O.S.T.R. „7”

Pracowity raper zaskakuje muzycznie, rozczarowuje lirycznie.
 
Bardziej pracowitego autora w polskim hip-hopie nie znajdziecie. Siedem płyt w niecałe pięć lat. O.S.T.R. wypada pod tym względem imponująco nawet na tle zachodnich tytanów rapowej produkcji.

Najważniejsze, że u łodzianina ilość idzie w parze z jakością, że jak mało który spośród reprezentantów naszej sceny on wciąż kombinuje, sprawdza nowe pomysły, poszukuje świeżych środków wyrazu. „Zapomnij o tym wszystkim, co słyszałeś wcześniej” – ostrzega już na wstępie „siódemki”, albumu jakże innego od swoich ostatnich jazzowo zorientowanych wydawnictw. Nie jest to wynik studyjnej sesji z zaprzyjaźnioną grupą Sofa, na który po cichu liczyliśmy, co nie znaczy, że zabrakło niespodzianek. Interesująco jest przede wszystkim w warstwie muzycznej, bo tym wolnym od sampli premierowym podkładom bliżej raczej do elektronicznego eksperymentowania inspirowanego niedawną współpracą z Emade niż do ciepłych, funkujących brzmień, do jakich O.S.T.R. przyzwyczajał nas w poprzednich sezonach. Ewentualnie do najlepszych fragmentów przełomowej dla kariery rapera płyty „Tabasko”. Gorzej z tekstami, którym zabrakło dawnego blasku i polotu. To, co najbardziej elokwentny z rodzimych hiphopowców ma do powiedzenia na temat miałkich konkurentów czy wyższości marihuany nad innymi używkami, słyszeliśmy już wcześniej.

Bartek Winczewski

O.S.T.R. „7”, Asfalt

zobacz nasze artykuły na wap.orange.pl
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)