Kiedy się okazało, że zostanę ojcem, nie skakałem do góry z radości. Prawdę mówiąc, byłem w takim szoku, że musiałem uciec od ludzi. Wyjechałem na kilka dni, żeby w samotności poradzić sobie ze swoimi uczuciami. Miałem już bowiem ponad pięćdziesiąt lat, a moje życiowe plany nie uwzględniały założenia rodziny. W dodatku z osobą, której wcale nie kochałem…

WIDEO

player placeholder

Nie zamierzałem wiązać się z Beatą

Beata była jedną z tych dziewczyn, które czasami udawało mi się poderwać na mój gruby portfel i dobry samochód. Od początku nie zamierzałem się wiązać z Beatą. Moje związki z kobietami trwały dopóty, dopóki było miło i bezproblemowo. Na męża się nie nadaję. Kiedy kilka tygodni później poinformowała mnie o ciąży, pierwszą moją myślą było: „Zaplanowała to!”.

Ona jednak się zarzekała, że wszystkiemu jest winny jej wyjazd na urlop z koleżanką. Przez tę dłuższą podróż do Egiptu zaczął jej szaleć organizm i tabletki zawiodły. Podczas swojej kilkudniowej ucieczki długo zastanawiałem się, co robić. Ruszyło mnie jednak sumienie. 

Zobacz także:

„Na co ci przyszło na stare lata, durniu? – pytałem sam siebie. – Masz ponad pół wieku na karku i zostaniesz ojcem!”. Bałem się. Nie wiedziałem, czy podołam wychowaniu takiego malucha. Fizycznie byłem sprawny, jednak uzmysłowiłem sobie, że kiedy moje dziecko pójdzie do szkoły, ja będę już siwym dziadkiem. Czy ono nie będzie się więc mnie wstydziło?

Przez syna wszystko się zmieniło

Postanowiłem, że wychowam je jak najlepiej będę potrafił, a kiedy okazało się podczas badania USG, że to będzie syn, poprosiłem Beatę, aby nosił imię po moim ojcu – Wiktor.

– Tata nie doczekał się wnuka, w ten sposób chciałbym mu to wynagrodzić – wytłumaczyłem jej, a ona się zgodziła. Choć bardziej przypadek niż miłość zrobiły nas rodzicami, to postanowiliśmy z Beatą, że zrobimy wszystko, aby nasz syn był szczęśliwy. Przecież sami powołaliśmy go na ten świat…

Kiedy urodził się Wiktor i spojrzałem na jego maleńkie, bezbronne ciałko, poczułem nagle, że dam radę go ochronić, bo to mój obowiązek. Postanowiłem także, że nie będę tylko niedzielnym tatą, ale zaangażuję się w pełni w wychowanie tego faceta, przez którego moje kawalerskie życie legło w gruzach.

Przez Wiktora wszystko się zmieniło. Zachowałem wprawdzie swoje mieszkanie, ale i tak w ciągu tygodnia mieszkałem z Beatą, aby być bliżej dziecka. Przewijałem małego, karmiłem, kąpałem go, chodziłem z nim na spacery. Byłem tatą na pełnym etacie, chociaż pracującym.

– Stary, ty jeszcze jesteś gotów się ożenić! – śmiali się ze mnie przyjaciele, którzy przecież znali dobrze moje dotychczasowe poglądy.

Byłem wiecznym kawalerem. Miałem dobrą i ciekawą pracę, spłacone dwupokojowe mieszkanie i sportowy samochód, do którego nie tylko nie mieścił się wózek, ale nawet samo dziecko. Musiałem kupić drugie albo pomyśleć o zmianie.

Poznałem uroczą kobietę

Bardzo angażowałem się w wychowanie Wiktora, jednak ślubu nie brałem pod uwagę, co jasno dałem Beacie do zrozumienia. Nie nalegała. Sam nie wiem, kiedy minęły trzy lata z życia mojego synka. Wyrastał na wspaniałego chłopaka i wreszcie przyszedł dzień, kiedy zapisaliśmy go do przedszkola. Na mnie spadł obowiązek odprowadzania Wiktora.

Pamiętam, że już pierwszego dnia w przedszkolnej szatni moją uwagę przyciągnęła pulchna szatynka. Była mniej więcej w moim wieku, co poznałem bardziej po dłoniach niż po jej wypielęgnowanej twarzy, wprost jaśniejącej miłością do dziecka, z którym przyszła.

Mimo wszystko założyłem, że jest mamą dziewczynki, teraz przecież kobiety często późno rodzą, szczególnie drugie dziecko. Bardzo więc się zdziwiłem, gdy mała powiedziała do niej: „babciu”. Cóż, jeszcze parę lat temu w ogóle nie zwróciłbym uwagi na taką dojrzałą kobietę. Zawsze podobały mi się dużo młodsze, wysportowane blondynki. Sam też dbałem o siebie i – choć nie należę do pięknisiów – długie godziny spędzane w siłowni sprawiły, że prezentowałem się dobrze.

Jak więc mówiłem, szatynka z przedszkolnej szatni, od razu wpadła mi w oko. Następnego dnia zaprowadziłem małego o tej samej godzinie, licząc na to, że znowu ją spotkam. Udało się! Dostosowałem się do jej terminarza i tygodniami ją obserwowałem. Sprawiało mi niewysłowioną przyjemność patrzenie, jak poprawia kosmyk włosów opadający na czoło, jak marszczy nos albo drobnymi ruchami wygładza fałdy na sukience dziewczynki. Zachwycały mnie jej pełne piersi, zgrabne łydki i drobne dłonie. A kiedy którejś nocy mi się przyśniła, zrozumiałem, że jestem zakochany!

To głupie, bo przecież nie wiedziałem o tej kobiecie kompletnie nic! Nawet tego, jak ma na imię, ani czy jest mężatką. Nie nosiła obrączki, jednak to przecież o niczym nie świadczyło. Byłem jednak zdeterminowany, by ją poznać, i pewnego dnia wreszcie nadarzyła się taka okazja.

Z każdą chwilą lubiłem ją bardziej

Lunął niespodziewany deszcz. Ja miałem przy sobie ogromny składany parasol, a ona tylko maleńką parasolkę wnuczki, której teraz przyglądała się niepewnie. Wiedziałem, że tą zabaweczką ochroni może tylko głowę, a poza tym będzie zupełnie mokra, zanim dotrze na parking do swojego czerwonego autka. Zaproponowałem jej więc schronienie. Przyjęła moje ramię z lekkim wahaniem. Zanim jednak doszliśmy do auta, znałem jej imię, Adela.

– Ada – zaproponowała zwyczajnie, podając mi rękę na do widzenia. – A pan jest tatą Wiktora – stwierdziła.

– Zenon… Zenek – moje imię na tle jej eleganckiego imienia wydało mi się nagle wstydliwie pospolite. – Jak mój ojciec! – ucieszyła się i uznałem to za miły zbieg okoliczności.

– A Wiktor nosi imię po moim ojcu – pochwaliłem się.

– Pana żona się na to zgodziła?

– Nie mam żony – uznałem to za dobrą okazję, aby wyjaśnić swój stan cywilny. Nie pobraliśmy się z matką Wiktora, bo on… Proszę mnie źle nie zrozumieć, kocham swojego syna nad życie, ale nie był planowanym dzieckiem.

– Doskonale to rozumiem! – roześmiała się Ada. – To tak jak moja wnuczka. Kiedy córka powiedziała mi, że w wieku dziewiętnastu lat zostanie matką, byłam tym przerażona. Obawiałam się, że będzie ją wychowywała samotnie, tak jak ja wychowywałam ją. Ale na szczęście jej partner okazał się odpowiedzialniejszy niż mój, a i ja jej pomagam, jak mogę. No i teraz Julia jest naszym rodzinnym słoneczkiem. Kocham ją bardzo.

Staliśmy pod parasolem przy jej samochodzie, jak zaczarowani, wymieniając rozmaite uwagi i poglądy, a deszcz sobie padał i padał… Mimo ochrony oboje byliśmy przemoczeni prawie do suchej nitki, więc w końcu stwierdziłem, że Ada powinna wsiadać do auta

. – Nie chciałbym, żebyś przeze mnie się przeziębiła – powiedziałem.

– No to do jutra – uśmiechnęła się.

– Do jutra – odparłem z przeświadczeniem, że nie jest to takie zwyczajne pożegnanie, ale obietnica dalszego ciągu bardzo mile się zapowiadającej znajomości.

Jeszcze w tym samym tygodniu umówiliśmy się z Adą na wspólny popołudniowy spacer z dziećmi. Beata trochę się zdziwiła, że chcę odebrać Wiktora z przedszkola, bo zwykle robiła to ona, ale w sumie była z tego zadowolona.

– Pójdę sobie w tym czasie do kosmetyczki – zadecydowała.

Gdybym wcześniej potrafił to przewidzieć

Spotkanie się udało. Kiedy nasze maluchy szalały w piaskownicy, my mogliśmy spokojnie porozmawiać. Postanowiliśmy więc ten spacer powtórzyć, i wkrótce stał się naszą małą tradycją… Nie udało się długo zachować w tajemnicy mojej nowej znajomości, zresztą nie było to moją intencją. Nie spodziewałem się jednak, że Beata zareaguje gwałtownym wybuchem zazdrości!

– Kim jest ta baba? – zaatakowała mnie pewnego dnia. Nie wiedziałem, o kim mówi. – Ta stara, z przedszkola! – określiła Adę i zrobiło mi się dziwnie.

– Stara? Jest młodsza ode mnie o całe pięć lat i jak na swój wiek trzyma się świetnie! – zacząłem jej bronić, osobiście czując się urażony. Chociaż w sumie to chyba nieuniknione, kiedy ma się partnerkę młodszą o prawie dwadzieścia lat… „I co ja sobie myślałem, podrywając taką siksę? – przebiegło mi przez myśl. – Co próbowałem sobie udowodnić?”.

Przez pół nocy trwała awantura o to, czy mam prawo spotykać się z Adą i jeszcze brać na te spotkania nasze dziecko.

– Przypominam ci, że nie jesteśmy małżeństwem, nie jesteśmy nawet w związku! Łączy nas dziecko, ale nic więcej. Ani uczucia, ani łóżko! – protestowałem. 

Musiałem to przerwać

Tymczasem ona jednak uważała, że ma do mnie jakieś prawa! Kiedy to sobie uzmysłowiłem, zrozumiałem, jak fatalny błąd popełniłem, pomieszkując u niej. Chciałem, aby Wiktor miał poczucie, że wychowuje się w normalnej rodzinie, a my przecież nie byliśmy „normalną” rodziną. Utrzymywaliśmy tę fikcję, aby nie ranić dziecka, a teraz i tak musiało ono zostać zranione. Być może bardziej, niż gdyby od początku wiedziało, że jego rodzice nie są parą. Rano, po prawie nieprzespanej nocy, powiedziałem Beacie, że muszę wyjechać.

– Z nią? – zapytała ostro. – Z nią, z tobą, ze sobą samym! – odparłem, wiedząc, że wszystkich nas zabieram w tę podróż w swojej głowie; musiałem się gruntownie zastanowić, co dalej. Zrozumiałem jedno: czas wrócić do siebie, nie mogę już mieszkać z Beatą. Dla dobra nas wszystkich, bo takiego stanu rzeczy nie da się już dłużej ciągnąć. Tym bardziej że szczerze zakochałem się w Adzie. I zamierzałem się z nią związać, jeśli tylko ona mnie także zechce.

Nie przypuszczałem jednak, że będzie mi tak ciężko to wszystko przeprowadzić. Choć chciałem zachować maksymalną niezależność w swojej relacji z Beatą, nie wiem dlaczego powzięła ona przekonanie, że ma do mnie wszelkie prawa.

– Mieszkałeś z nią, masz z nią dziecko… Co z tego, że nie łączyła was czułość? Wiele par nawet nie wie, co to jest, a jednak są razem przez całe życie – tłumaczyła mi Ada, kiedy zacząłem zwierzać się jej ze swoich problemów i dylematów.

Moje życie się zmieniło

Było mi głupio, że wciągnąłem ją w ten młyn, bo Beata zachowywała się jak zdradzona żona! Wszem i wobec opowiadała, że porzuciłem ją i dziecko dla innej kobiety. Wieszała psy na Adzie, zabroniła mi na spotkania z nią zabierać Wiktora.

– Ta pani nie jest dla niego najlepszym towarzystwem! – mówiła. – Przecież zabrała mu tatusia! Usłyszałem także, że skoro nagle chcę się żenić po ponad pół wieku kawalerstwa, to ona… była pierwsza w kolejce! Jednym słowem, dostałem wszystko to, czego starałem się uniknąć, nie wiążąc się formalnie z kobietą, której od początku nie darzyłem głębokim uczuciem. Ale najbardziej, oczywiście, cierpi na tym Wiktor…

Na szczęście mam Adę, która jest dla mnie ogromną podporą. Nareszcie poznałem kobietę, z którą chcę spędzić resztę życia. I zrozumiałem, co oznacza słowo „miłość”. To całkowite oddanie się drugiej osobie, chęć zespolenia się z nią na zawsze.

– Gdybym poznał cię dwadzieścia lat temu, nie w głowie byłoby mi kawalerstwo i niezależność! – powtarzam swojej ukochanej przy każdej okazji.

– Mielibyśmy teraz co najmniej troje dzieci! Ada tylko z tego się śmieje, mówiąc, że przecież nie wiadomo, jakby to było. – Przecież na pewno byliśmy wtedy inni, może w ogóle byśmy się nie polubili. Najważniejsze, że teraz jesteśmy razem. I mamy dzieci – twojego Wiktora, moją córkę i wnusię. Widzisz, jest ich troje, tak jak chciałeś!

Zenon, 59 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: