„Po śmierci męża pogodziłam się z tym, że jesień życia spędzę sama. Jednak amant z sanatorium zepsuł mój plan”
„Trzy tygodnie minęły błyskawicznie. Gdy wyjeżdżaliśmy, liście na drzewach powoli zaczęły się przebarwiać. Po powrocie stwierdziłam, że brakuje mi wspólnych spacerów i rozmów. Dlatego postanowiłam zadzwonić”.

Skierowanie do sanatorium przyszło rok po śmierci męża. Ja od lat narzekałam na kręgosłup, on po wypadku miał endoprotezę kolana, planowaliśmy się oboje rehabilitować, a przy okazji trochę odpocząć.
Los chciał inaczej
Po śmierci męża byłam załamana przez długi czas. Kiedy dowiedziałam się, że w końcu przyznano mi to wyczekiwane sanatorium, nie chciałam słyszeć o wyjeździe. Bez męża?! Nie ma mowy!
– Mamo, albo zapisuję cię do psychiatry, albo zawożę do sanatorium – powiedziała kategorycznie moja córka, co wywołało kolejną falę łez i nieuzasadnione pretensje. Głównie do losu, nie do Gosi. – Moja koleżanka od dwóch lat chodzi na terapię i widzi poprawę. Więc wybieraj…
Zwykle dla świętego spokoju na wszystko się godziłam, ale nie tym razem. Nie chciałam też przenieść się do niej, chociaż proponowała to rozwiązanie wielokrotnie. Zresztą przed południem i tak byłabym sama, córka i zięć pracowali, a wnuczek chodził do przedszkola. Już wolałam pustkę czterech ścian u siebie.
Było mi źle, miewałam napady płaczu, czasami nie chciało mi się wstać z łóżka, całymi dniami nie wychodziłam z domu. Mąż odszedł w najbardziej niedogodnym momencie, jeśli w ogóle o jakiejś „dogodności” można mówić w odniesieniu do śmierci. Nie zdążyliśmy nacieszyć się jesienią życia. Olek był na emeryturze od roku, ja dołączyłam do niego w styczniu. Może gdybym pracowała, łatwiej przechodziłabym ten trudny czas.
– Mamo, proszę, weź się wreszcie w garść – błagała Gosia.
Córka mnie namówiła
Wpadała bez zapowiedzi i złościła się, że nie słucham jej rad. A ja złościłam się, że nie daje mi spokoju, choć wiedziałam, że robi to z dobrego serca.
– Daj mi trochę czasu – zbywałam ją.
– Nie, mamo. Zaufaj mi. Może na początek spróbujemy z tym sanatorium. Tam będziesz miała zorganizowany czas, zabiegi. Podratujesz trochę i zdrowie, i duszę. A potem zobaczymy.
W końcu uległam. Uparłam się tylko, żeby mnie nie odwoziła. Pociąg z Krakowa dojeżdżał do samego Żegiestowa-Zdroju. Dawno nie byłam w tych stronach, to też było swego rodzaju zachętą do wyjazdu. Gosia zawiozła mnie na PKP, udzieliła kilku rad i ruszyłam.
Wszyscy pasażerowie jechali do Krynicy, w Żegiestowie-Zdroju wysiadłam tylko ja i mężczyzna w średnim wieku, który również, jak się okazało, zmierzał do sanatorium, zresztą jedynego w miejscowości. Pogoda była śliczna, słońce przygrzewało, w dole szumiał Poprad, góry pochylały się nad nim malowniczo, jednak ja tego nie dostrzegałam. Miałam ochotę rozpłakać się na środku peronu, gdy przechodząca obok kobieta poinformowała nas, jak daleko jeszcze do celu naszej podróży. Do sanatorium było 2 km.
– Razem raźniej – uśmiechnął się mój towarzysz podróży. – Sprawdźmy, może jeżdżą tu jakieś busy.
Bus jechał, owszem, ale za dwie godziny, więc, chcąc nie chcąc, ruszyliśmy w stronę sanatorium. Po drodze cały czas rozmawialiśmy. Pan Zenek okazał się wdowcem, żonę stracił mniej więcej w tym samym czasie, co ja męża. Opowiedział mi o jej dramatycznej walce z rakiem.
Czy można zaprzyjaźnić się w ciągu 2 godzin?
Okazuje się, że można. Kiedy dotarliśmy na miejsce, czuliśmy się jak starzy znajomi. Choć miałam w pokoju bardzo miłą koleżankę, i tak najwięcej czasu spędzałam z Zenkiem. Odpoczywałam i – jak mówi Gosia – ładowałam akumulatory. Nie sądziłam, że jeszcze odnajdę w jakimś mężczyźnie bratnią duszę. Okazało się, że wiele nas łączy, od bolesnych doświadczeń związanych z utratą najbliższych począwszy, na poglądach politycznych kończąc.
Trzy tygodnie minęły błyskawicznie. Gdy wyjeżdżaliśmy, liście na drzewach powoli zaczęły się przebarwiać. Po powrocie stwierdziłam, że brakuje mi wspólnych spacerów i rozmów. Dlatego postanowiłam zadzwonić.
– Czekałem na ten telefon – usłyszałam. – Jesień bez ciebie nie ma uroku.
Kiedy ostatnio słyszałam takie słowa? Pewnie z pół wieku temu. Nie wiem, co będzie dalej. Czas pokaże. Za tydzień spotkamy się na krakowskich Plantach. Powoli, ku radości Gosi, staję na nogi. Na razie nie powiedziałam jej wszystkiego…
Maria, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci długo ukrywały niespodziankę na Dzień Matki. Nie spodziewałam się, że spełnią moje największe marzenie”
- „Na emeryturze wydałam całe oszczędności na kupno i remont starego domu. Marzyłam, by otworzyć pensjonat”
- „Po 20 latach moje małżeństwo zwiędło jak bez w wazonie. Mąż nie widział, kim się dla siebie staliśmy”

