Gdybym to wtedy wiedziała fot. Panthermedia

Gdybym to wtedy wiedziała

Tamtego dnia, gdy widziałam męża ostatni raz, strasznie się pokłóciliśmy. Jak zwykle o jakąś głupotę. Boże, tak bardzo chciałabym cofnąć czas!
/ 25.05.2011 13:56
Gdybym to wtedy wiedziała fot. Panthermedia
Dochodzi dwudziesta pierwsza. Gwałtowny majowy deszcz bębni o parapet, na dworze powoli zapada zmrok. Staram się skupić na układaniu książek na półkach, ale moje myśli uparcie krążą wokół tamtego weekendu. „Niedługo miną dwa lata” – myślę, przesuwając ciężką, mosiężną figurkę, aby podeprzeć nią kilka tomów encyklopedii muzycznej.
Chociaż codziennie sobie powtarzam, że stało się i już niczego nie mogę zmienić, nie ma dnia, w którym nie rozpamiętywałabym tamtych zdarzeń. Sobotni poranek pamiętam świetnie, jakby to było wczoraj.
Jurek jak zawsze wstał kilkanaście minut przede mną i zasiadł przed swoim laptopem. Kiedy wstałam i zapytałam, czy zje ze mną jajecznicę, on, nawet nie odrywając oczu od monitora, mruknął zdawkowe „jasne”. Wkurzyłam się.
„Co może być tak interesującego w necie, żeby ślęczeć nad tym nawet w weekend?” – zastanawiałam się, krążąc po kuchni. Trzasnęłam drzwiczkami do kredensu, rąbnęłam patelnią o blat. Niech wie, że jestem wściekła!

Zawsze mu powtarzałam, że kocham te nasze leniwe, sobotnie poranki.
Śniadanie, wspólna kawa na balkonie, potem prysznic i igraszki w parującej kabinie… Tylko że nie minęły nawet dwa lata od naszego ślubu, a wszystkie te miłe chwile były jedynie wspomnieniem. Teraz mój mąż zaczynał dzień od wgapiania się w ekran służbowego laptopa.
– Śniadanie na stole! – krzyknęłam kilka minut później, mając nadzieję, że Jurek pojawi się w kuchni, zanim jajecznica wystygnie. Niestety…
– Skarbie, przynieś mi do pokoju, robię coś ważnego! – usłyszałam.
– Chyba żartujesz – burknęłam, dodając, że je się przy stole.
Pojawił się kilka minut później, teraz on nadąsany.
– Wielkie dzięki – mruknął tylko, zabierając swój talerz.
Wzruszyłam ramionami, ładując naczynia do zlewu, później poszłam pod prysznic. Kiedy wyszłam z łazienki, męża nie było. „Idę pobiegać, później jadę na działkę do Konrada. Będę wieczorem. J.” – nabazgrał na karteczce.
„Świetnie! – pomyślałam rozżalona.
– Nawet nie zapytał mnie o zdanie! Chciałam jechać do marketu, może skoczyć do Ikei, ale sama nie zamierzam! Mam dość taszczenia siatek, podczas gdy on spędza sobie weekendy w towarzystwie kolegów!” – zdecydowałam.

Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Beaty i godzinę później jechałyśmy jej oplem na wycieczkę w stronę Kryspinowa.
Do mieszkania wróciłam o dwudziestej, ale Jurka jeszcze nie było. Odgrzałam sobie brokułową i zasiadłam przed telewizorem, ale jakoś nie mogłam się skupić. Byłam wściekła na męża. Cały dzień poza domem i nawet jednego SMS-a!
„To jest życie młodego małżeństwa?!” – myślałam, kręcąc się po pokoju. Zerkałam to na telewizor, to na drzwi.
O dwudziestej pierwszej trzydzieści byłam już naprawdę wściekła. Oczyma wyobraźni widziałam rozkręcającą się właśnie męską imprezę na działce Konrada. Grill, strumień zimnego piwka, może nawet jakieś panienki z sąsiedztwa.
Kiedy w końcu mąż pojawił się w domu, zaraz na niego naskoczyłam. Czego ja mu nie nagadałam… Że mnie zaniedbuje, że nie dam się tak traktować, że mam dość jego durnych kumpli, zwłaszcza Konrada z tą jego przeklętą działką! Krzyczałam, że nie zamierzam tak żyć, że jestem zmęczona. Nawet nieumytą łazienkę mu wypomniałam. Jurek patrzył na mnie tak smutno, zupełnie, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi. W końcu bąknął, że jest zmęczony i położył się spać na kanapie.
W niedzielę rano pomyślałam, że głupio się tak kłócić o wszystko. Wskoczyłam więc w nową, satynową koszulkę na ramiączkach i poszłam obudzić męża. Spodobała mu się taka pobudka, mnie też przypadł do gustu miły początek dnia. Kiedy w końcu wstaliśmy, Jurek zrobił śniadanie i zjedliśmy je na balkonie.
– Przepraszam za wczoraj, chociaż nie wiem, o co się tak wściekasz. Lubię czasem pobyć z kumplami – powiedział.
– Nieważne już, ja też na ciebie naskoczyłam – mruknęłam, dodając, że może wybierzemy się do lasu. – Moglibyśmy pospacerować, zjeść obiad w jakiejś gospodzie – zaproponowałam.
– Nie dzisiaj. Mam parę rzeczy do przejrzenia, w poniedziałek prowadzę prezentację, zapomniałaś? Innym razem, kochanie – dodał.
– No tak. Zawsze jest innym razem! – burknęłam, zbierając brudne talerze.
– Monia, no chyba nie będziesz się znowu dąsać? – Jurek usiłował mnie ugłaskać, ale go odepchnęłam.
– Ja się nie gniewam, tylko jest mi przykro. Żyjemy jak dwójka współlokatorów, nie mąż i żona. Ty nic, tylko kumple i praca, ja sprzątanie i wieczne dopominanie się o pięć minut twojego cennego czasu! – syknęłam, wychodząc z pokoju.

I znowu się pożarliśmy… Zachciało mi się płakać, ale postanowiłam, że tym razem nie dam po sobie poznać, jak mnie ubodła jego odmowa. Zadzwoniłam do siostry i umówiłam się z nią w centrum handlowym. Zakupy, obiad na mieście, popołudnie w kawiarni – dzień minął mi zaskakująco szybko. Kiedy wróciłam, Jurka nie było. Na kuchennej serwetce nabazgrał jedynie, że pojechał na basen i będzie koło dwudziestej. „Kolejny wieczór w pustym mieszkaniu” – pomyślałam.
Kiedy wrócił, udawałam, że robię coś przed moim laptopem. Nie miałam ochoty na rozmowę. Po kolacji mąż pocałował mnie w usta, pytając, czy mam ochotę na wspólną kąpiel, ale warknęłam coś o serialu, który zaraz się zacznie i zniknęłam w sypialni. Noc spędziliśmy osobno. Jurek znowu na kanapie, ja sama w małżeńskim łóżku…
A w poniedziałek zaspaliśmy.
– Niech to szlag, akurat dzisiaj! – fukał Jerzy, miotając się po sypialni w poszukiwaniu krawata. – Słuchaj, gdzie jest ten mój szary garnitur? – zapytał.
– O rany, zapomniałam go w piątek odebrać z pralni – powiedziałam tonem pełnym autentycznej skruchy.
– Przecież nawet posłałem ci wtedy SMS-a! Masz tę pralnię dosłownie pod twoim biurowcem, tak trudno zapamiętać jedną głupią rzecz?! – krzyknął Jurek.
– W czym teraz pójdę, co?! Przecież żaden inny się nie nadaje!
– Przepraszam cię, ale nie jestem twoją garderobianą! – krzyknęłam na to.
Ostatecznie bliski furii Jurek włożył dżinsy i sztruksową marynarkę. Chwilę później okazało się, że nie ma mleka do kawy i znowu była afera.
– Lodówka pusta, nawet kawy nie można wypić przed wyjściem – burczał, w pośpiechu czesząc włosy.
– Trzeba było w sobotę jechać ze mną na zakupy, zamiast przesiadywać u Konrada na działce – syknęłam, krojąc chleb.
– Zrób mi kanapkę, jestem już mocno spóźniony – poprosił.
– Nie, nie mam zamiaru robić ci kanapki. Ja też się spieszę, a ty zachowujesz się, jak przedszkolak – warknęłam.
– Bez łaski. Miłego dnia! – rzucił mąż przez zaciśnięte zęby, chwytając teczkę z dokumentami.
Po chwili trzasnęły drzwi i zostałam sama. Godzinę później dowiedziałam się, że w drodze do pracy mąż miał wypadek. Nic nie dało się zrobić.

Od tamtego weekendu minęły niemal dwa lata, ale czasem wciąż jeszcze wydaje mi się, że usłyszę na schodach ciężkie kroki Jurka, a potem on pojawi się w drzwiach i pośle mi ten swój szeroki, chłopięcy uśmiech. Żałuję wielu rzeczy, jednak najbardziej boli mnie, że straciliśmy tyle wspólnych chwil na głupie zatargi. Że kłóciliśmy się o drobiazgi, nie doceniając tego, jak wiele mamy.
„Gdybym wtedy wiedziała, że to nasz ostatni weekend…” – myślę, obracając w dłoniach bransoletkę, którą Jerzy kupił mi w podróży poślubnej.
Ale przecież nikt z nas nie ma takiej wiedzy. Dlatego jedyne, co możemy zrobić, to żyć tak, jakby jutra miało nie być. Szkoda, że zrozumiałam to tak późno.
Tyle chciałabym ci powiedzieć, Jerzyku… Nie byłam najlepszą żoną, ale bardzo cię kochałam. Pociesza mnie jedynie myśl, że przecież o tym wiedziałeś. Musiałeś wiedzieć… Prawda?
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/03.01.2013 22:19
o Boże... : ( od teraz przestaje czepiaĆ sie swojego chłopaka o głupoty... Bardzo mi przykro... : (