Znowu zadzwonił, że się spóźni. Kolejny raz! Westchnęłam, powiodłam wzrokiem po kuchennych szafkach i pomyślałam, że w sumie spędzam więcej czasu tutaj niż w salonie. Za jakie grzechy?

WIDEO

player placeholder

Mój mąż prowadzi własną firmę i w związku z tym ma „nienormowany czas pracy”, a to oznacza, że nikt nigdy nie wie, kiedy pojawi się w domu.

Ja naprawdę doceniam jego poświęcenie i to, że dzięki niemu nasza rodzina może żyć na wysokim poziomie. Z mojej pensji pomocy dentystycznej w życiu nie byłoby nas stać na dobry samochód czy wakacje za granicą.

Zobacz także:

Mój mąż mnie nie docenia

Tylko że ja też przecież pracuję! Bite osiem godzin jestem na nogach, bo czasami jest taki ruch w gabinecie, że nie mam nawet chwili, aby zrobić sobie kawę. A potem wracam do domu i zaczynam pracę na drugim etacie.

A mojej pracy domowej mój mąż ani trochę nie szanuje!

Ile to razy zadeptał mi świeżo wymytą podłogę! Położył się w czystej pościeli z papierosem i całą przysypał popiołem! Kiedy robi sobie kanapkę w kuchni, to blat jest usiany okruszkami, których nigdy po sobie nie sprzątnie, nie wspominając o wstawieniu brudnego talerza do zmywarki. Tego nigdy nie zrobi, tylko zostawi na stole, albo nie daj Boże tam, gdzie akurat siedział i jadł.

A ja tylko chodzę i zbieram, czyszczę i porządkuję. A już najgorszą gehennę przeżywam zawsze z obiadem! Bo mój mąż nie uznaje kuchenki mikrofalowej.

– Za dużo się naczytałem, że od tych fal można dostać raka! – stwierdził.

I dlatego całe popołudnie stoję przy garach na kuchni! Bo Mirek uwielbia mieć podany gorący obiad z chwilą, kiedy wejdzie do domu.

Żeby jeszcze tylko faktycznie wracał do domu wtedy, kiedy zadzwoni, że już jedzie. A ile razy jest tak, że nagle, przy wyjściu z biura, dopadnie go jakiś telefon, albo inna niecierpiąca zwłoki sprawa, a ja stoję i mieszam w tych garach! A potem jeszcze słyszę niepochlebne uwagi, że to wszystko jest średnio smaczne. I co mam powiedzieć? Że do wielokrotnego odgrzewania to się nadaje tylko bigos?

No proszę, już potrawka do dna przywiera…. A kurczak rozgotowany na amen, jak w papce dla niemowląt.

– Kochanie, coś ci się przypala? – usłyszałam wreszcie z korytarza głos Mirka, który właśnie wszedł do domu.

– Nic, nic, sytuacja opanowana! – odkrzyknęłam, biorąc do ręki talerz.

– No, całkiem to nawet niezłe, tylko wygląda jakoś tak… – mąż spojrzał na wymęczoną potrawkę. – Wyobraź sobie, byłem dzisiaj umówiony z tymi ludźmi od reklamy – zaczął zdawać mi relację ze swojego dnia. – A oni najpierw przełożyli rozmowę o godzinę, a potem znowu zadzwonili na dziesięć minut przed spotkaniem, że nie przyjdą dzisiaj, tylko jutro! Bo im się coś z jakimś nagraniem stało i muszą się pilnie zająć innym zleceniem. Wyobrażasz to sobie? Tak się przecież nie traktuje prezesa! – jego twarz wyrażała takie oburzenie, że w końcu nie wytrzymałam.

– A te materiały się przez ten czas zepsują? – zapytałam .

– Jak to, zepsują?

– No, czy coś im się stanie, jak oni tak przekładają to spotkanie z tobą. Przypalą się, trzeba ich pilnować, żeby się nie rozgotowały? – nakręcałam się.

– Kochanie, no co ty?… – Mirek ze zdziwienia aż odłożył widelec.

Zmarnowałam czas przy garach

– No, bo wiesz, jak także miałam dzisiaj podobne przeżycie – kontynuowałam spokojnym głosem. – Umówiłam się z tobą na obiad na osiemnastą, więc za pięć podpaliłam gaz pod garnkami. Stoję i mieszam. Patrzę, a już kwadrans po i nagle dzwonisz, że się spóźnisz pół godziny. To zestawiłam garnki, trochę przestygły i potem dawaj je znowu na gaz, bo powiedziałeś, że zaraz będziesz. Znowu wszystko się gotuje, paruje, buzuje, a ja mieszam. A ciebie ani widu, ani słychu. W końcu stwierdzam, że wprawdzie wiem, jak nie lubisz, żeby ci zawracać głowę w firmie, ale mimo wszystko zadzwonię i zapytam, kiedy przyjedziesz, bo ten kurczak już za wielu prób podgrzewania nie wytrzyma. To dzwonię, a ty krzyczysz, że za chwilę. Ta „chwila” to czterdzieści minut! I tak zmarnowałam półtorej godziny przy garach w kuchni, zamiast odpocząć po całym dniu pracy. Wiesz, że tak się nie traktuje żony?

Skończyłam i zamilkłam, po czym spojrzałam na Mirka. Siedział w ciszy, a na jego twarzy malowało się zmieszanie.

– Nie wiedziałem, że z twojej strony to właśnie tak wygląda… – mruknął, po czym dodał szczerze skruszony: – Przepraszam…

Od tamtej pory ustaliliśmy z Mirkiem, że dzwoni, abym odgrzała obiad, dopiero wtedy, gdy już wsiada do samochodu. I nagle jakość podawanych w naszym domu potraw zadziwiająco się poprawiła. A kiedy mąż ma wyjątkowo dobry humor, nazywa mnie swoim domowym prezesem.

Bożena, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: