Reklama

Mój mąż Ireneusz od zawsze był typem marzyciela. Pracował jako księgowy, co sprawiało, że ciągle poszukiwał odskoczni. Zazwyczaj były to niewinne pasje: modelarstwo, pieczenie chleba na zakwasie, a przez krótki czas nawet tworzenie mebli z palet.

Potrzebowałam spokoju

Ja natomiast, jako lekarz, każdego dnia miałam do czynienia z taką dawką stresu, że od urlopu oczekiwałam tylko jednego. Świętego spokoju. Zawsze jeździliśmy na zorganizowane wycieczki. Ceniłam sobie ten moment, kiedy po wyjściu z samolotu wsiadałam do klimatyzowanego autokaru, który zawoził mnie prosto do eleganckiego hotelu.

Chciałam mieć czystą pościel, posiłki podane pod nos i basen, w którym mogłam pływać bez martwienia się o cokolwiek. Wszystko zmieniło się gdy Irek wpadł na nowy pomysł.

– Znalazłem coś niesamowitego. Zobacz.

Pokazał mi na ekranie widniało zdjęcie czegoś, co kiedyś, w latach dziewięćdziesiątych, mogło uchodzić za luksusowy dom na kółkach. Teraz przypominało raczej smutną, zardzewiałą puszkę z wyblakłymi naklejkami.

– Przecież to się zaraz rozpadnie – powiedziałam ostrożnie, nie chcąc gasić jego entuzjazmu.

– Wymaga tylko trochę miłości! – odparł z zapałem. – Wyobraź to sobie! Żadnych hoteli, żadnych rozkładów jazdy. Budzimy się na klifie, pijemy kawę, patrząc na fale. Sami decydujemy, gdzie jedziemy. Remont zrobię sam, krok po kroku. Do wakacji będzie jak z salonu.

Nie byłam przekonana

Nasza piętnastoletnia córka Kasia również nie podzielała entuzjazmu ojca. Dla niej wakacje bez szybkiego internetu i rówieśników brzmiały jak wyrok. Jednak Irek był tak zdeterminowany, tak pełen pasji, że ostatecznie uległyśmy. Zgodziłam się, stawiając jeden warunek: jeśli to nie wyjdzie, w przyszłym roku ja wybieram kierunek i standard.

Zimowe miesiące upłynęły pod znakiem niekończących się paczek dostarczanych przez kurierów. Nasz przedpokój tonął w kartonach zawierających uszczelki, kable, panele słoneczne, zawiasy i elementy wyposażenia. Mąż spędzał każdą wolną chwilę przed domem, gdzie stało jego nowe dzieło.

Muszę przyznać, że wkładał w ten remont całe serce. Obserwowałam z okna, jak zrywa stare obicia, kładzie nową izolację i montuje szafki ze sklejki. Czasami prosił mnie o pomoc przy wyborze materiałów na zasłonki czy pokrowce na materace. Starałam się angażować, choć w głębi duszy wciąż marzyłam o wygodnym leżaku na greckiej wyspie.

Był podekscytowany

Największym powodem do dumy mojego męża było ogrzewanie postojowe, znane webasto, oraz skomplikowana instalacja elektryczna, która miała zapewnić nam całkowitą niezależność.

– Będziemy samowystarczalni – powtarzał. – Nawet jak pojedziemy w góry i będzie chłodno, w środku będziemy mieli prawdziwe tropiki.

Moja praca w tamtym okresie była wyjątkowo wyczerpująca. Liczyłam dni do wyjazdu, wmawiając sobie, że może Irek ma rację. Może kontakt z naturą, wolność i zmiana otoczenia to dokładnie to, czego potrzebuje mój zmęczony umysł.

Plan był prosty. Zapakowaliśmy nasze rzeczy w urocze, uszyte na wymiar materiałowe kosze i ruszyliśmy w stronę Chorwacji. Wybraliśmy ten kierunek, bo gwarantował piękne widoki i ciepłe morze.

Problemy zaczęły się, zanim jeszcze na dobre opuściliśmy nasz kraj. Okazało się, że stary silnik, mimo wymiany płynów i pasków, ma swoje ograniczenia. Jazda po autostradzie z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę była wszystkim, na co było stać naszego białego kolosa.

Pojechaliśmy do Chorwacji

Wnętrze kampera, choć pięknie wykończone, podczas jazdy rezonowało i trzeszczało, jakbyśmy podróżowali we wnętrzu wielkiej perkusji.

– Czy to musi tak hałasować? – zapytała Kasia z tylnego siedzenia, zdejmując na chwilę słuchawki.

– To dźwięk przygody, córeczko! – odkrzyknął wesoło Irek.

Po pięciu godzinach jazdy moje plecy dopominały się o litość. Fotele z lat dziewięćdziesiątych nie grzeszyły ergonomią, a klimatyzacja, mimo zapewnień męża, działała bardzo symbolicznie. Przez Austrię i Słowenię przejechaliśmy w miarę gładko, choć w żółwim tempie. Prawdziwy sprawdzian miał nadejść w Chorwacji, kiedy skierowaliśmy się na lokalne, górzyste drogi, chcąc uniknąć płatnych autostrad i – jak to ujął Irek – „poczuć prawdziwy klimat Bałkanów”.

Drugiego dnia naszej podróży dotarliśmy do północnej części wybrzeża. Zamiast błękitnego nieba i palącego słońca, powitały nas ołowiane chmury i porywisty wiatr. Zatrzymaliśmy się na dzikim, skalistym klifie. Widok był rzeczywiście imponujący, ale temperatura spadła drastycznie, a z nieba zaczęły spadać pierwsze, ciężkie krople deszczu.

Byłam przerażona

Wieczorem byliśmy zmęczeni podróżą. Chciałam wziąć prysznic i położyć się w czystym łóżku. Zamiast tego musiałam zadowolić się szybkim opłukaniem pod mikroskopijnym natryskiem, w którym woda spływała z prędkością kapiącego kranu.

Kiedy zgasiliśmy światła, rozpętała się prawdziwa ulewa. Wiatr uderzał w boki kampera tak mocno, że cała konstrukcja kołysała się niepokojąco. Leżałam w ciemności, nasłuchując odgłosów burzy, gdy nagle poczułam coś mokrego na policzku. Zignorowałam to, myśląc, że to złudzenie. Po minucie poczułam kolejną kroplę, tym razem prosto na nos.

Zaczęłam nerwowo szukać telefonu, by włączyć latarkę. Snop światła ujawnił przerażającą prawdę. Z łączenia nad oknem dachowym miarowo kapała woda. Nasz wspaniały, nowy materac miał już sporą, mokrą plamę.

– Irek, obudź się – potrząsnęłam mężem. – Dach nam przecieka.

Mąż zerwał się na równe nogi, uderzając głową w podsufitkę.

– Gdzie? Jak to przecieka? Przecież dałem potrójną warstwę silikonu! – mówił zaspanym, zdezorientowanym głosem.

Było naprawdę chłodno

W tym samym czasie z tylnego łóżka dobiegł nas głos.

– Mamo, zimno mi. Możemy włączyć to całe ogrzewanie?

Wilgoć potęgowała uczucie zimna. Irek, starając się opanować sytuację, podstawił pod kapiącą wodę plastikową miskę, po czym podszedł do panelu sterowania. Przekręcił pokrętło od słynnego webasto. Usłyszeliśmy ciche pyknięcie, potem szum wentylatora i… ciszę.

– Co jest? – mruknął pod nosem, wciskając przyciski. – Musi zaskoczyć. Działało wczoraj pod domem.

Spędziliśmy następną godzinę na próbach uruchomienia systemu, w akompaniamencie deszczu bębniącego o dach i rytmicznego kapania wody do plastikowej miski. Ogrzewanie nie zadziałało. Elektronika pokładowa, na którą mąż wydał niemałe oszczędności, z niewiadomych przyczyn odmówiła posłuszeństwa.

Tę noc spędziłam skulona pod dwoma śpiworami, w dresie, słuchając, jak woda wypełnia miskę. W głowie miałam tylko jeden obraz: szerokie, suche łóżko hotelowe i grube, białe ręczniki, których teraz tak bardzo mi brakowało.

Zepsuł się

Kiedy wyjeżdżaliśmy rano z klifu, z zamiarem znalezienia chociażby normalnego kempingu z dostępem do prądu i ciepłej wody, wydarzyło się coś, co ostatecznie przypieczętowało los naszej podróży. Podczas pokonywania stromego wzniesienia z silnika wydobył się potężny zgrzyt, a chwilę później spod maski buchnął gęsty, biały dym.

– Musimy zjechać na pobocze – powiedział mój mąż, nerwowo zerkając na wskaźniki i wbijając wzrok w lusterka wsteczne. Twarz miał bladą jak papier.

– Znowu? – jęknęła z tyłu nasza córka, odkładając telefon. – Przecież my w ogóle nie jedziemy do przodu.

Udało nam się dotoczyć do niewielkiej, zrujnowanej zatoczki. Diagnoza Irka po podniesieniu maski była krótka i mało optymistyczna. Pękł wąż od chłodnicy, a temperatura silnika osiągnęła krytyczny poziom. Byliśmy uziemieni kilkadziesiąt kilometrów od większego miasta, w miejscu, gdzie zasięg telefonów rwał się co kilkanaście sekund.

Potrzebowaliśmy pomocy

Uratował nas miejscowy rolnik jadący małym traktorem, który wskazał nam drogę do najbliższego warsztatu mechanicznego. Warsztat okazał się przydomowym garażem w pobliskiej wiosce. Zamiast leżeć na plaży i sączyć soki, spędziliśmy dwa dni w pyle i upale, siedząc na drewnianej ławce pod warsztatem, podczas gdy mechanik komunikował się z Irkiem głównie za pomocą gestów i pożyczonych narzędzi.

Naprawa kosztowała nas znaczną część wakacyjnego budżetu. Kiedy w końcu ruszyliśmy w dalszą drogę, atmosfera w kamperze była gęsta. Dach nadal przeciekał przy każdym większym deszczu, dlatego resztę wyjazdu modliliśmy się o słońce. Ogrzewanie nie ożyło ani na chwilę, a każdy dźwięk wydobywający się z silnika przyprawiał nas o zawał serca.

Zaparkowaliśmy w pobliżu dużego, zadbanego ośrodka wypoczynkowego. Widziałam przez ogrodzenie błękitny basen, równo przystrzyżoną trawę i kelnerów krążących między leżakami. Ludzie wyglądali tam na zrelaksowanych, uśmiechniętych i pozbawionych zmartwień o to, czy ich łóżko nie zamieni się w nocy w jezioro.

Mąż złożył obietnicę

Irek wyszedł z kampera z dwoma kubkami parzonej kawy i usiadł obok mnie na rozkładanym, turystycznym krzesełku. Spojrzał w tym samym kierunku co ja.

– Wiesz – zaczął niepewnie – chyba trochę to wyidealizowałem.

Spojrzałam na niego. Był zmęczony, miał podkrążone oczy. Widziałam, że jest mu przykro. Cały rok marzył o tej wyprawie, a rzeczywistość okazała się niezwykle brutalna.

– Zrobiłeś świetną robotę, ale ja po prostu nie nadaję się do takiego podróżowania. Mój poziom stresu na co dzień jest zbyt wysoki, żebym na urlopie mogła cieszyć się awariami i improwizacją. Ja potrzebuję przewidywalności. Potrzebuję all inclusive, nudy nad basenem i tego, by jedynym moim problemem był wybór deseru po kolacji.

– Rozumiem – westchnął. – Ja też jestem wykończony. Ciągłe martwienie się, czy dojedziemy do celu, odbiera całą radość z jazdy.

– Kasia też najchętniej wróciłaby już do domu.

– Wrócimy. Powoli, bez pośpiechu. A jak dojedziemy, wystawię go na sprzedaż.

Podjęliśmy decyzję

Wróciliśmy do kraju cali i zdrowi, choć zajęło nam to trzy dni. Podróż powrotna obyła się bez większych awarii, ale każdy z nas w duchu liczył kilometry do własnego łóżka. Dwa miesiące po naszym powrocie kamper znalazł nowego nabywcę. Ja natomiast spełniłam swoją część naszej umowy. Pieniądze ze sprzedaży kampera odłożyliśmy na specjalne konto. Na początku grudnia, siedząc przy porannej kawie w naszym ciepłym, nieprzeciekającym mieszkaniu, zarezerwowałam nam dwutygodniowy pobyt na przyszłe lato.

Duży hotel. Wybrzeże Hiszpanii. Pełne wyżywienie, trzy baseny, zero zmartwień. Kiedy pokazałam rezerwację mężowi i córce, na ich twarzach zagościł szeroki uśmiech. Zrozumieliśmy, że czasem największą wartością podróżowania nie jest udowadnianie sobie własnej niezależności, ale po prostu danie sobie prawa do absolutnego, beztroskiego odpoczynku. I nie ma nic złego w tym, że dla kogoś ten odpoczynek ma formę idealnie ułożonych hotelowych ręczników.

Grażyna, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...