Reklama

Kim jest kobieta zadbana? Szybka sonda wśród koleżanek. I zaskoczenie, że odpowiedzi tak bardzo pasują do tezy mojego tekstu. „Zadbana to taka, która o siebie dba nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie. Wie, kim jest, uczy się stawiać granice, troszczy się o swój komfort”, „Ma pasje i potrafi je realizować”, „Kiedy ją widzę, po prostu to czuję - bije od niej dobra energia. Taka, którą mają tylko spełnione kobiety”, „Moja mama twierdziła, ze kobieta musi mieć zawsze zrobione włosy i nosić szpilki. Nie zgadzam się z tym, nic nie musi. Prawdziwe dbanie o siebie to dążenie do harmonia ciała i ducha albo dążenie do niej”. Super, zmieniamy się. Wreszcie przestajemy oceniać siebie tylko przez pryzmat wyglądu i figury, zależy nam na naszej psychice.

Kolejny krok. Jak znaleźć idealne bohaterki do tekstu? Powinny być z różnych światów, ale jednocześnie inspirować inne kobiety. Profil Marty Żysko, psycholożki i psychoterapeutki, obserwuję od dłuższego czasu. Uwielbiam jej śmiech, taniec, lekkość pisania i to, że otwarcie mówi o tym, że jej życie kiedyś nie było tak pełne i w zgodzie ze sobą.

Oli Żelazo, trenerki, nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ćwiczy z nią mnóstwo kobiet. To właśnie Ola, chyba jako pierwsza w Polsce, pokazała, że ruszać się może każda z nas, nigdy nie jest za późno, by zacząć, a trening niekoniecznie musi oznaczać katorgę. Ola powtarza: już dziś pracujemy na swoje zdrowie za 20, 30, czy nawet 40 lat. Czy może być lepsza forma dbania o siebie?

Agnieszkę Nieradzką (kiedyś Prokopowicz) znam od lat. Jest dziennikarką, kiedyś zajmowała się kulturą, dziś działa w branży beauty - wspólnie z córką Honoratą prowadzi własny portal urodowy Bellateca. Agnieszka nie tylko umie dbać o urodę, zna fantastyczne nowinki i może polecić wspaniałe kremy czy maski. Od zawsze kojarzy mi się z kobietą zadbaną, taką, która umie łączyć pracę, relacje i miłość, troszczy się o siebie i ma fajną energię.

Zadbana kobieta, czyli jaka? Ta, która siebie akceptuje

– Pamiętam taką sytuację. Mam kilkanaście lat, a rodziców odwiedza znajoma, która robi na mnie ogromne wrażenie – opowiada Ola Żelazo. – Nie chodzi tylko o to, że ma świetną figurę, jest uśmiechnięta, dużo w niej spokoju. Mama później mówi mi, że ta znajoma chodzi na fitness. „Co to jest ten fitness, też chcę na niego chodzić” myślę. To był pierwszy moment, kiedy zobaczyłam, że dbanie o siebie może być czymś więcej niż obowiązkiem. Że może dawać energię, lekkość, pewność siebie – dodaje Ola. – To były czasy, kiedy nie było siłowni, klubów fitness ani pilatesu. Dopiero zaczynały pojawiać się kasety z Cindy Crawford, pierwsze książki z ćwiczeniami, z czarno-białymi zdjęciami, pokazującymi, jak się rozciągnąć, zrobić skłon, zadbać o ciało w domu.

– Kiedyś uważałam, że jestem zadbana, bo mam zrobione paznokcie, jestem dobrze ostrzyżona, uprawiam ostry sport i trzymam dietę. Dziś widzę tamtą dziewczynę i niemal czuję jej smutek – mówi z kolei Marta Żysko. – Byłam zasuszona zewnętrznie i wewnętrznie, a przecież wyglądałam prawie idealnie, do tego nie dawałam sobie żadnej taryfy ulgowej. Postanowiłam, że przebiegnę maraton. Tak cisnęłam swoje ciało, że w końcu nie wytrzymało. Rozwaliłam kolano, nie dało się go rehabilitować, konieczna była operacja.

Ale nawet w takiej sytuacji Marta Żysko powtarzała sobie: „Okej, to maraton za rok”. W tamtym czasie miała powtarzający się sen, że ktoś ją gwałci. Zastanawiała się, co ten sen oznacza. – Do głowy mi nie przyszło, żeby połączyć to ze sobą. To ja byłam osobą, która sama siebie nadużywała, traktowałam siebie właśnie, jak projekt do wykonania.

Nie pamięta momentu, kiedy się zmieniła, to był proces. Ale dużo się wtedy działo w jej życiu. Rozstawała się z mężem, była unieruchomiona po operacji, do tego dostała silnej alergii na twarzy. – Był moment, gdy stawałam przed lustrem, patrzyłam na siebie i zupełnie nie wiedziałam, kim jestem. „Ja ciebie nie znam” mówiłam do swojego odbicia. A przecież byłam terapeutką, znałam narzędzia pozwalające radzić sobie z emocjami. Tylko, że byłam tak zadaniowa, tak wewnętrznie pospinana, że nie miałam czasu słuchać siebie.

Pamięta za to swoje pierwsze warsztaty dla kobiet. Prowadziła je Kasia Miller. Marta poznała tam takie kobiety, jak ona. Która uważały, że ich największą siłą jest trzymanie się w ryzach. – Pamiętam jedną z uczestniczek już na innych warsztatach – wspomina Marta. – Świetna praca, stanowisko, dobry samochód, wszystko poukładane. Do tego szczupła, zadbana, świetnie ubrana. Na warsztatach prawie się nie odzywała. I nagle, czwartego dnia, mówi: „Dziewczyny, muszę się wam do czegoś przyznać. Ani razu nie wzięłam tutaj prysznica”. I to nie było powiedziane z dumą, tylko z takim zaskoczeniem, a jednocześnie z ulgą. Jakby zrzucała z siebie cały ciężar. „Wszystko, co ja robię na co dzień, jest takie sztuczne, takie pozbawione łagodności. Tak bardzo potrzebowałam poczuć siebie, nawet dosłownie”, tłumaczyła nam.

Dziś Marta Żysko sama prowadzi warsztaty i często poznaje kobiety, które przychodzą świetnie ubrane, "zrobione". Dlatego od jakiegoś czasu wcześnej prosi – nie wkładajcie ładnych ubrań, tylko wygodne. Widzi, jakie to dla niektórych kobiet jest trudne. – Zadbanie bywa naszym pancerzem, czymś, co nas chroni, daje poczucie kontroli. A tu nagle masz przyjść w legginsach, dresie, w czymś, co nie uciska, nie opina, tylko otula. W czymś miękkim, ciepłym, takim, w czym naprawdę czujesz siebie.

Marta Żyśko już zupełnie inaczej myśli o dbaniu o siebie. Zadbana kobieta to taka, która przede wszystkim zna swoje tempo. Nie to wymuszone, dostosowane do innych, tylko swoje, naprawdę komfortowe. To też kobieta, która uznaje swoją cykliczność. Rozumie, że jej energia się zmienia – w ciągu miesiąca, w różnych etapach życia. Akceptuje to, zamiast z tym walczyć. Traktuje siebie poważnie, nie jak projekt do naprawienia. To kobieta, która pielęgnuje kontakt ze sobą. Dla jednej z nas to będą spacery po lesie, dla innej taniec, śpiewanie, czy malowanie. – Ja dziś po prostu siebie lubię. Nie robię czegoś, żeby się „ulepszyć”, tylko żeby lepiej się czuć.

Agnieszka Nieradzka przyznaje, że potrzebuje do życia ciszy. – Dla mnie największym przywilejem i radością w dbaniu o siebie jest moment zakończenia pracy. Od wielu lat mam swój rytuał: zamykam komputer albo wracam do domu po spotkaniach i od razu idę pod prysznic albo do wanny – nieważne, czy jest 17:00 czy 18:00, nie czekam do wieczora. Biorę prysznic powoli, używam pięknie pachnących kosmetyków. Jeśli wybieram wannę, to zawsze jest to kąpiel z pianą, świeczkami, choćby to miało trwać kwadrans. Czasem włączam słuchowisko, ale najczęściej po prostu nic nie robię, zanurzam się w ciszy. To jest mój rytuał odcięcia, moment, w którym kończy się praca. A jeśli mogę, wychodzę jeszcze na krótki spacer. Czasem to tylko 15 minut wokół bloku, czasem pretekst w postaci „wyjścia po mleko”. Najważniejsze, że się odklejam, nie sprawdzam telefonu, nie myślę o pracy. Idę przed siebie, patrzę, oddycham.

Ma fajne relacje z ludźmi, ale nie stawia ich ponad siebie

- Wydaje mi się, że mam dziś dobre relacje z innymi. Im jestem starsza, tym są one lepsze. Pomogła mi w tym też terapia, poukładała wiele rzeczy i dała większą jasność – opowiada Agnieszka.
Najważniejsza lekcja przyszła około czterdziestki. Wtedy Agnieszka zrozumiała, że nie ma obowiązku zbawiać świata. I tak nie wszyscy będą ją lubić, zaczęła coraz śmielej mówić to, co naprawdę myśli. Dzwoni do niej, na przykład, dawno niewidziana znajoma, rozmowę zaczyna: „Och, tak dawno cię nie słyszałam, musimy iść na kawę…”, a Agnieszka życzliwie jej przerywa: „Słuchaj, dzwonisz do mnie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujesz, więc może darujmy sobie te udawane kawy. Powiedz po prostu, w czym mogę pomóc”.

Kiedyś na urodziny zapraszała pół miasta. Za którymś razem spojrzała w telefon i pomyślała: „Zaproszę tylko tych, z którymi miałam kontakt w ostatnim roku i którzy sami się do mnie odzywają”. Lista nagle zrobiła się bardzo krótka. – Zrobiłam jeszcze jedną rzecz: przestałam dzwonić do ludzi, którzy nie dzwonią do mnie. I nagle okazało się, że w niektórych przypadkach mija rok i cisza. To było bolesne, ale też bardzo oczyszczające.

Drugą wielką zmianą było odpuszczenie „ratowania świata”. – Kiedyś wystarczyło, że ktoś mimochodem wspomniał, że ma problem, a ja już w głowie układałam sto rozwiązań i chciałam pomagać. Nikt mnie o to nie prosił, ale ja i tak wchodziłam w tę rolę. Ale zrozumiałam, że ludzie często mówią o swoich problemach nie po to, żeby je rozwiązać, tylko żeby je wyrzucić z siebie. To nie jest moje zadanie, żeby wszystko naprawiać. Odzyskałam dzięki temu mnóstwo czasu i energii.

Dziś jest z w związku z mężczyzną, który też ma czasem odruch pomagania wszystkim dookoła. Kiedy Agnieszka widzi, że chce „ratować świat”, łapie go za rękę i mówi: „Poczekaj. Czy ktoś o to prosi?”.

Ola Żelazo szczerze mówi: – Jestem zbyt zajęta, żeby spotykać się z kimś, kto sprawia, że emocjonalnie podupadam. Staram się żyć z radością i wdzięcznością, chociaż też mam problemy. Jeśli mam znajomą, która wciąż narzeka, obgaduje innych, to unikam takich spotkań. Otaczam się ludźmi, którzy też próbują widzieć jasną stronę życia niezależnie od sytuacji, to mnie napędza i właśnie jest też formą dbania o siebie.

Nie wchodzi ani w rolę królowej, ani ofiary… a przynajmniej próbuje

– Jesienią zeszłego roku mój tata przez cztery miesiące leżał nieprzytomny w szpitalu – wspomina Marta Żysko. – To był bardzo ciężki, krytyczny czas. I mocno spotkałam się ze swoją „ofiarą” – tą częścią, która krzyczała: musisz dać z siebie wszystko. Być tam cały czas, stać przy łóżku, pokazywać, że jesteś. On cię słyszy i potrzebuje. Nieważne, że pracujesz, prowadzisz swoje sprawy, masz jeździć, masz dawać z siebie ponad siły. I w pewnym momencie złapałam się na czymś niewygodnym: że ja trochę próbuję coś udowodnić. Zdobyć uznanie, podziw, od innych, może nawet od taty. Jakby ktoś miał mu kiedyś powiedzieć: „Zobacz, ona była dzielna". Tylko że to mnie kompletnie wykańczało. I tu jest dla mnie ważna rzecz – pokreśla Marta Żysko – zadbana kobieta w takiej sytuacji mówi wprost: to jest to, co mogę dać, a to jest dla mnie za dużo. Bez tłumaczenia się i bez udawania. I ogarnia też swoje poczucie winy. Uznaje swoje potrzeby, ograniczenia i swoje możliwości. Wie, dokąd może dojść – i gdzie jest jej granica.

Druga rzecz – zdaniem Marty Żysko – zadbana kobieta to taka, która nie boi się przyjmować. To nie jest ta „królowa”, która wszystko ogarnia sama i uważa, że nikt nie zrobi tego lepiej niż ona. – Znam to bardzo dobrze – to przekonanie, że zanim ktoś coś zrobi, ja zdążę zrobić to trzydzieści razy szybciej i lepiej. Tylko że przyjmowanie jest trudne. Zwłaszcza kiedy jesteśmy wychowane w duchu dawania, troszczenia się, bycia dla innych. W takiej sytuacji, kiedy coś dostajemy, od razu pojawia się odruch: muszę się odwdzięczyć. I to napięcie znika dopiero wtedy, kiedy oddamy. Ale to wciąż jest ta sama historia. Druga twarz ofiary. Bo za tym stoi potrzeba kontroli – ja daję, jestem potrzebna, mam władzę nad sytuacją. Nie pozwalam sobie na to, żebym to ja była w potrzebie. A bycie w potrzebie oznacza odsłonięcie się, pokazanie czegoś prawdziwego.

Dbając o dusze, nie zaniedbuje ciała

Agnieszka Nieradzka im jest starsza, tym bardziej ciekawi ją dbanie o urodę. – Z czasem zaczęłam widzieć, jak wygląd realnie wpływa na życie. Dlatego z samej kultury przeszłam też w stronę urody i traktuję to poważnie, bo jeśli ktoś ma problem z wyglądem, to rzutuje to na wszystko. - Zauważa też zmiany u siebie: zbliża się do pięćdziesiątki, pojawiają się przebarwienia, zmarszczki, trudniej schudnąć. I mówi wprost: „staram się”. Podstawą jest dla niej dokładne zmywanie makijażu i filtrów, zawsze dwuetapowo: najpierw olejek, potem produkt myjący. Tłumaczy, że filtry (zwłaszcza chemiczne) łatwo zalegają, więc to kluczowe. Używa olejków albo masełek, które lubi też za samą przyjemność stosowania. Rano stawia na prostotę. Ostatnio odkryła emulsje, lekkie, prawie wodne, które tworzą pierwszą warstwę pielęgnacji. Podkreśla, że nie analizuje obsesyjnie składów — raczej ufa sprawdzonym markom.

Regularne ćwiczenia? Sporty siłowe strasznie ją nudziły — próbowała kilka razy chodzić na siłownię, ale, jak mówi, „po prostu umierałam z nudów”. Dlatego najlepiej działa u niej zadaniowość i sporty grupowe. Gra w siatkówkę, to aktywność, do której wracała przez większość życia, choć ostatnio miała przerwę. Próbowała też pilatesu, ale głównie w pandemii była w stanie zmotywować się do ćwiczeń samodzielnie w domu, przed telewizorem. Na co dzień zdecydowanie wybiera zajęcia grupowe. – Konkretna godzina i obecność innych ludzi mnie mobilizuje, robię dokładnie tyle powtórzeń, ile trzeba, i nie odpuszczam. W tym obszarze nie jestem anarchistką. Poza tym lubię ruch naturalny: jazdę na rowerze, narty i długie spacery. Pamiętam, jak ktoś kiedyś powiedział, że pośpiech jest nieelegancki. Coś w tym jest - warto znaleźć chwilę, by umyć włosy, uczesać je i przyprószyć skórę lekkim pudrem. Zawsze mam w torebce mini tubkę z podkładem i czerwoną szminkę. Ona robi look, nawet jeśli nie mamy nic innego.

Marta Żysko kocha tańczyć. – Miałam w głowie bardzo dużo schematów tego, jak „powinno” wyglądać ciało i ruch, ale w końcu postanowiła posłuchać samego ciała, a nie głowy, która znów coś nakazywała. Odrzuciła treningi, siłownię. Zaczęła po prostu się ruszać, naturalnie, po swojemu, w domu. Z tego pojawił się też taniec: puszczała muzykę, zamykała oczy. – Na początku było to trudne, krępujące, nawet dziwne. Ale przestałam się tym przejmować. Pomogła mi ciekawość świata i samej siebie, i to ona mnie poprowadziła.

Ola Żelazo, kiedy zaczynała jako trenerka, była bardzo „zadaniowa”. – Wierzyłam w mocny trening, taki, po którym wychodzisz zajechana, zmęczona, z poczuciem, że naprawdę „zrobiłaś robotę”. Z czasem, przez pracę z kobietami, rozmowy ze specjalistami i własne doświadczenie zobaczyłam, że to nie jest droga dla większości z nas. Taki morderczy trening nie jest potrzebny „zwykłej kobiecie”, która nie chce być zawodową sportsmenką, tylko chce mieć energię, siłę.

Ola zrozumiała też, że wiele kobiet przez lata w ogóle nie ćwiczyło, bo się bały: siłowni, oceniania, tego, że „nie dadzą rady”. I właśnie dla nich odkryła spokojniejsze formy ruchu, jak pilates, które mają ogromną moc, choć z pozoru są „lżejsze”. – Na początku ważniejsze jest poczucie ciała niż jego „masakrowanie”. Wystarczy ruch, oddech, rozciąganie, skupienie, to buduje kontakt ze sobą. I przekłada się na wszystko. Ruch daje pewność siebie, zmienia postawę, otwiera na ludzi. Kobiety zaczynają szukać grup, wspólnoty, widzą, że nie są same. I to bywa przełomowe.

Trenerka podkreśla też, że nie chodzi o rewolucję. Nie trzeba rzucać życia i zaczynać od nowa, sport działa jak terapia. I coraz częściej jest dosłownie przepisywany przez lekarzy nie tylko fizjoterapeutów, ale też psychiatrów czy psychologów. Zresztą Ola Żelazo widzi to po kobietach i historiach wokół niej, jak ruch pomaga wychodzić z lęku, napięcia, wracać do siebie i odzyskiwać poczucie sprawczości. – Dlatego nigdy nie powiem, że można dbać o siebie bez sportu. Każdy z nas potrzebuje aktywności. Nie znam żadnej kobiety, która zaczęłaby treningi ze mną, a później powiedziała: „żałuję”. Za to często słyszę, że są wdzięczne i szczęśliwe, niezależnie od wieku, w którym zaczęły, bo ćwiczą ze mną też siedemdziesięciolatki.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama