innych: sama nie wiem
Dzień trzeci: przecież nikogo nie ratuję
To jest najgorsze. Zrezygnować z roli ratowniczki, kiedy wszyscy uważają, że można na mnie polegać. W środku dnia dzwoni przyjaciółka, znów ma dramat z facetem. Przysięgam, kolejny facet, kolejne zerwanie, awantura, czy rozpacz. Zresztą nie chodzi tylko o sprawy sercowe, ona sama o sobie mówi: „drama queen”. Zawsze ma jakąś trudną sytuację i potrzebuje wsparcia. Nagle rozumiem, że jestem zmęczona od miesięcy. Lubię ją, jest mi bliska, ale nasza relacja jest zbyt intensywna, a ja nie mam czasu ciągle jej wspierać. Tak, powiedziałam to sama do siebie. Również to, że moja przyjaciółka jest radykalna. Albo ktoś jest z nią na 100 proc., albo usuwa go z życia. Trudno, nie mogę być na 100 proc. Nawet dla męża nie jestem na 100 proc.
Popołudniu inna znajoma chce znów ode mnie pożyczyć kasę, zawsze pożyczam, ale w ostatni weekend miałam mały wypadek, musiałam wezwać lawetę, naprawa auta kosztowała mnie 4 tysiące, nie mam teraz wolnych środków. Tak, mogłabym zerwać lokatę, ale… nie chcę tego. Piszę znajomej szczerze, że teraz nie mam pieniędzy. Czuję się okropnie, nie przetrwałabym kiedyś, gdyby nie życzliwi ludzie, którzy pomagali w kryzysie. „Pożyczysz jej następnym razem” - uspokajam samą siebie. Niewiele to pomaga. Jednak wspieranie bliskich jest wysoko na liście moich priorytetów. Z drugiej strony, ostatnio pieniądze normalnie prawie uciekają ode mnie. Może więc raz postawię na swój komfort, a nie na komfort kogoś innego? Wieczorem koleżanka pisze: „Na szczęście pożyczyła mi M. Oni są wspaniali, zawsze na nich mogę polegać”. Przełykam tę szpilę, choć innego dnia bym przepraszała, tłumaczyła, że przecież na mnie też może polegać, że pierwszy raz nie pożyczam jej pieniędzy, czy nie robię czegoś dla niej. Zatrzymuję jednak automatyczną reakcję i jestem z siebie dumna. O rany, czuję się jakaś silniejsza. Nie muszę brać udziału w gierkach i manipulacjach. Udaje mi się też osiągnąć cel z pierwszego dnia eksperymentu: nie na wszystkie wiadomości musimy reagować, szczególnie jeśli nie było pytania.
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: 9
Zadowolenie z efektów: 9
Reakcje innych: jednak niezadowolenie
Dzień czwarty: nie przepraszam, nie wykonuję zbędnych gestów, żeby ratować relację
Koleżanka od afery z facetem pisze: „Nie mogłam się wczoraj do ciebie dodzwonić cały dzień”. - „Nie mogłam rozmawiać” - tłumaczę, choć w zasadzie kłamię, bo prawda jest taka, że nie chciałam. - „Wystarczyło napisać” - odpowiada. - „Masz rację, nie pomyślałam. Jak sytuacja?”. Chcę dopisać „przepraszam”, powstrzymuję się. A kurczę, chyba powinnam przeprosić? Już sama nie wiem. Ale nie muszę dalej tego analizować, bo koleżanka już nie odpisuje, i nie odzywa się przez resztę dnia (zresztą nie odezwała się do czasu skończenia tekstu, ja też nie, bo nie mam zamiaru korzyć się tylko dlatego, że potrzebuję przestrzeni). Dziwne uczucie, ale trudno.
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: 1 (jak ja jednak tego potrzebowałam)
Zadowolenie z efektów: 10
Reakcje innych: zniknięcie (ale nie mam porównania)
Dzień piąty: mówię „tak”, bo tego chcę, chociaż mój pomysł nie podoba się innym
Idealny moment, żeby powiedzieć znajomym i rodzinie, że wybieram się na studia z psychologii. „Boże, ty też”, „W tym wieku? Nie dasz rady”, „Co to za kolejny szalony pomysł?”, „Nie będziesz miała pracy, każdy studiuje teraz psychologię”. Tak, tak właśnie reagują ludzie, choć nawet nikogo nie spytałam, co o tym myśli. W innej sytuacji zaczęłabym się tłumaczyć, że nie wiem, czy będę pracować w zawodzie, ale to moje marzenie z młodości, chcę też rozszerzać swoje kompetencje. Teraz nie muszę się tłumaczyć, w końcu eksperyment trwa.
Mówię też przyjaciółce, maniaczce Włoch, że na urodziny lecimy do Tallina. „Nie boisz się? Teraz to chyba niebezpiecznie, poza tym co fajnego jest w Tallinie. W Italii już ciepło”. Uff, nabieram powietrza i znów niczego nie wyjaśniam. Właściwie dlaczego zawsze wyjaśniałam? Albo dlaczego nie mówiłam z lęku przed oceną?
Oznajmiam też mamie, że na weekend jadę do koleżanki do Berlina. „Ale samochodem? Tyle kilometrów? Lepiej pociągiem. Zresztą naprawdę chcesz jechać tylko na weekend, nie za daleko?”. Włącza się nawet mąż, mówiąc, że bezpieczniej będzie chyba pociągiem. Dla kogo bezpieczniej?!! Czy ja wyglądam na osobę potrzebującą specjalnej troski? Prawo jazdy mam od lat, pokonałam setki kilometrów. Wcześniej może uległabym namowom i zdecydowałabym się na pociąg, teraz powtarzam spokojnie: „Tak, jadę autem do Berlina, tak, na weekend”.
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: 1 (może jednak nie jestem aż tak wielką „dostosowywaczką się”)
Zadowolenie z efektów: 7
Reakcje innych: nieproszone rady
Dzień szósty: powtarzam zadania z wszystkich poprzednich dni...
... i zaczynam się dobrze bawić. Poza tym czuję się lżej psychicznie i naprawdę mam więcej czasu.
Dzień siódmy: jestem asertywna dla ludzi autorytarnych i dominujących
Powiedzmy sobie szczerze, reszta przy tym to pikuś. Nie dostosowywać się do twardzieli, ludzi przyzwyczajonych do tego, że świat tańczy, jak oni zagrają, to naprawdę trudna sztuka. Ale słowo się rzekło, próbuję.
Na pierwszy ogień idzie żona mojego ojca. Akurat dzwoni i zaprasza na weekend nad jezioro. Nie, nie przyjaźnimy się. Robi to, bo jest dobrze wychowana, musi mnie czasem zapraszać, poza tym chce, żebym pomogła ojcu poprzewozić rzeczy do nowego mieszkania. „W ten weekend nie mogę” - słyszę swój głos. - „Ale co to znaczy, że nie możesz? Ojciec sam nie da rady”. - Nie wiem, czy jest bardziej rozdrażniona, czy zdziwiona moją odmową. Przecież ja się zawsze zgadzam i ledwo przy niej oddycham. Teraz też ledwo oddycham, ale nie mam najmniejszego zamiaru się poddać. - „Rozumiem, chętnie pomogę za 2 tygodnie” - tłumaczę. Tyle, wytrzymuje ciszę w telefonie i swoje napięcie. - „Ok” - mówi i się rozłącza. Mam ochotę natychmiast napisać, że zmienię plany i przyjadę. Ale najpierw rozmawiam sama ze sobą. Czy ona mi się tłumaczy? Czy ona kiedyś dostosowała swoje plany do mnie? Nie, nigdy. Czy naprawdę to jest okej, żebym zmieniała plany? Idziemy ze znajomymi na koncert...
Skoro mi tak dobrze idzie, dzwonię do mojej współpracowniczki i proszę, żeby określiła się, czy robi ze mną projekt, czy nie. Potrzebuję znać tylko odpowiedź, bo czekam już miesiąc. Oczywiście ma surowy głos, co trochę zbija mnie z tropu, zaczyna się tłumaczyć, że ma bardzo dużo zajęć, przerywam jej i mówię, żeby tylko dała mi znać: tak czy nie. Jestem samą sobą zszokowana.
PODSUMOWANIE
Poziom trudności: chyba z 200, wypadam poza skalę
Zadowolenie z efektów 9 (ale to dlatego, że stoczyłam wewnętrzną walkę ze sobą, w końcu czuję ulgę)
Reakcja innych: prawdę mówiąc żadna. Partnerka ojca się do mnie nie odzywa, współpracowniczka nie dała odpowiedzi, ale chociaż powiedziałam coś szerze.
Podsumowanie tygodnia
Nie zrobiłam, oczywiście, spektakularnych rzeczy, ale spróbowałam, czuję się lepiej ze sobą, to naprawdę nie jest takie trudne. Będę próbować dalej! Ale pieniądze będę jednak pożyczać.
Czytaj także:
- Urlop bez męża i dzieci to fanaberia? „Nieważne, co ktoś sądzi o twoim życiu, to nie jego życie”
- "Nie mów kobiecie: 'Możesz wszystko', ona usłyszy: 'Musisz'". Czy da się być silną i niezmęczoną?
- Miał być podział 50/50, a wyszło jak zwykle? „Taki jest los kobiety. My nie prosimy o pomoc”

