Nowy album Florence and the Machine fot. ONS

Jej Wysokość Florence. Jak narodziła się pop bogini?

Nowy album „Dance Fever” to już piąty krążek na koncie hipnotyzującej Florence Welch. Przywołujemy początki jej kariery i analizujemy najnowszą płytę, w której nawiązuje do pandemicznej samotności i relacji z własną twórczością.
/ 20.05.2022 15:26
Nowy album Florence and the Machine fot. ONS

Chociaż na scenie wygląda jak wróżka z bajki Disneya, jej energia i potężny głos to nuklearny ładunek emocjonalny dla tłumów fanów, przybywających na jej koncerty. Ci, obsypani brokatem i kwiatami, potrafią czekać na otwarcie bram od samego świtu (nawet zimą!). Brzmi jak szalona sekta, ale to nie przypadek, że tak oddany fanbase posiada w Polsce wyłącznie ona. Mistyczna, a jednocześnie charyzmatyczna, złakniona personalnego kontaktu z publicznością, oczarowuje i porywa tłumy, które na jej koncertach, chociaż na chwilę, chcą przenieść się do kreowanej przez nią alternatywnej rzeczywistości. Bo o emocjach, bólu i odmienności nikt nie śpiewa tak pięknie, jak ona.

„Na początku był Chaos…”

Od dziecka miała poczucie, że jest inna, zbyt często buja w chmurach, zbyt silnie przeżywa i czuje, jakby nie do końca pasowała do otaczającego ją świata. Ujścia dla emocji od zawsze szukała w sztuce. Z tego też powodu trafiła na Camberwell College of Arts w Londynie. Nie ukrywała jednak, że na usystematyzowanej edukacji zależało bardziej jej matce, wysoko postawionej wykładowczyni King’s College specjalizującej się w badaniach nad renesansem, dlatego Welch szybko zrezygnowała ze studiów, aby skupić się na swojej muzyce. Jak kilkukrotnie podkreślała, punkowy chaos, ku rozpaczy matki, zaszczepił w niej ojciec (który w 2015 wystąpił nawet w jednym z jej teledysków – „Ship to Wreck”).

Szybko wciągnął ją rock’and’rollowy styl życia, który nadszedł wraz z oszałamiającym sukcesem jej dwóch pierwszych albumów: debiutanckiego albumu „Lungs” (2009), a następnie „Ceremonials” (2011), które błyskawicznie dały jej silną pozycję na rynku muzycznym. Efektowne, a wręcz filmowo efekciarskie, aranżacje - raz energetycznie folkowe, raz mroczne i gotyckie - skrywały za metaforyczną zasłoną, uczucia towarzyszące wyjątkowo wrażliwej Welch: młodzieńczą miłość z całym jej inwentarzem, ale przede wszystkim przemożne uczucie oderwania od rzeczywistości i „tego, kim powinna być”.

W szaleńczym wirze rozwijającej się kariery, na przemian koncertowała, nagrywała, „bywała” i imprezowała do punktu, w którym przyznała się sama przed sobą do alkoholizmu.

„Myślałam, że picie i chaos wokół mnie będą paliwem dla mojej kreatywności”, wyznała z perspektywy czasu w wywiadzie z Zanem Lowem. I chociaż to z nich narodziły się dwa pierwsze albumy, Welch postanowiła, że nie chce, jak wielu przed nią, być kolejną młodą ofiarą wielkiej kariery. Odstawiła używki, kupiła własny dom, wyprowadzając się od matki, zrobiła przerwę od pracy.

I kiedy już liczyła na upragnioną stabilizację, spokój i szczęście, spotkało ją najbardziej bolesne rozstanie jej życia. A z niego narodził się, oczywiście, nowy album „How Big, How Blue, How Beautiful”, okrzyknięty przez krytyków mianem nowego „ultimate break-up album”.

Autopsja złamanego serca

„Florence Welch zbudowała swoją karierę na założeniu, że odczuwa rzeczy boleśniej i silniej niż ktokolwiek inny”, napisał Douglas Wolk w (paradoksalnie) pochlebnej recenzji „How Big…” dla portalu Pitchfork.

Audiowizualny album, któremu towarzyszyły także teledyski w formie filmowej opowieści („Odysei”), był inny od poprzednich nie tylko w brzmieniu, ale i wizerunku samej Welch. Efektowne okładki zostały zastąpione surowym, czarno-białym portretem, a nieodłączne majestatyczne suknie – prostymi garniturami. Teksty, choć jeszcze bardziej liryczne i symboliczne niż wcześniej, boleśnie rozkładały na czynniki pierwsze nie tylko złamane serce, ale także wszystkie autodestrukcyjne skłonności gwiazdy.

Mocny powrót po 4-letniej przerwie wydawał się pomóc jej wyjść z dawnej strefy komfortu, dać odwagę do eksperymentów, ale i zaostrzył apetyt fanów, jednak kolejna płyta („High as Hope”, 2018) zgarnęła najmniej entuzjastyczne recenzje z jej wszystkich dotychczasowych nagrań. Przytłumiona, ujednolicona produkcja albumu oddarła całość z majestatu i skali, za którą fani pokochali Florence. I chociaż ponownie w liryczny sposób otworzyła przed fanami najmroczniejsze zakamarki swojej głowy, przyznając się m.in., że w przeszłości cierpiała na zaburzenia odżywiania, album przeszedł bez większego echa. „Jakie małe, jakie beżowe i jakie rozczarowujące”, napisała Katherine St. Asaph w recenzji krążka, nawiązując niepochlebnie do poprzedniego, znacznie lepiej przyjętego albumu.

Ambitna i kreatywna Welch zabrała się więc do pracy nad kolejną produkcją. Na drodze stanęła jej jednak pandemia, która sprawiła, że ponownie musiała zamknąć się w domu, sam na sam ze swoimi demonami, słabościami i przemyśleniami.

Pandemiczna impreza

Tytuł „Dance Fever”, choć na pierwszy rzut oka przeraża skojarzeniem z disco składankami z Boney M. i Donną Summer, to w zasadzie esencja metaforyki Welch. Napisany w tuż-przed-pandemicznym i pandemicznym okresie album nawiązuje do udokumentowanego zjawiska „tanecznej manii”, które miało miejsce w Europie pomiędzy XIV a XVII wiekiem.

Choć dziś brzmi to niedorzecznie, historycy wykazują, że ta zbiorowa choroba psychogeniczna, objawiająca się obsesyjnym tańcem aż do fizycznego wycieńczenia, była podświadomym sposobem na rozładowanie napięcia i oczyszczenie umysłu z myśli o wszechobecnej biedzie, chorobach czy wojnach. Symbol „choreomanii” nawiązuje więc bezpośrednio do trudnego czasu lockdownu, który pozwolił Welch zrozumieć, że tworzenie muzyki, taniec, kontakt z ludźmi i występy, to jej największa potrzeba i błogosławieństwo (a zarazem przekleństwo, jak stwierdziła sama, rozkładając na czynniki pierwsze relację z własną kreatywnością).

„Dance Fever” to jednak także feministyczny manifest, w którym Welch otwarcie podkreśla, że, jako artystka będąca kobietą, musiała dokonać wyboru pomiędzy kontynuowaniem obiecującej kariery, a założeniem rodziny. W pierwszym singlu „King”, śpiewa: „Nie jestem matką, nie jestem żoną, jestem królem”, rozpoczynając utwór od przywołania kłótni o własne ambicje i życiowe priorytety.

„Myślałam o mężczyznach, których podziwiałam przez tyle lat. Oni, pomimo tego, że wszyscy przechodzą wielkie przemiany w życiu, mają zgodę na to, aby pozostać tacy sami, niezmienieni przez lata. Mogą poświęcić całą swoją materialną istotę scenie. Chciałam być taka, jak oni, chciałam iść dokładnie ich śladami, aż zrozumiałam, że nie będę w stanie tego zrobić. Ja będę musiała dokonać wyborów”, wyznała w wywiadzie.

Stylistyka okładki i całej wizualnej otoczki nagrania została zaprojektowana przez Autumn de Wilde (odpowiedzialną m.in. za bajkową, dopracowaną w każdym detalu „Emmę” z Anyą Taylor-Joy) i zainspirowana sztuką renesansu, mitologią, ale i (zupełnie przypadkowo, choć może i proroczo?) ukraińsko-słowiańską symboliką. Same teledyski zostały zresztą w większości nagrane w Kijowie w listopadzie zeszłego roku.

Album, który momentami bezpośrednio nawiązuje w brzmieniu do jej pierwszych nagrań, zgarnął pochwały nie tylko od krytyków, ale także od spragnionych dawnych brzmień fanów. Sprawił także, że sama Welch, latami chowająca się za fasadą nieśmiałości i skromności, w końcu głośno przyznaje: „Pracowałam bardzo ciężko, żeby być najlepszą artystką, jaką potrafię być i jestem z tego dumna. Mam z tego zrezygnować? Przecież jestem królem”.

Czytaj też:
I tak po prostu… Carrie, Miranda i Charlotte powróciły w dawnym stylu
„Dom Gucci”: Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu
Czy „Sukcesja” jest najlepszym serialem sezonu czy po prostu lubimy patrzeć, jak bogaci cierpią